sobota, 19 grudnia 2015

[103] Paeds' awesomeness

Pediatria. Wchodzimy do sali nr 8, pacjentki w środku nie ma. Doktor przechodzi się po oddziale i po minucie przyprowadza 13-latkę. Zaczynamy ją badać, dziewczynka świetnie współpracuje. Poza powodem przez który trafiła do szpitala znaleźliśmy też anomalię żebrową przy ostatnim żebrze. Po 10 minutach badania, ktoś zaczyna szarpać klamkę w drzwiach, ale te nie chcą się otworzyć. Po dłuższej chwili walki, do pokoju wchodzi max trzylatka, która ów klamki sięgała dopiero po wspięciu się na palce. :-P Trzyma w ręce telefon. Jakoże akurat klęczeliśmy, byliśmy idealnie na jej wysokości. Stanęła między mną, a kolegą obok. Spytałam, co tam ma, na co dumnie odpowiedziała, że telefon.
Kolega spytał: co będziesz z nim robiła?
Dziewczynka: Dzwoniła. *widać, że miała otwartą listę kontaktów*
K: do kogo?
D: nie wiem.
K: czemu?
*chwila ciszy* D: bo nie umiem czytać...

I wyszła spłoszona. [*]
Pediatria jest mistrzem wśród zabawnych sytuacji na oddziale.


Już do domu trafiłam i niezmiernie cieszy mnie fakt, że i tu śniegu nie ma. :-D Może jeszcze dożyję tych czasów z przepowiedni, kiedy w Polsce będziemy hodować cytrusy. <3 Życzę Wam Wesołych Świąt, pysznego jedzenia, super prezentów i szalonego Sylwestra! A Wy mi życzcie sto lat. :-P

niedziela, 13 grudnia 2015

[102] La c'est die



Weekend zaliczony pozytywnie. W sobotę do południa popracowałam, potem połaziłam po sklepach i zamówiłam buty. Mam nadzieję, że z innego salonu przyjdą niewymacane, bo szlag mnie trafia jak kobiety nubukowe buty ściagają nie za obcas, a za skórę, co powoduje, że tworzą się na niej rysy i wgniecenia. Nie uśmiecha mi się płacić dwieście euro za uszkodzone buty. Po powrocie do domu wzięło mnie na sprzątanie, więc wszystko teraz pięknie lśni, aż miło patrzeć. :-D

Niedzielę przeznaczyłam na naukę. Od rana męczę kalkulacje z farmakologii i nie umiem rozkminić jednego zadania tylko dlatego, że kombinuję, jak tu odpowiednio zapisać dawkę pacjentowi tak, aby nie tylko spełniała wszystkie kryteria, ale także aby jak najmniej pieniędzy wyciągnęła z jego portfela, bo po co kupować trzy butelki skoro można kupić dwie. Zagotuję się jak w końcu tego nie rozkminię! Wydaje się być proste, ale dawka akurat jest na tyle pokręcona, że wszystko komplikuje, buu.

A jutro to, co zawsze; uczelnia, praca, uczelnia, spanie. I nauka pomiędzy. :)

czwartek, 10 grudnia 2015

[101] Hard to focus


W następnym tygodniu czekają mnie dwa duże kolokwia.
I przepytka z całego semestru z pediatrii.

Dolar kosztuje 4 zł, brawo PiS! *klapklap* Mam wrażenie, że obrali sobie za punkt honoru, aby Unia wywaliła nas z UE za katastrofalne PKB i inne tego typu wyśmienite osiągnięcia. Rozumowanie niegłupie, bo przynajmniej kar nie będziemy musieli płacić, szczegół, że mamy szansę zbankrutować. :) Ech, mam nadzieję, że ich wyznawcy solidnie dostaną po dupie przez te 4 lata rządów.

sobota, 5 grudnia 2015

[100] Nothing's impossible

Jakiś czas temu przed pierwszym kolokwium z genetyki natchnęło mnie na oglądanie parodiowych filmików z Hitlerem w roli głównej. Trafiłam na świetną serię poświęconą jemu i medycynie. xD Na początku myślałam, że komuś nieźle musiało się nudzić, aby takie boskości układać, ale później doszłam do wniosku, że przecież każdy szanujący się student medycyny ma sporo czasu wolnego i wykorzystuje go mądrze, więc wszystko jasne. :-D



Dokładnie. Co prawda nie na anatomię, bo na genetykę, ale w niecałe pół dnia nauczyłam się na jedno z trzech kolokwiów. Jak się chce to wszystko można. :-D



niedziela, 29 listopada 2015

[99] It's not as bad as predicted

Polubiłyśmy się z farmą. Z kolokwium dostałam super git wypaśną ocenę i aż zachciało mi się więcej uczyć, świat jest piękny. Z dermą mimo narzekań, łez i potu też jest bardzo dobrze. O dziwo, trzeci rok jeszcze mnie nie przybił twarzą w ziemię, coś nowego podczas tych studiów. :D

Nie cierpię, kiedy po oglądnięciu słitaśnych filmów łapię zafascynowanie aktorami, którym przypadła rola najlepszego faceta na świecie ever. [*] Halo, ile ja mam lat żeby dać się wciągać w takie coś? :DD

środa, 18 listopada 2015

[98] I know you guys!

Szeroko uśmiechnięci weszliśmy na SOR, aby przyjąć pacjentkę z nadciśnieniem, a tu bam! My zonk, ona zonk i "ja Was państwa znam! Byliście u mnie na dermatologii." Okazało się, że pani nabawiła się nadciśnienia po sterydach, którymi poleczono ją na dermie i kazali jej przejść na drugą stronę ulicy, aby w tempie ekspresowym wykonać EKG. xd Świat. Jest. Mały.

Na pediatrii mieliśmy zobaczyć najniegrzeczniejszy okaz roku. Jeszcze tak znerwicowanego dziecka nie widziałam.

Donald Trump skutecznie wzbudza we mnie pozytywne emocje. Ilekroć nie obejrzę z nim filmików, zawsze poprawia mi humor. Patrzcie na to: >>KLIK<< :-DD On jest przezajebisty, jeszcze ta muzyczka i wklejony plaskacz na końcu, haha. xD

sobota, 14 listopada 2015

[97] They call them refugees

Długo zwlekałam z postem o uchodźcach, chyba sama siebie próbowałam przekonać, że ciapaki wcale nie są aż tak złe, w końcu "not all Muslims are terrorists", ale niestety ciężko nie dodać do tego "but all terrorists are Muslims." Trochę bawi mnie slogan "terroryzm nie ma religii." Ciekawe ile jeszcze podobnych sytuacji do tej w Paryżu musi wydarzyć się, aby Europa nareszcie oprzytomniała? Współczuję wszystkim poszkodowanym, ale mam też przy tym cichą nadzieję, że ich śmierć nie pójdzie na marne i więcej krajów zacznie zauważać problem. Patrząc na to, co się w Europie dzieje, coraz bardziej jestem skłonna oczekiwać spełnienia przepowiedni.
Czasami żałuję, że nie pochodzę z krajów, w których świetnie działa wywiad. Od zawsze marzyło mi się CIA i Mosad. Chciałabym znać prawdę, co tak naprawdę dzieje się na świecie, a nie słuchać papki, którą karmią nas politycy i media. Kto ma interes w uchodźcach? Niespecjalnie chce mi się wierzyć w to, że Merkel ma dobre serce i chce im pomóc, i też nie uwierzę w to, że chce taniej siły roboczej czy też odmłodzić starzejące się społeczeństwo, bo za rogiem ma pełno chętnych na wyjazd Polaków i Ukraińców, więc po co jej więcej ciapactwa skoro już z Turasami mają problemy? Stany powinny smażyć się w piekle za to, co nawyrabiały, aczkolwiek wierząc przepowiedniom; zatoną po uderzeniu meteorytu, więc karma ich dosięgnie. Pukam się w głowę, gdy na tablicy na FB wyskakują mi posty amerykańskich znajomych, że współczują Francji i tak bardzo żal im uchodźców. Szkoda, że nie było im ich żal, gdy poszli na ich tereny szukać nie wiadomo czego. Dziwne, że nie widzą, że ich własny kraj jest wszystkiemu winien i że to właśnie im zależy na tym konflikcie.
Dla zainteresowanych przepowiedniami; polecam Nostradamusa i ojca Klimuszko. O ile Nostradamus pisał zagadkami, które stają się jasne zazwyczaj dopiero po wydarzeniu, Klimuszko przejrzyście opisał, co widział, jednak N. jest ciekawszy. :-P Jeśli ktoś jest zainteresowany, mogę wrzucić tu teksty i ich interpretacje lub podyskutować o tym poprzez e-maile. Ten temat to mój konik.


To już raz w historii było przerabiane:


Niebawem:


 :-D


sobota, 7 listopada 2015

[96] Good morning, my name's Eva

Nie zdążyliśmy jeszcze dobrze przystanąć przy łóżku jednej z pacjentek, a usłyszeliśmy: "dzień dobry, mam 78 lat, na imię mi Eva, miło mi państwa poznać." Szczęki zleciały nam kilka pięter w dół.
Jak na stare dobre pokolenie przystało; miała 18 operacji i jest z nią całkiem dobrze. Na do widzenia też nas miło pożegnała, życząc powodzenia na studiach i wszystkiego dobrego. Ach, gdyby wszyscy tacy byli. :-)

środa, 4 listopada 2015

[95] Busy doing nothin'

Dziwkanaty mają to do siebie, że panie w nich pracujące nie potrafią docenić ciepłej, państwowej posadki, która nie wymaga krzty odpowiedzialności za cokolwiek. Gdybym mogła, to powiesiłabym mądrale zajmującą się moim rokiem za jaja. Nie dość, że wielkim problemem jest poprawnie wpisać adres e-mail, to jeszcze zupełnie przez przypadek odkryłam, że w indeksie mam jak byk wbite "conditional credit" za rzekomy brak odbytych praktyk. Jakaś piz** zgubiła moje papiery i ja teraz mam znów biegać od dzwona do dzwona, do kolejnych łaskawych pań piastujących równie ciepłe posadki, aby z miną pt. "gówniaro, właśnie zabierasz mi minutę nic-nie-robienia" wbiły mi pieczątkę za veni vidi vici?! Znów ma to zająć dwa dni, tak? Bo dziś oddziałowej nie ma, przyjdź jutro, jutro zostaw indeks, pojutrze wróć po niego. *facepalm* Ręcę opadają, rozgoniłabym to jakże życzliwe towarzystwo w try miga. -.- Mało tego! Mój problem to jeszcze nic takiego, poza faktem, że na dwie strony mam wbite zajebiście kobylastą pieczątkę o niechlubnej treści. Otóż są ludzie, którzy po raz drugi nie zdali parazytów i dopiero po miesiącu nauki w nowym roku akademickim dziwkanat zorientował się, że oni przecież nie mogą ponownie poprawiać tego samego przedmiotu będąc już na 3 roku! Muszą cofnąć się na drugi rok i robić TYLKO biologię!! W tej sprawie brak mi słów. Oczywiście dziekan wyjechał gdzieś na miesiąc, więc pozostaje tylko męczenie buły rektorowi, któremu takie sprawy zapewne koło tyłka latają. Pochlastać się można. I przy tym babka z dziwkanatu z tekstem "nie do mnie te pretensje, jestem tylko sekretarką." No przecież! Po co być za cokolwiek odpowiedzialnym skoro można przepychać pałeczkę z ręki do ręki.

W ramach zadośćuczynienia za kardynalny brak wiedzy na dermatologii w zeszłym tygodniu, tym razem nauczyłam się na cycuś glancuś. Mogłam odpowiadać za wszystkich innych w grupie. Krążyły plotki, że wygrałam los na loterii i miałam poprawiać odpowiedź z tygodnia wstecz, ale bezmyślnie uznałam, że doktor terminator robił sobie jaja i jak wszyscy inni przez dwa lata studiowania, próbował tylko zmusić studenta do dodatkowego zawracania sobie głowy czymś, co i tak już nie miało znaczenia. W końcu co się do dziennika wpisze, to się nie odpisze, co nie? Okazało się, że jednak da się odpisać. Po mojej cudownej odpowiedzi z bieżącego tematu rzucił pytaniem z poprzednich zajęć. Momentalnie duma z bycia nieprzeciętnie obkutym rozprysła się po kątach. Nic na mnie nie działa tak jak wstyd, dlatego podejrzewam, że na koniec semestru będę specjalistką od dermy. I pomyśleć, że miał to być przedmiot typu "mogę to sobie podarować, są ważniejsze." :-( Zastanawia mnie czemu się tak uparł na to poprawianie. Nie wytłumaczył nam czym skutkuje brak przygotowania, więc na razie beztrosko podchodzę do sprawy minusika w tabelce. Albo ma to tragiczne skutki i terminator jednak ma dobre serce albo lubi dziewczynki albo upatrzył sobie mnie na wałkowanie. Może to być prawdopodobne, na ostatnich zajęciach zamknął mnie w PUVA i chyba miał nadzieję, że mam klaustrofobię. xD

Farmakologia na razie jest całkiem fajna. Prowadząca wydaje się być super, na pewno dobrze tłumaczy, a że nie ciśnie nas jak reszta doktorów, to może jest to zadośćuczynienie za to, że prawie wszystkie zajęcia mamy z profesorami/kierownikami katedr i wiadomo czym to skutkuje. Nie zmienia to faktu, że wolałabym mieć luzy na dermie, a musztrę na farmie.
Pisanie recept wcale nie jest takie proste, trzeba być do tego trochę humanistą.

Na internie pierwszy raz udało nam się przeprowadzić kompletny wywiad. Pomógł nam w tym brak obecności prowadzącej. Gdy lekarze stoją obok, nikt nie chce o nic pytać. To chyba strach, że walniemy arcy głupim pytaniem. Na końcu zaliczyliśmy małą wtopę bowiem kolega lekkodusznie rzucił "jak się grzecznie spytać czy regularnie robi kupę?" i okazało się, że pacjent rozumiał język, którym się posługiwaliśmy. xD Ach te studenty. Póżniej przeszliśmy do badania, które do łatwych nie należało, ponieważ pan miał BMI ponad 40, a u otyłych ludzi nie słychać wszystkiego, tak jak u innych. Littmann ledwo sobie radził, a ja odniosłam wrażenie, że ogłuchłam. Nie wątpię, że to kwestia wprawy; nie mam jej i jeszcze długo miała nie będę.
Będąc przy temacie stesotkopów; nie spodziewałam się, że zaprezentujemy różnorodność żywcem z tęczy wyjętą. Dosłownie każdy możliwy kolor wystaje z kieszeni fartuchów, a myślałam, że królował będzie czarny.

Na Halloween standardowo męczyliśmy planszóweczki. Jesteśmy grupą fazowiczów, wiem. Nawet rozszerzenie dokupiliśmy, aby wydłużyć fazowanie. :-D Przed imprezą zrobiliśmy nalot na market w celu zakupienia szkockiej whisky typu blended, co też jest już tradycją, choć tym razem wparowaliśmy w przebraniach i dziwię się, że nikt nie odebrał tego jako napad. xD Cieszę się, że ominęłam uczelniany clubbing. Doszły mnie słuchy, co się działo i przez 2/3 czasu spędzonego tam miałabym transparentny żal wypisany na buzi. Naprawdę nie rozumiem mody na napruwanie się do upadłego i ekspresowe tracenie świadomości. Smutne, że ludzie bez alkoholu bawić się nie potrafią i zanim nie wleją w siebie kilku kielichów są drętwi i totalnie nieśmieszni. Świecie, dokąd zmierzasz?

czwartek, 29 października 2015

[94] Paediatrics week

Od poniedziałku jestem otoczona bubuniami, zarówno tymi mniejszymi jak i trochę większymi. Pierwszy raz w życiu dotykałam trzymiesięcznego malucha. Kiedy miałam go podnieść do pozycji prawie siedzącej i sprawdzić head lag (czy samodzielnie trzyma głowę czy może leci ona w tył), pierwsze co zrobiłam, to zapytałam jak mam bubunia złapać żeby mu krzywdy nie zrobić. Podziwiam mamy, że obdarowują nas tak ogromnym zaufaniem, ale to prawdopodobnie dlatego, że mają nas wszystkich za profesjonalistów, bo w końcu studenci medycyny są mądrzy, wyuczeni i wszystko wiedzą, a przynajmniej takie panuje powszechne przekonanie. Gdyby wiedziały jacy obyci jesteśmy z takimi maleństwami, to zapewne tak chętnie nie dawałyby nam koło nich chodzić. :-DD

Osłuchiwałam półroczną dziewczynkę, którą 5 dni temu przywieziono z zapaleniem płuc. Nic nie byłoby w tym trudnego, gdyby nie to, że mała postanowiła się z nami bawić i a to ciągnęła za stetoskopy, a to wesoło pokrzykiwała (co w stetoskopie brzmiało jakby ktoś krzyczał przez megafon), pomiędzy tym wszystkim majtając nóżkami na wszystkie strony, więc nie mieliśmy nawet jak przyłożyć membrany do jej ciałka. Namęczyliśmy się mocno, ale było bardzo pozytywnie z racji, że nie chciało jej się płakać. :-P

Mieliśmy też trzy i pół miesięcznego gentlemana z atopic dermatitis. Tak pogodnego dziecka nigdy w życiu nie widziałam i prawdopodobnie szybko nie zobaczę. Kiedy zostawał w sali sam, od razu zaczynał krzyczeć o dziwo przy tym nie płacząc. Zawsze, gdy byliśmy w jego pokoju, musieliśmy stać tuż nad łóżeczkiem, w przeciwnym razie podnosił alarm. Podczas osłuchiwania wydawał z siebie odgłos zadowolenia, coś w stylu "heeee", co u każdego wzbudzało szeroki uśmiech. :-D Szkoda, że już został wypisany, ale w pamięci wyryłam jego imię i nazwisko, może jakimś cudem spotkamy się za kilka lat? Podejrzewam, że to sentyment do jednego z pierwszych pacjentów.

Mieliśmy dwóch 12-letnich chłopców, jednego oglądaliśmy tylko pod kątem postawy ciała, a drugiego badaliśmy od A do Z. Ten drugi jest straszną gadułą, non stop zagadywał, czasami nawet podpowiadał czego jeszcze nie obejrzeliśmy, co było dość zabawne, bo w końcu my mieliśmy być profesjonalistami, hmmm.. Przyszedł z podejrzeniem alergii, ale prawdopodobnie jest to tylko Mycoplasma, choć nadal jeszcze czekamy na wyniki badań alergologicznych. O ile dobrze zapamiętałam ma podwyższone IgM i IgG, kaszle sporadycznie, czasami łzawi i miał podejrzenie allergic rhinitis. Byliśmy z nim na EKG, robiliśmy spirometrię w ewentualnym poszukiwaniu astmy i oglądaliśmy prześwietlenie płuc. Miał pobieraną krew, czego nie przeszedł radośnie. Spędziliśmy z nim dwa dni i zrobił na nas bardzo pozytywne wrażenie. Prosił, aby go wypisać dopiero w piątek. xD

Poszliśmy także do prawie rocznej dziewczynki, której mama w wywiadzie powiedziała nam, że córka zaczęła siadać jak miała dwa miesiące, w szóstym miesiącu chodziła, a w ósmym już prawie biegała. Jeżeli to prawda, to niebywale cud, ale wszyscy na oddziale raczej patrzą na tę kobietę z wieeelkim przymróżeniem oka. Dziewczynka rzekomo przeszła różyczkę niedługo po zaszczepieniu na nią, co również wydaje się mało prawdopodobne. Nie wiem jak lekarze wyleczą małą, bo wywiad jest tu jak wielka łamigłówka.

Widzieliśmy trzy i pół roczną dziewczynkę z Coxackie virus. Doktor spytała czy chcemy do niej wejść i jako odważni studenci od razu przekroczyliśmy próg sali. Choroby zakaźne, co to dla nas, co z tego, że 3 na 4 osoby z grupy są przeziębione. xdd Choroba bostońska, czyli tzw. choroba stóp, dłoni i ust. Jakby tego było mało, to mała miała jeszcze gronkowca i paciorkowca, także kombo straszne. Ogarnęliśmy przy niej także siatkę centylową i śmiem stwierdzić, że jakimś dziwnym trafem non stop trafiają nam się dzieciaki, które są wyższe i cięższe niż 75% innych dzieci w ich wieku. Jakieś mocne przyciąganie musimy mieć.

Na dermatologii nie dzieje się nic nowego; prowadzący nieustannie terroryzuje i prowadzi zajęcia jakbyśmy je mieli już od co najmniej pół roku, a same kliniki zaczęły się ponad rok temu. Zadaje pytania z nazwami, które słyszymy po raz pierwszy, ale to podobno wstyd i lepiej żebyśmy się nawet nie przyznawali. [*] Pokazał nam pacjenta ze scabies, wcześniej sto razy powtarzając "jak mówię nie dotykać tzn nie dotykać", szkoda, że taki pomocny nie jest jak chodzi o tłumaczenie czegokolwiek. Widzieliśmy trzy pacjentki z lymphomą, przy których wymownie mówimy, że mają CTCL, bo "żaden pacjent nie chciałby usłyszeć, że ma lymphomę." To mi uświadomiło jak bardzo niefajnie jest nie znać się na medycynie. Chociaż może brak świadomości nie jest taki zły, ponieważ szczędzi niepotrzebnych nerwów? Niezmiennie tydzień w tydzień widzimy pacjentów z łuszczycą, więc na egzaminie nie powinno to nam sprawić problemu, a przynajmniej mam taką pobożną nadzieję? :D Na ostatnich zajęciach zaszliśmy do laboratorium mykologicznego i pod mikroskopem między innymi mieliśmy przyjemność oglądać takie straszydło jak demodex. Wpiszcie w google i poczytajcie o nim, podobno wszyscy go mamy. Wiem, niezmiernie pocieszający fakt. :D

Na genetyce układaliśmy kariogramy. Już raz to robiłam na biologii w liceum, ale wtedy nie dowalili nam takich pokręconych przypadków. GODZINĘ spędziłam na medytowaniu czy ten chromosom ma trzy czarne kreski czy może dwie? Jest metacentric czy może submetacentric? A gdzie wywiało chromosom X? Goshh..

Godziny rektorkie nie są powodem do odwołania farmakologii u mojej prowadzącej, więc takim oto sposobem jesteśmy grupą specjalną i jako jedyni na roku będziemy mieć zajęcia, juuuupiiii... -.-

Za niedługo lecę na premiery Spectre i Mockingjaya! :-D W grudniu Star Wars! Zamaratonuję się na śmierć. Jeszcze nie ma listopada, ale jak już jesteśmy przy grudniu, to święta zacznę 18 grudnia, cza cza ra cza!

niedziela, 25 października 2015

[93] Marfan's syndrome

W zeszłym tygodniu na pediatrii trafiła nam się dziewczynka z zespołem Marfana. Rzeczywiście była nadprzeciętnie wysoka, ale giętkość jej stawów wcale nie przekraczała moich wygibasów, więc w tym przypadku nadgarstek wcale nie latał 180*. Osłuchaliśmy ją i udało nam się usłyszeć odgłos zawiasów w sercu. Fajny dźwięk. Przypadek tej dziewczynki uświadomił mi jedno; może jednak nie traktuj genetyki jako kolejne "po co mi to?"

Na dermatologii obejrzeliśmy 11-letnią dziewczynkę z łuszczycą. Ciężki przypadek, bo nie miała jej tylko na rękach i nogach, jak to głównie bywa, ale dosłownie wszędzie. Okropnie szkoda nam jej było.

Na internie męczymy pacjentów i bawimy się w opukiwanie płuc. Znów wyznaczaliśmy granice, anatomia wróciła do łask. :-D Na koniec badaliśmy axillary lymph nodes (wybaczcie, nie znam polskiej terminologii, a nie chcę zmyślać), co nie było wcale łatwe, bo pacjent miał łaskotki. Nie miał z nami łatwo, bowiem wyciągnęliśmy z niego, że brał dopalacze, do czego lekarzom nie chciał się przyznać. xD Stwierdził, że lakrz sportowy mu je przepisał, hihi.

W tym tygodniu pediatrię będę miała codziennie, więc pewnie będzie dużo relacji. Mamy fajną, młodą Panią doktor, która niedawno sama kończyła studia i określa się jako prostudencka. <3 Wprowadza nas na zabiegówki, pomimo tego, że rzekomo nie może nas tam być.. :D

Farma dopiero się zaczęła, a mi się już nie chce.. :-( Zgadnijcie czym zaczynam tydzień? Tak jest! Farmą o 8, juhuuu! [*]

Halloween nadchodzi wielkimi krokami, z tej okazji dostaliśmy godziny rektorskie w piątek, piąteczek, piątunio. :-DD Na kluby raczej nigdzie się nie wybieram, ze znajomymi ustawiliśmy się w domu mojego chłopaka. Pewnie planszóweczki wjadą idealnie. <3

niedziela, 18 października 2015

[92] Textbooks, 3rd year subjects

W końcu mam już prawie wszystkie książki. Nie ma ich tak dużo, zauważyłam, że z roku na rok coraz mniej. Brakuje jeszcze tylko jednej, ale chyba jednak w tym roku się obędę bowiem plotki krążą, że da się przeżyć bez niej. Mam też pdf'a, więc łudzę się, że uda mi się nie lądować na fejsie. Nie umiem uczyć się z komputera. Wszystko mnie rozprosza.
Poniższa wyprawka wyniosła ponad $550, do tego jeszcze stetoskop, na który czekam, więc pewnie spokojnie dobiję do $700. Często zastanawiam się czemu w Polsce przekłady książek, które mam, kosztują mniej.. przecież wymagały czyjejś dodatkowej pracy?



Z dermatologii trafił mi się prowadzący terminator; jedyny plus, że nie będę z nim miała egzaminu, uff. Powoli oswajam się z pacjentami, ale nadal ani ja ani reszta mojej grupy, nie jesteśmy chętni dotykać żadnego z nich. Któregoś razu nawet doktor przypomniał nam, że skoro on dotyka, to znaczy, że my też możemy. xd

Genetyka jest nudna jak niedzielna msza. W dodatku ganiają nas z budynku do budynku, bo pierwsza część zajęć ma miejsce w innym miejscu niż kolejna. Szkoda, że podobno jest to drugi pod względem ważności przedmiot zaraz po farmie, bo całe trzy godziny spędzam na trzaskaniu w candy crush. :(

Interna jest super ciekawa, nasza prowadząca prześwietna, więc czuję, że czegoś się nauczymy. Ostatnio oglądaliśmy prześwietlenia klatek piersiowych i miednic. Badaliśmy głowę z szyją, potem klatkę piersiową. Opukiwaliśmy granicę płuc, co nie było takie proste, zwłaszcza, że pacjenta mieliśmy trochę przy kości. Potem robiliśmy sobie spirometrię, diagnozowaliśmy wyniki innych pacjentów, omawialiśmy różnice. Dużo się dzieje, więc nie da się nudzić!

Pediatria z bubuniami też jest fajna. Na pierwszych zajęciach uczyliśmy się zbierać wywiad, co okazało się ciężkim orzechem do zgryzienia. Na szczęście trafiła nam się mama, która na większość pytań odpowiedziała sama, więc znacznie ułatwiła sprawę. xD Potem oglądaliśmy jak małemu bubuniowi pobierali krew, co było straszne. Szkoda mi się go zrobiło. :(



środa, 7 października 2015

3rd year bring it on

Trzeci rok przemknie pod znakiem farmakologii, to już pewne chociażby ze względu na to, że spośród 10 książek jakie zakupiłam, 5 jest właśnie do tego przedmiotu. Na pierwsze zajęcia przyszłam w prześwietnym humorze, bowiem czym tu się martwić skoro tylko mieliśmy się sobie przedstawić i rozejść z uśmiechem na buzi. A tu bam, na dzień dobry przywitały mnie 3 godziny legendarnej kosy. Czuję, że w tym roku będzie fajniej niż dotychczas.

Czy wszystkie uczelnie medyczne są zlepkiem wielkiego bałaganu czy tylko moja się tym wyróżnia? W pierwszym dniu po powrocie z wakacji mieliśmy oddać indeksy do zatwierdzenia, ale niestety okazało się to niemożliwe, ponieważ zaginęły gdzieś. Przydałaby się aplikacja "gdzie jest index?"

Z podaniem planu oczywiście opiekun roku nie spieszył się wcale, bo po co. Dzień przed rozpoczęciem dowiedzieliśmy się, że stworzono nowe grupy. Niektórzy mieli szczęście nie być w ogóle uwzględnionym na liście i bynajmniej nie było to spowodowane tym, że nie zdali roku. Do dziś nie zostali dodani na listy, więc chodzą na zajęcia do byle jakich grup byle tylko chodzić, coby potem nie usłyszeć, że są nieklasyfikowani.

Na dermatologii pierwszy raz ujrzałam żywego pacjenta, co było bardzo miłą odmianą. :-D Na wykładzie z genetyki prawie nic nie słyszałam, a jak cudem coś wyłapałam, to tylko oświadczenia profesor, że bardzo lubi dyskutować, więc gorąco na nas liczy. Na farmie będę mogła pić i jeść, ale że będziemy mocno przetrzepywani z wiedzy o trzech tematach w tył, wykładzie (który trwa 3h, panie boże zmiłuj się) i temacie obecnym, to prawdopodobnie możemy na to nie mieć czasu. Pani z psychologii oznajmiła, że nie lubi krótkich prezentacji i, że im są one dłuższe tym lepsze, hehe dobre... Na szczęście to chyba już ostatni gówno przedmiot, więc postaram się przeboleć ten semestr. Higiena to podobno najważniejszy przedmiot 5-ego semestru, więc trzeba będzie uważać. xD W tamtym roku 2/3 roku wylądowało na terminie poprakowym, toteż wnioskuję, że chyba rzeczywiście nie żartują. xd

środa, 29 lipca 2015

Kulturka

Ogólnie nie imprezuję, ale od tygodnia powody do celebrowania znajdowały się dzień w dzień. Zdołałam wypić zawrotne ilości drinków (słownie: jeden/okazję, co na mnie jest ogromną ilością, bo jak wiadomo, nie piję), a wczoraj w środku nocy nawet udało mi się wracać z buta do domu (2,5km!), co zajęło niecałą godzinę. (rzekomo dobre tempo, w towarzystwie lepiej się maszeruje :D) Tak to jest, jak gdziekolwiek wybiera się bez auta. -.- Niby centrum, a północ przeleci i autobusy co godzinę. WSTYD.

PS. Nie clubbinguję, kulturalnie ze znajomymi spędzamy czas na bilardzie albo grach planszowych (polecam osadników z Catanu :P)

sobota, 11 lipca 2015

Praktyki w karetce

Przebrnęłam przez tydzień praktyk związanych z SORem i karetką. Na początku myślałam, że rzucą mnie na SOR w szpitalu, a tu baaaang, karetka! Było wesoło, czasem nudno, prawie nieustannie irytująco i kilka razy stresująco. Załatwianie praktyk, to coś, co wywołuje u mnie bóle brzucha. Myśl o paniach z działu kadr i oddziałowych kręcących nosem sprawia, że na czas wakacji odechciewa mi się tej żmudnej walki o doktorowanie. Na praktyki miałam się zgłosić w poniedziałek, ale że jeszcze byłam na wakacjach, to wybrałam się do pani z działu kadr na pogotowiu we wtorek. Z wielką łaską po uprzednim zarzekaniu się, że nie ma już dla mnie miejsc, a szkolenie BHP było ponad tydzień temu (mimo, że dziekanat kazał pojawić się w poniedziałek o wyznaczonej godzinie i wtedy miało być wszystko załatwiane), łaskawie wypełniła mi papiery i powiedziała, że dziś oddziałowej nie ma, jutro przed 7 mam ją znaleźć. Poszłam w środę o 6:40 na podstację, gdzie rezyduje oddziałowa i zostałam poinformowana, że znajdę ją dopiero o 8. Zapowiadało się fajne czekanie, ale pani, która ma jakieś tam pojęcie o pracy oddziałowej zabrała mnie na oglądanie grafiku i najpierw przez 10 minut męczyła, że nie ma żadnego miejsca na praktyki na lipiec (nie pomagały protesty, że przecież mam zabukowane miejsce przez dziekanat!), po czym doszła do wniosku, że w sumie to stażystki z S09 jeszcze nie ma i nie wiadomo czy będzie, więc mogę się z tym zespołem związać do czasu przyjścia oddziałowej. Rozłożyłam się w kanciapie wspomnianego zespołu, rękę jako jedyny podał mi jakiś młody, bardzo szczupły chłopak, po czym wywnioskowałam, że to jakiś nowy ratownik skoro był dla mnie tak miły na dzień dobry. Nie zdążyłam usiąść na kanapie, a okazało się, że mamy wezwanie. Zapakowaliśmy się do karetki i ruszyliśmy. Spojrzałam przed siebie, a ów młody chłopak okazał się być lekarzem. Było to miłe zaskoczenie, od razu pomyślałam, że jest cień szansy, że tegoroczne praktyki nie będą tak traumatyczne jak zeszłoroczne. Wysiedliśmy pod zgłoszonym adresem i jeden z ratowników spytał: "chcesz coś robić czy tylko odbębnić?", na co z radością odkrzyknęłam "robić!" Wewnątrz siebie czułam coraz śmielej tlący się płomyczek nadziei, może tym razem w końcu czegoś mnie nauczą! W mieszkaniu ratownicy zrobili panu EKG i zaraz po wydrukowaniu go, lekarz wepchnął mi je do ręki, sam nadal przeprowadzając wywiad z pacjentem. Popatrzyłam, a w myślach pojawiło się nieśmiałe "arytmia?" Po jakimś czasie obok stanął lekarz i spytał po którym jestem roku. Gdy odpowiedziałam, że po drugim, doszedł do wniosku, że jeszcze nie mogę wiedzieć i oznajmił, że to arytmia. Ucieszona, że nie egzaminuje mnie z wiedzy, z której musiałam spowiadać się na egzaminie z patofizjo, słuchałam uważnie. Zabraliśmy pacjenta do karetki, pielęgniarz zaproponował, abym się wkuła, po czym pojechaliśmy do szpitala, w którym miałam praktyki rok temu. Miło było oglądać tę placówkę z innego miejsca niż w tamtym roku. Na izbie przyjęć znów dostałam od cudownego doktora kilka cennych rad dotyczących EKG i pytanie czemu wcześniej nie przyznałam się, że już miałam patofizjologię, haha. Gdy pacjenta przejął od nas SOR, ewakuowaliśmy się z powrotem na bazę. Nie zdążyłam przejść progu budynku, a już złapała mnie kobieta, która przydzieliła mnie do S09 z informacją, że mam się spakować i jechać do domu. Myślałam, że szlag mnie trafi. Wzięłam swoje rzeczy i zostałam poprowadzona do oddziałowej. Na wyjściu jeszcze zdążyłam wyłapać pytanie nowego lekarskiego przyjaciela gdzie się wybieram. Znowu zrobiło mi się miło, że ktoś się tam mną interesował. <3 U oddziałowej oczywiście znowu nasłuchałam się sapania o tym, że miejsc nie ma i mam przyjść w sierpniu, bo ona niczego mi nie wyczaruje, wszystko jest obsadzone, nawet nocki. Znając już podejście wszystkich osób pieczołowicie piastujących stanowiska zza biurka, nadal miałam nadzieję, że to tylko takie pierdolenie dla pierdolenia i jeszcze nic sobie z tego nie robiłam. Wyskoczyłam z pretensją, że też mam wakacje zaplanowane i nie ma opcji, abym odwoływała bilety lotnicze do domu tylko dlatego, że dziakanat nie może dogadać się z pogotowiem. Okazało się, że dobrze, że się nie denerwowałam, bo NAGLE, cudownym trafem okazało się, że są TRZY miejsca na środę, czwartek i piątek na podstację, w której pierwotnie chciałam praktyki, bo była pięć minut jazdy autem od miejsca mojego zamieszkania! A pamiętam jak pani w dziale kadr na głównej podstacji powiedziała, że o tej lokalizacji "mogę sobie tylko pomarzyć." xd Takim oto sposobem po 8 pojechałam na kolejną podstację, po drodze zahaczyłam o dom chłopaka, zabrałam dodatkowe jedzenie, pożaliłam mu się jaki burdel i przed 9 dojechałam do celu. Tam już też czekał lekarz, który został przerzucony z innego miasta, bo okazało się, że ktoś zrobił bałagan w grafiku i w jednym miejscu było przypisanych dwóch lekarzy do jednej karetki, a w drugim ani jeden. Posiedzieliśmy, pogadaliśmy i szczęśliwa doszłam do wniosku, że ten doktor też nie będzie taki zły.

Od 9-19 jeździliśmy ciurkiem z szybką przerwą na obiad. W 98% zgłoszenia obejmowały starszych ludzi. Najczęściej ból w klatce piersiowej i duszności. W skrócie pic na wodę fotomontaż, bo po pytaniu "jak długo towarzyszy Panu/Pani ten ból?" najczęściej słyszeliśmy "no jakoś od pół roku." xd Rzeczywiście powód do wezwania karetki skoro ból towarzyszy PÓŁ ROKU. Dostaliśmy też wezwanie do pana, którego nagle objęła niemoc w nogach, zawieźliśmy go na angiologię, zrobili mu USG i w sumie nie wiem na czym stanęło, bo wróciliśmy do siebie. Był pan po tracheotomii, któremu wypadła rurka tracheotomijna, groziła mu kwasica i niefajnie to wyglądało. Dostałam zalecenie, aby "nie stać na linii ognia" xD bo "pluł" straszną flegmą z dziury po rurce. Poczytałam jego wypisy ze szpitala, dowiedziałam się co oznacza kod C32, po czym lekarz papiery wypisywał "na moją odpowiedzialność.", ponieważ sam nie czytał tych wypisów. Mieliśmy panią, która "miała ból w klatce piersiowej", ciśnienie 180/90 (mi wyszło 150/90, pozdro głuchoto), ale stwierdziła, że to normalne, ona czasami ma 220. xD No to po co karetke wzywała? Jak ją zabieraliśmy, to wnuczkowi powiedziała, że "jak nie wrócę, to tu są rachunki, a pieniądze tam gdzie zawsze." haha Później zespół S pojechał do pana z "bólem brzucha", a jak przyjechaliśmy to się okazało, że ma skierowanie na dziś do szpitala i nie ma kto go zawieźć. :] Jeszcze w karetce pochwalił się, że ma 3 tysie emerytury, żona 1,5k, a jeszcze pół domu wynajmują. BOŻE, rozpaliłabym dla takich buderusy Hitlerowskie. Pamiętam tego delikwenta z praktyk rok temu, był na oddziale chirurgii. Mieliśmy też zgłoszenie na wypadek komunikacyjny, jechaliśmy na zerwanie karku, po krawężnikach, z zakrętów nas wynosiło, bo nie wiadomo jaki stan, trup czy żywy, co tam się stało, nic nam nie powiedzieli. Dojechaliśmy na miejsce, a tam stoi dwóch młodzieńców gawędzących spokojnie. Wychodzimy, pytamy co się stało, a max 20letni kierowca auta stwierdził, że ten oto rowerzysta wjechał mu w auto, zrobił wgniecenie i ON TEGO TAK NIE ZOSTAWI, no cóż... Wypisaliśmy papier i objęliśmy kierunek bazy. W drodze powrotnej dostaliśmy zgłoszenie do pana z wypadkiem w miejscu pracy. Przyjechaliśmy i okazało się, że padaczka + rozbita głowa. Nie chciał jechać do szpitala, ale podstępem jakoś się zgodził. Na SORze w jednym ze szpitali cyrki, bo stara pani doktor twierdziła, że najpierw na chirurgii głowę trzeba zaszyć (2cm rozcięcia), na co główny dyżurujący doktor wydarł się na nią, że taka stara, tyle pracuje i nie wie, że najpierw załatwia się problemy neurologiczne?! Dostaliśmy też zgłoszenie do urazu nogi, zabraliśmy pana z trawy, coś mu się stało poważnego z biodrem, bo nawet na płasko leżeć nie mógł. Dostał zastrzyk znieczulający, ratownik męczył go o jakieś działki z osiedla na którym byliśmy, ale pan był taki skołowany, że żadnych informacji nie udzielił. Karetka do zbiorowisko plotek, prawie jak u fryzjera. :D Mieliśmy też zgłoszenie do wypadku komunikacyjnego, w którym młoda dziewczyna na pasach przeleciała przez auto, najprawdopodobniej złamała rękę, krew z ucha jej szła, ale wyświetlacz w telefonie się nie zbił. :P Na miejscu była już straż, krótko po nas dojechała policja. Auto, które ją huknęło, na przedniej szybie miało duże wgniecenie i pajęczynkę w tym miejscu. Nie powiem, było dość groźnie. Podpięliśmy kroplówkę, zawieźliśmy do szpitala, a potem walczyliśmy o deskę ratunkową, na której leżała, bo nie chcieli nam jej oddać, a inna nie pasowałaby nam do karetki. xd Cyrk.

Podsumowując: w pierwszym dniu oprócz zgłoszeń, również miałam zaszczyt uczestniczyć w myciu karetki, więc godzinę siedziałam z doktorem i plotkowałam o pogotowiu. W drugim dniu na dzień dobry usłyszałam, że dzisiejszy zespół dyżurujący jest w całości wypalony i chyba za dużo się nie nauczę. Summa summarum było wesoło. W trzeci dzień poszłam wcześniej do domu, bo zrobiło się zimno i przez 4 godziny mieliśmy tylko jeden wyjazd, widocznie ludziom z domów nie chciało się wychodzić, więc nie dzwonili po ratunek. :D Z najśmieszniejszych sytuacji z ów trzech dni mogę wybrać te:

1. Drugiego dnia wracamy o 18:55 na bazę i pielęgniarzowi dwa metry przed drzwiami do naszego lokum dzwoni telefon ze zgłoszeniem, a on idzie twardo do przodu i nie odbiera, po czym wkurwionym głosem kwituje: "Nie. Ma. Kurwa. Karetki. Już." xD Wszyscy zaczęliśmy się śmiać i zgłoszenie przekazaliśmy następnej zmianie z godziny 19. Mieli krwawienie z odbytu.

2. Trzeci dzień, godzina przed 9, dostajemy zgłoszenie.
Ratownik: Nudności, asymetria twarzy, problemy neurologiczne i kardiologiczne. Ulica Powell 78.
Lekarz: Nasza ulica, to gdzieś tu w tych firmach naokoło musi być.
Ratownik: *unosi brwi* CO TY KURWA NIE WIESZ GDZIE PRACUJESZ?!

Okazało się, że zgłoszenie było z przychodni nad nami (pogotowie z przychodnią umieścili w jednym budynku :D) Także na piechotę lecieliśmy dwa piętra w górę do zabiegówki. xD


Generalnie wyjazdy karetkowe to jakiś absurd i uważam, że ludzie powinni być karani za nieuzasadnione zgłoszenia. W przeciągu trzech dni mieliśmy może max 5-6 uzasadnionych zgłoszeń. Tak to prawie non stop jeździliśmy do wymyślonych problemów. O 1 w nocy pogotowie wezwała pani, która przez kilka dni zbierała pomidory i ma czerwone przedramiona, lekarka w POZecie wypisała jej Fenistil, ale nie pomógł i zdecydowała się wezwać pogotowie, o 3 w nocy zadzwoniła pani, która rano poprzedniego dnia wróciła z Egiptu, dostała sraczki, oddała 75 stolców i jak to stwierdziła "76-ego już nie da rady". Było też zgłoszenie jakiejś mądrej pani, której 25letni syn dostał gorączki i też to był powód, aby wezwać karetkę. xd Ratownicy opowiadali mi na SORze o pani, która wzywa karetkę 15 razy w miesiącu (już nawet znają na pamięć jej imię i nazwisko, z datą urodzenia, stwierdzili, że za miesiąc to już pesel będą znać xD), a jak dotrze na SOR to podpierdala ich, że "tego na palec mi panowie nie założyli" (chodzi o saturację HAHA)

Dużo rozmawiałam z ratownikami, dużo mi opowiadali, byli uprzejmi. Fajnie się z nimi pracowało, praktyki zaliczam do udanych. :-) Lekarze też trafili mi się bardzo fajni. Miałam okazję poobserwować absurdy w pogotowiu, dowiedziałam się o płacach i cyrkach jakie się tam dzieją. W ostatnim dniu dostaliśmy informację, że dziś na karetce S03 jeździ sam dyrektor, więc na SORach mamy stać na baczność. xD Nie no spoko, można stać, ale czasami kwitnie się tam przez 2h... kogo to obchodzi. :) Miałam szczęście, nie trafił nam się żaden żul, amen alleluja.

12 godzinne dyżury są fajne i niefajne. Fajne, bo przez to nie chodzisz codziennie do pracy, niefajne, bo naprawdę dają kopa w dupę. Praktycznie od 7-19 zapierdziela się non stop z krótką przerwą na obiad, która i tak musi być zatuszowana "myciem karetki", bo widocznie nie ma czegoś takiego jak przerwa? O.o Niektórzy ratownicy i lekarze robią dyżury 24h, podziwiam.

Zauważyłam znaczną różnicę między traktowaniem na praktykach po pierwszym roku, a teraz. Status ważności chyba z roku na rok rośnie. Teraz traktowali mnie bardzo poważnie, o dziwo. Lekarze na SORach i przy pacjentach upgrade'owali mnie do pozycji "pani doktor" albo "stażystki", co mimo, że wprawiało mnie w zakłopotanie, było miłe. Miałam śmieszną sytuację na jednym z SOR'ów, gdzie pielęgniarka spytała "a pani to kto?", na co lekarz rzucił "stażystka". Po tym pielęgniarka zaprosiła mnie do środka, bo chciała zamknąć drzwi, ze słowami "to proszę bardzo, zbada sobie pani pacjenta." xd

Ogółem sprawy organizacyjne związane z tymi praktykami określam przeogromnym burdelem. Począwszy od sytuacji, gdzie chcieli mnie wywalić na praktyki do miast oddalonych od mojego o 50km i 100km, skończywszy na tym, że przez te trzy dni notorycznie widziałam zespoły bez praktykantów, jedni nawet narzekali, że chcieliby mieć kogoś, ale nie dostali, no ale tak, miejsc nie było. :]

Każdego dnia po dyżurach byłam miło żegnana słowami, że może za kilka lat spotkamy się w pracy na pogotowiu. :) Przyjemnie.

sobota, 20 czerwca 2015

I po sesji, znów

Bleh, 3:3. Coś mi śmierdzi wynik ostatniego egzaminu, ponieważ naliczyłam sobie równo 44 punkty a tyle było trzeba, aby zdać. Nie wiem czy pisać do profesora w sprawie oglądania pracy czy dać sobie spokój, olać temat i potulnie przyjść na poprawę. Coś mi mówi, że ktoś nie policzył kilku punktów, a z drugiej strony oblane prace zawsze uważam za ogromne upokożenie i wstyd mi się pokazywać.

Na początku lipca zaczynam praktyki. W tym roku będą trwały 5 dni. Praktyki rodzinnej nie chce mi się robić, więc mam nadzieje, że uda mi się uzyskać zgodę dziekana na robienie praktyk we własnym zakresie. :) W tym czasie mam zamiar zająć się farmą i kursem językowym, czas odgrzebać język, który kiedyś męczyłam.

A pod koniec września jadę z rodzicami na Sycylię, kilkudniowy event motoryzacyjny, po Etnie będziemy szaleć. Kozacko!

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Bilans zysków i strat

Było pięknie i się zbyło. Dwa egzaminy zdałam, dwa uwaliłam [*], a dwa nadal pozostają wielką niewiadomą; z jednego wyniki jutro, drugi będę miała w czwartek.

Uwielbiam, gdy cały rok zapierdzielam jak burza i akurat na czas sesji wypalam się w  przedbiegach, ech. Rozumiem jakbym przegrała z kretesem, ale najpierw zabrakło mi 3pkt, później 5, gdzie obie sytuacje składają się na niecałe 5% całości. To boli prawie tak mocno jak roztrzaskanie najmniejszego palca u nogi o kant łóżka.

A miałam się uczyć w wakacje farmy...

Edit (16.06)

Trzeci egzamin zdany, juuupi.

środa, 3 czerwca 2015

Bye bye parasites

Biologia mnie styrała, jak jeszcze żaden przedmiot do tej pory. Nienawidze robaków. Pierwsza część zdałam za pierwszym razem, za to druga doprowadziła mnie do komisji. Uczelnia zlamała wszystkie możliwe regulaminy zwiazane z poprawami; pierwszy i drugi termin razem z komisja zamknęli na przestrzeni 5 dni. Celowe działanie żeby uwalić.

Trzeba być mna, zeby nie moc zdac kola w pierwszym i drugim terminie, za to na komisji zdać obie części na 5. Jednak lubię, gdy mam nóż na gardle, od razu lepiej mi się uczy. xd Lacznie zdala nas tylko czworka z jakichs 30 osob.

sobota, 30 maja 2015

Być dzieckiem szczęścia cz. 325783292

W życiu jeszcze nie przytrafiło mi się coś tak niespodziewanego. Jako, że w jednym dniu trafiły mi się dwa egzaminy (y), to siły trzeba było rozłożyć i świadomie skupiłam się na tym trudniejszym, więc patofizjo prawie całkowicie olałam, z racji, że "łatwiej będzie we wrześniu zdać/może uda mi się przejść na wiedzy, którą w ciągu roku wryłam w główkę." Jak wspomniałam w ostatnim poście, pytania dostaliśmy oczywiście w 95% nowe, mogliśmy się wesprzeć aż pięcioma starymi, w których i tak sens został zmieniony, więc jak ktoś wyuczył się na pałę, to nawet tych 5 punktów nie dostał. Otworzyłam arkusz i moje zagubione oczka ujrzały super "lakoniczne" odpowiedzi, których przeczytanie, przeanalizowanie i zrozumienie trochę zajmowało, a na które mieliśmy minutę/każde, więc po przeanalizowaniu swoich szans na zdanie, w przeciągu sekundy przełączyłam się na tryb "do zobaczenia we wrześniu." Jeszcze nigdy wcześniej nie poddałam się tak szybko. Zła, rozdrażniona i pełna nienawiści do osób, które nas oszukały tydzień wcześniej, od niechcenia po kolei przeskakiwałam z pytania na pytanie (czego zazwyczaj nie robie, bo pierwsze w kolejności zawsze są te, które umiem "na 100%.") Za bardzo nie rozkminiałam czy aby na pewno będzie dobrze, gdzie jest kruczek i czy w ogóle jest, a jak były odpowiedzi "wszystkie powyższe są poprawne", to zaznaczałam je na odczep, jeśli wcześniej coś wyraźnie nie rzuciło mi się w oczy jako "nie, to na pewno jest źle." I wiecie co? Byłam pewna, że ilość moich punktów będzie niemalże równa 0,00 a kilka godzin po egzaminie na fejsie pojawiły się wyniki i swój index znalazłam na pozycji oznaczonej 4. Punkta lub dwóch brakło mi do 4,5. No cóż, miej wyjebane, a będzie Ci dane.

I co te stypendia są warte, jak jedni lecą wszystkie egzaminy na nowiuśkich pytankach, a inni mają giełdy z poprzednich lat/podwędzają egzaminy?

sobota, 23 maja 2015

Wyścig szczurów

Ludzie to swinie. I smutne jest to, ze Araby jacy sa, tacy sa, ale przynajmniej trzymaja sie razem, a biali? Biali noze sobie w plecy laduja. Egzamin z patofizjologii mamy podzielony na dwie grupy; Ci, co maja zajecia z pania dziekan i Ci, co maja czterech innych prowadzacych. Jedni egzamin mieli juz w czwartek, reszta ma miec za tydzien. Bylo jasno powiedziane: "tylko trzy grupy maja egzamin tydzien wczesniej", ale oczywiscie musialy znalezc sie kanalie, ktore na wydre musialy pojsc w nie swoim terminie. Skad to parcie? Bo wczesniejsza grupa ukradla jakos egzamin i na tacy mieli podane odpowiedzi. Nie trudno zgadnac, ze wszyscy maja 4,5 i 5. -.- Oczywiscie nikomu nie powiedzieli, ze jednak okazalo sie, ze nie tylko te trzy grupy moga przyjsc, bo po co dzielic sie taka informacja, w koncu tajemnica. My za tydzien bedziemy miec nowe pytania, fajnie. Kto polazł? Sami najlepsi uczniowie, ciekawe, co? :D A jeszcze kilka miesięcy temu niektórzy z nich darli ryja na innych "jakimi lekarzami kiedyś będziecie skoro chcecie kraść egzaminy!!!", hipokryzja nie zna granic. [*]

Zostalo mi ostatnie kolokwium w srode i sesja.

czwartek, 14 maja 2015

Jeszcze 4 kolokwia

Od sesji dziela mnie tylko cztery kolokwia.

Anatomia kliniczna - zaliczona, jeden egzamin z glowy. :D Prowadzacy byl bardzo zadowolony z mojego researchu.
Parazyty - zaliczone
Biofizyka - kolokwium w tym tygodniu zdane, ostatnie za tydzien i koniec biofizu! <3

O mamo, za miesiac o tej porze juz bede prawie po sesji. Szybko czas leci.


poniedziałek, 11 maja 2015

Autopsja vol. 5; 22 tygodniowy płód

Dziś był 22 tygodniowy płód. Szczerze mówiąc wyglądał jak ufo. Chude długie nóżki zajmujące 3/5 długości ciała, w porównaniu do całości oooogromna głowa i wydęty brzuszek, typowy dla maluchów. Czaszka była tak miękka, że rozkroiliśmy ją nożyczkami, mózg był jeszcze niepofałdowany, zwoje nerwowe niewykształcone. Płuca idealnie różowe, bez powietrza, więc wrzucone do formaliny od razu w niej zatonęły, serce wielkości paznokcia na kciuku. Łuk aorty bardzo dobrze widoczny, niemalże bielusieńki.. Naczynia krwionośne były tak malutkie, że nie chciała w nie wejść rurka grubości ołówkowego rysika. Żołądek, nerki i nadnercza wielkości paznokcia małego palca u ręki, śledziona nieco od nich mniejsza, za to wątroba była dość pokaźna i wypełniała praktycznie całą przestrzeń jamy brzusznej. Znaleźliśmy nawet jajniki, które były jak najmniejsze okruszki chlebowe. Ta autopsja była dziwna. Powodem poronienia było prawdopodobnie niedotlenienie płodu, ponieważ w mózgu znaleźliśmy krwotok. Jeszcze łożysko poszło do badania, aby wykluczyć infekcje. Na kubeczku z formaliną napisane było imię dziewczynki, smutne to było.

Kolejną prezentację mam już zaliczoną na maxa, więc nie pozostaje nic, jak tylko wyczekiwać egzaminu, który i tak wszyscy oblejemy. Mam 6 dodatkowych punktów, więc zamiast 75, będę musiała zdobyć magiczne 69, jednak wątpię, aby cokolwiek to pomogło... ;x

Jutro czeka mnie test z parazytów, a zaraz po nim obrona pracy naukowej z anatomii klinicznej. Trzymajcie kciuki, niewątpliwie się przydadzą.

niedziela, 3 maja 2015

Semestr powoli się kończy

Etykę mam już prawie zaliczoną, więc teraz pozostaje mi tylko chodzić na zajęcia. W międzyczasie researchu do prezentacji i eseju dowiedziałam się, że w Kalifornii do 2010 roku w więzieniach sterylizowano kobiety, no ładnie.. Od kiedy zaczęłam mieszkać w Stanach, wiedziałam, że to pojebany kraj, ale żeby w XXI wieku nadal stosować takie metody pacyfikacji..?

Biologia na 7:00 niezbyt przyciąga studentów. Dwa tygodnie temu była nas trójka, tydzień temu dwójka, więc nawet zajęcia się nie odbyły z racji, iż brakowało jednej głowy więcej. Podpis dostaliśmy i au revoir do domu. Gdyby nie to, że chłopak mieszka blisko i mogłam się udać do niego na poranne leżakowanie, to zdrzaźniłabym się mocno; kolejne zajęcia startowały dopiero o 9:30. Pospałam do 9:20, na etykę dotarłam spóźniona tradycyjne 20 minut. Nigdy się nie spóźniam, ale że etyka jest prowadzona w formie wykładu, to mooożnaaa..

Na socjologię wraz z mą uroczą grupą przygotowaliśmy ankietę dotyczącą uczelni. Kontrowersyjnym wynikiem jest opis naszego roku: "pomocny, niegrzeczny, miły, chamski, praca zespołowa, rywalizacja,..." Jak na moje oko, musimy być trochę sprzeczni. Będzie co analizować. Także socjo też już prawie zaliczona.

Anatomia kliniczna... tu się pojawia problem. Do wtorku mam oddać pracę naukową, której jak nie trudno zgadnąć, jeszcze nawet nie zaczęłam. Jak nie oddam pracy lub nawet gdy oddam, ale nie zostanie ona zaliczona przez Wielkie Góru, będę musiała podejść do egzaminu. (Od razu przypomina mi się anatomia rok temu...) Krzyż na drogę.

Biofizyka depcze mi po piętach. Pieprzony rezonans magnetyczny!

Za dwa dni mam kolokwium z parazytów część I, amen.

Update [04.05]
Półtorej dnia mi zajął research z anatomii, ale w końcu mam piękne ponad 3 strony tekstu, czyli ponad stronę nadprogramowo. *.* Mam nadzieję, że nie będzie chciało mu się czytać i zaliczy. + pozostaje się modlić, że plotki o prezentacjach z tych prac, to tylko plotki.

sobota, 25 kwietnia 2015

Micro practical exam - complete!

Praktyczny z mikro za mną! Zdałam, amen alleluja. Case'a dostałam w miarę łatwego, ale slajd rozwalił mnie doszczętnie. Maksymalne powiększenie dużo za małe, aby stwierdzić czy to coccus czy rod, już nie wspominając o kolorze, z którym miałam problem; czerwień czy fiolet? Byłam święcie przekonana, że widzę Moraxellę; napaćkane czerwone cocci. Clinical case obejmował meningitis in neonates i 60-letnią kobietę z nosocomial pneumonia, u której wykryto Pseudomonas Aeruginosa. Musiałam wypisać antybiotyki, komplikacje, czy takie wyniki mogły być prawidłowe czy to tylko podpucha, bo choroba spowodowana była wirusem/grzybem/parazytem i jeśli tak, to czym konkretnie, inne czynniki powodujące w/w choroby. Antybiotyków do praktycznego mieliśmy się uczyć tyle o ile, czyli samych grup, po czym stanęła nade mną pani profesor i pyta "no dobrze, ale anti-pseudomonal penicillin jest mało dokładne, podaj proszę konkretną nazwę." Patrzcie, znów NOT SPECIFIC. xD Kto nie pamięta; mowa o piperacillin, ticarcillin i carbenicillin. Teraz czekamy półtorej miesiąca na egzamin teoretyczny, ciekawe ile do tego czasu zostanie mi w głowie... :D

Z bieżących spraw poza mikro; kardiologiem nie będę, na patofizjo nie wiem, co się dzieje (szczegółowo omawiamy EKG.) Ludzie widzą to, co trzeba, a ja widzę punktowo połączony alfabet morsa. Chyba nie obędzie się bez kupna książki w stylu "poradnik dla debila; jak odczytywać EKG." Za trzy tygodnie w ramach kolokwium do omówienia dostanę czyjąś pracę serca, więc wypadałoby zaznajomić się z tymi maziajami. Egzamin już pod koniec maja, aaaaaaaaa...

Na socjologii ćwiczyliśmy scenki sytuacyjne i jedną z nich było "jesteś lekarzem, amputowałeś pacjentowi złą nogę, poinformuj go o tym."
Lekarz: How are you?
Pacjent: I think I'm fine, trying to relax after the surgery.
L: How did it go for you?
P: I think fine.
L: Yeah?
To yeah rozłożyło wszystkich na łopatki.

wtorek, 21 kwietnia 2015

Szycie chirurgiczne i płody

Dzisiaj chyba pobiłam szczyt swoich możliwości; podczas zajęć, które zaczęły się o jakże przyjaznej dla studenta porze (7:00) przez godzinę nauczyłam się na kolokwium z biologii i jeszcze dostałam z niego 3,5. Trochę w tym szczęścia, ale przynajmniej byłam jedną z DWÓCH (!) osób, które się pojawiły bez uciekania, załatwiania zwolnień, itd. ;d Uważam to za osobiste osiągnięcie. Skąd taka frekwencja na zajęciach? Od dziś wystartowały egzaminy praktyczne z mikrobiologii, więc priorytet jest jeden.

Od soboty siedzę całymi dniami i powtarzam bakterie, modlę się tylko, aby dostać pharyngitis. *.* Na razie opanowałam Staphylo i Streptococci + większość gram negatywnych bakterii (poza Treponemą.) Chyba muszę zmienić system, bo nie dość, że uczę się dużo za dużo (na praktyczny nie potrzebujemy na razie virulence factors i patogenezy), to jeszcze nie kolejnością chorób, więc może mi się potem pokręcić jak w clinical case będę musiała wypisać np. wszystkie bakterie powodujące meningitis.

Boziu, ratuj. *.*

Na ostatnich zajęciach z anatomii klinicznej miałam zajęcia z szycia chirurgicznego i trafiło mi się pracowanie na płodach. Takie tyci tyci stópki, pazurki.. :( Nawet miałam okazję zobaczyć z bliska płód alkoholiczki; dziecko miało rozszczepienie wargi (cleft lip.) Ich skóra była bardzo miękka, więc łatwa do szycia, moi mało szczęśliwi koledzy dostali w prezencie prawie 90 letnią panią, z której skórą żaden skalpel sobie nie radził i mieli ciężko. Kilka tygodni temu uczyli nas jak w różne sposoby wiązać szwy i dziś mieliśmy okazję na praktyczne zastosowanie umiejętności, aczkolwiek nie było to takie proste, kiedy trzeba było pilnować igieł, aby się na nie nie nadziać. Chirurgiem raczej nie będę.

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Pyton

Przychodzę na uczelnię i wita mnie nowina "żałuj, że nie mieszkasz w akademiku! Taka akcja była! Komuś pyton z terrarium uciekł!!" Ja sie pytam: kto w akademiku trzyma pytona?!?! XD A myślałam, że już mnie tu nic nie zadziwi.

PS. Pyton został eksmitowany w trybie natychmiastowym. Teraz chyba mieszka w zoo.

czwartek, 9 kwietnia 2015

Mikrobiologicznej gorączki czas start

W poniedziałek skończy się wielkanocny błogostan. [*] We wtorek trzeba będzie iść na uczelnię, chlip chlip. Chyba zaczynam łapać doła. Kolejnego w mojej początkującej karierze medycznej. Za dwa tygodnie egzamin praktyczny z mikro, a ja co? Otwieram pdf'y, czytam tylko, że Bacteroides, Porphyromonas i Prevotella są obligate anaerobes (GN) i zamykam laptopa. Z takim zapałem do nauki mogę szykować wakacje na wrzesień. Krzyż na drogę.

Wczoraj przeżyłam wybuch radości, jak dowiedziałam się, że zdałam GI tract z patofizu. Skąd ta euforia? Niby nic szczególnego w zdaniu kolokwium, ale prowadzący ubździł sobie, że zdawalność ustanowi od (uwaga!) 75%. *ok* Miałam 82, bumbumbum, szpęcjalysta od chorób ukł. pok. rośnie. xD

Bardzo męczą mnie zajęcia z socjologii. Ostatnie dwa przebimbałam czytając The fault in our stars. Potem może być problem, bo na koniec czeka nas projekt, który sami musimy wymyśleć w oparciu o wiedzę zdobytą na zajęciach. Nietrudno zgadnąć, że w chwili obecnej ów wiedzy nie posiadam. Jedyne, co słyszałam, to kłótnię między paniami, a panami o to czy panie powinny otrzymywać takie samo wynagrodzenie jak mężczyźni i czy mogą wykonywać prace, które są przyjęte za typowo męskie (np. strażak, murarz itd) Nie wiem po co nam tak duża ilość tych zajęć, bo mamy je aż do początku czerwca, gdzie np. anatomię kliniczną kończymy z początkiem maja, ale ok, są rzeczy ważne i ważniejsze. Tak samo nie rozumiem po co nam zajęcia z etyki skoro to kolejne godziny spędzone na kłótni czy aborcja powinna być dozwolona na całym świecie czy nie, czy eutanazja jest ok, jak chrześcijanie postrzegają medycynę, jak jehowi, blablabla. Może w połączeniu z religiami jest to ciekawe, ale na kij mi się kłócić o jakieś eutanazje i aborcje skoro wszyscy jesteśmy dorośli, mamy na ten temat swoje zdanie, a nauczycielka nie może słowem się odezwać czy coś jest dobre czy złe? Albo jestem tępa albo ktoś tu próbuje na siłe zrobić ze mnie filozofa. xd

PS. Jestem w dupie z patomorfą, ponieważ przez durne prezentacje i brak kół jeszcze książki nie rozpakowałam z folii, więc wyobraźcie sobie mój byt na egzaminie. (czyt. powołam się na wyliczankę: eeny, meeny, miny, moe, catch a tiger by the toe, if he hollers, let it go) Chyba co roku schemat się powtarza, bo rok temu zdało tylko 5 osób z racji tego, że w jakiś sposób ukradli egzamin. xD Lovely September, I'm coming!!

PS2. Egzamin z patomorfy zdaje się po uzyskaniu 70%, nauczyciele w trakcie roku rozdają minus punkty za złe zachowanie, niesłuchanie, nieobecność w dniu, w którym ma się prezentacje, itd. Skala jest od -1 do -7, także ten... xD

niedziela, 29 marca 2015

Sądówka

Na sądówkę trafiły do nas trzy przypadki; samobójstwo, topielec i wypadek. Samobójstwo poharatało się dosłownie wszędzie, zaczęło od lewej ręki, potem poszło na fajeczkę, strzeliło sobie drineczka, następnie zaczęło męczyć obie nogi, kolejny drineczek i jak już procenty zaszumiały w głowie, to przyszedł czas na cios ostateczny. Po prawej stronie szyi nie poszło, ponieważ osoba była prawdopodobnie praworęczna, to lewa strona wyszła całkiem dobrze. Cięcie wzdłuż szczęki i na końcu wbicie żyletki w szyję, aczkolwiek jak się okazało; było ono zbyt płytkie i wcale nie było powodem zgonu. Jaki był zatem powód? Ogólne wykrwawienie.

Topielec utopił się nie wiadomo czemu, bo dość młody był, teoretycznie w sile wieku. Początkowo obstawialiśmy zawał, aczkolwiek miał krew w ustach, więc to wskazywało na coś innego. Nie wiem co, bo rozbierali go jak mnie już nie było. ;<

Wypadek też był lekko wstrząsający, bo na stole w ciuchach leżała młoda Pani, nawet listonoszkę miała przełożoną na skos, makijaż nienaruszony; wyglądała jakby spała. Pomijając dwa fakty; z prawej nogi z buta wychodziła złamana kość i plecy miała całe obkrwawione. Dziwnie było potem wrócić do domu i oglądać wypadek, w którym zginęła.

środa, 25 marca 2015

Autopsja vol. 4

Na patomorfie kolejna autopsja. Pan 85 lat i wszystkie dolegliwosci sercowe jakie sa tylko mozliwe. Zastawki nie domagaly, nadcisnienie i milion innych, ktorych nie zapamietalam. Summa summarum zawal mial. Do tego kamienie i cysty w nerkach, pluca przylepione do klatki piersiowej, w nich zapalenie pluc, kamien w woreczku zolciowym (cud, ze jeszcze zoltaczki nie mial, bo kamien byl wielkosci malego kurzego jaja), MIAZDZYCA LEVEL HARD, bo jak cielismy tetnice, to nozyczki tepily sie na SKOSTNIALYCH grudkach miazdzycy (czarne, suche, ohydne grudy), problemy z tarczyca, za male nadnercza i obtluszczona watroba. To sie nazywa miec pecha/zle sie prowadzic.

Juz wiem co robia z dziura po wycietym mozgu. Wkladaja recznik i zaszywaja glowe.

Biologie zdalam najlepiej na roku, jol!

niedziela, 22 marca 2015

Oburęczność

Dwa kolokwia z biofizyki zdane, mikrobiologia poprawiona na 3+ (coś spadają moje mikrobiologiczne osiągi, przestajemy być przyjaciółkami, chlip, aczkolwiek i tak poprawiłam to najwyżej z całej grupy! :D), kolokwium z biologii jeszcze nie wiem, ale wiem, że jak zwykle rozwaliłam pytania otwarte, a durnowato przejechałam się na ABCD. :(

W nadchodzącym tygodniu czekają mnie kolejne dwa koła; ostatnie ever kolokwium z mikro i znów biologia. Powinnam już dziś zacząć naukę, ale że od dwóch tygodni imprezuję weekendami (coś musiało mi upaść na głowę, bo to zupełnie nie w moim stylu), to pewnie zacznę dopiero jutro.

Ostatnio mam mega szczęście z chłopakiem. Lubimy chodzić do Pizzy Hut i w tamtym tygodniu dostaliśmy gratis bar sałatkowy, bo długo czekaliśmy na zamówienie (coś pokręcili z rodzajami pizz jakie chcieliśmy), a wczoraj nie dość, że na wejściu dostaliśmy drineczki, bo niby długo trzeba było czekać, a summa summarum stolik dostaliśmy zaraz po drineczkach, to jeszcze dostaliśmy dwie średnie pizze zamiast jednej dużej, którą zamówiliśmy, bo nie mieli już dużego ciasta. xD Dziećmi szczęścia być... :-D

W squashu wczoraj odkryłam skąd wynika moje niedopchnięcie jeśli chodzi o odbicia prawą ręką. Otóż jestem dziwnym przypadkiem na tej ziemii i należę do grupy osób oburęcznych. Na papierze piszę lewą ręką (prawą wychodzi mi to wolno i nieco krzywo), a na tablicy w szkole piszę prawą, słoiki odkręcam prawą, w siatkówce serwuję prawą, w kosza kozłuję prawą. Teoretycznie obie ręce powinny być równo rozwinięte, ale niestety nadgarstek lewej jest wyraźnie sprawniejszy. Dziwnym jest to, że odruchowo rakiety nie biorę do lewej ręki, mimo, że ta jest mocniejsza. Ot, dziwactwo moje.

Jedną prezentację z patomorfy mam już za sobą. Dostałam maxa, także ideolo. Jeszcze jedna prezentacja i baj baj stresie.

wtorek, 17 marca 2015

Przerost formy nad treścią

Dziś może mało medycznie, ale o temacie związanym, mianowicie o studentach medycyny na mojej uczelni. Nie wiem do jakiego wariatkowa trafiłam, bo to zbiegowisko Niemco-Kanadyjczyko-Amerykano-Szwedów, to jakieś konie rozpłodowe, które krzyżują się ze sobą na krzyż i wcale nie widzą w tym nic złego, że codziennie mijają się na korytarzu/są w jednej grupie. Mi by się dziwnie w przygodny sposób spało z kimś z kim mam codziennie zajęcia i wykłady, no ale jak kto woli. W ogóle mega gardzę bzykaniem się na krzyż i mimo, że w grupie mam trzy największe dupeczki roku, to szybko przestali mi się podobać, jak dotarła do mnie informacja o tym co wyprawiają. Szczyt hipokryzji, bo pamiętam sytuację sprzed roku, kiedy spytali o mój związek czy jest to big love, powiedziałam, że nie, to skomentowali, że "wykorzystuje chłopaka." Jeszcze wtedy miałam o nich dobre zdanie, a szkoda, bo powiedziałabym co o nich myślę. W dodatku starosta roku daje przykład i sam przoduje w dawaniu na boki, także jak dla mnie gonorrhea all around!!

Kolejny kontrowersyjny temat, to temat pieniędzy. Na początku myślałam, że wszyscy są kasiaści, no bo tyle kasy bulić rocznie, to dość sporo, ale jak się okazało, nie do końca jest jak myślę. Mimo, że mają ojro, dolary i inne dobrze stojące waluty, to mają problem z budżetem. Kij w to, że żadne z nich nie ma auta, ale każda laska łazi z torebkami LV i MK, każdy ma makzbuka, ajsrona i inne "fancy stuff.", więc wydawało mi się, że mamona jest. Wyklarowała się sytuacja, która nieco mnie zdziwiła i zbulwersowała zarazem. Dużo osób oblało biochemię. Powinni zacząć ją w tym semestrze od nowa z pierwszym rokiem, ALE... nie zaczną, bo nie mają kasy na opłacenie kursu. Trochę beka nie mieć $1,500 na kurs poprakowy, ale nosić się z super hiper markowymi gadżetami. Ostatnio słuchałam opowieści pewnej damy, że kupiła sobie trampki od LOBUTĄ (zostałam poprawiona za wymowę lobutin) i musi teraz oszczędzać, bo się spłukała! Serio? Skoro nie masz kasy, to na kij Ci takie trampki żeby potem przez miesiąc w ramach oszczędności trawę gryźć? Ów pani od lobutą miała akcję z właścicielem mieszkania u którego wynajmowała, bo wyniosła się w połowie miesiąca i uważała, że z tego tytułu płacić już za wynajem nie musi wcale. Ale ona jest bogata, jakby kto pytał, bo przecież ma markowe butki i torebki. xd Kolejne przykłady "bogactwa" to osobniki, które twierdzą, że mają auto. Ostatnio mieliśmy jakieś badania naukowe prowadzone i szła ankieta, która badała związek pomiędzy doinformowaniem, a zamożnością i pojawiły się pytania np. o auto czy się je ma, a jeśli tak to jakie. I moi durni znajomi mieli dylemat, KTÓRE auto wpisać, bo mają DWA! Co z tego, że jednym jeździ matka, drugim ojciec, ale oni mają dwa. xDD Wiecie co? Śmiech na sali. W cholerę masz to auto, zwłaszcza, że przez 10 miesięcy w roku nie widziałam go ani razu na oczy, a dwa, że zanim je weźmiesz, to familię musisz pytać czy możesz. xd No, ale mają auto, ok. Kolejna gwiazda nie poszła do kogoś na urodziny, bo "nie ma pieniędzy na prezent", ale po weekendzie przyszła na uczelnię w nowym szaliku z lisa. Podobnych przykładów mogłabym wyszukiwać w nieskończoność, ale aż zaczynam się denerwować jak o tym piszę. Może mi ktoś wytłumaczyć po co się tak sztucznie pokazywać skoro nie prezentuje się nic poza przerostem formy nad treścią? Dużo koleżanek z roku mnie bardzo nie lubi tylko dlatego, że jeżdżę autem jakim jeżdżę, jakby to rzeczywiście był powód do nienawiści. Jeszcze bardziej im żal dupę skręca, że moi rodzice zarabiają w PLNach, które są 3-4x mniej warte niż ojro/dolar, więc teoretycznie z samego tytułu mieszkania w bogatych krajach powinny świecić pieniądzem, a tu ups, niespodzianka, patelnia w twarz, bo Polka-srolka jest bogatsza, o nieee! Nigdy nie wywyższałam się z powodu zamożności, ale chyba powinnam zacząć wpasowywać się w otoczenie, jebnąć na instagrama 7 ekskluzywnych aut, które są w domu, do tego posiadłości i inne gadżety, bo to przecież ten cool styl życia, który prowadzą znajomi z roku. Żenuaria max.

Jak tak czasami patrzę jacy durni życiowo ludzie mają zostać lekarzami, to aż mam ochotę walnąć głową w stół.

PS. "Bogacze" świata prawie nie widzieli, bo poza swoim krajem, to oni do tej pory nigdzie jeszcze nie byli. Mój ojciec musi kraść skoro od 15 lat podróżujemy daaaleko poza europejski kontynent i nawet dostałam pytanie czy nie jest z rządu. XDD Padłam.


Update; [18.03]

Tak mnie jeszcze natchnęło; jak już jestem przy temacie studentów, to dodam jeszcze jeden dość ważny aspekt. Nie wiem jak na innych uczelniach, ale na mojej teoria o tym, że studenci medycyny sporo pompują w żyły jest jak najbardziej prawdą. Strasznie dużo mam ludzi na roku, którzy nie dają rady z ciśnieniem i wspomagają się różnymi dopalaczami. Jedni mniej, drudzy więcej, jedni lżejszymi, inni aż po amfe sięgają. Najlepsza studentka roku jedzie na tabletkach dla dzieci z ADHD, haha. Dostała jakieś krzywe stwierdzenie o ADHD, wykupuje recepty na prawie $150/opakowanie i jest szczęśliwa. Nie do końca do mnie trafia powód takiego dopalania się, bo wszystko fajnie, zdasz kolokwia i egzaminy, ale jak przestaniesz brać dragi, to wszystko w ekspresowym tempie zapomnisz i jaki potem będzie z Ciebie lekarz? Kilka osób już się na tym przejechało i wylądowało w szpitalu. Mają teraz problem, bo rozwalili sobie cały układ pokarmowy i muszą lecieć na jakiś super restrykcyjnych dietach pt. specjalnie wyznaczony posiłek o 7:00, 10:30, 13:00 itd, i potem na zajęcia się spóźniają, bo dieta. xd Strach w dupę zajrzał i nagle już wyniki w nauce spadły, poprawa za poprawą, brak obecności, ucieczki przed testami.
Do tego dochodzą jeszcze imprezy. Jak bardzo trzeba być głupim, aby imprezować, zalewać mordę na bibkach do takiego stanu, że zaczynasz się zabawiać z koleżanką na oczach innych, a przy tym jeszcze brać dragi, aby co? Dodać dreszczyku emocji, że można po tym szybko zejść z tego świata i zmarnować pieniądze rodziców, bo bez sensu zainwestowali w nieodpowiedzialne dzidzi? Przyszli lekarze, elita...

czwartek, 12 marca 2015

Liczac na bycie dzieckiem szczescia

Do przedostatniego kolokwium z mikrobiologii zostało 12h. Trzy obszerne tematy. Czas, start. :DD

PS. Wiem, że pewnie uwalę, ale może akurat trafię z nauką w to, co dadzą. *proszeeee*



Update [14.03]

Niestety nie ma tak dobrze. Pamięć fotograficzna mnie zawiodła i pomyliłam górną część drugiej kartki notatek z trzecią i takim oto sposobem zmieszałam Bordetellę z Brucellą. W dodatku profesor stwierdziła, że "fimbriae, capsule and endotoxins" jest not specific i mimo, że jako virulence factors są one poprawne, to chodziło jej o coś bardziej specyficznego (w sumie ma to sens, mogłam się domyśleć, że mam być szczegółowa.) Rozwaliły mnie pytania o antybiotyki, bo nie spodziewałam się, że będą o nie pytać, ponieważ ta część jest już dawno za nami, no ale jak widać wszystko, co było wstecz, obowiązuje także teraz. xD Było też podchwytliwe pytanie o prewencję gonnococcal infection u niemowlaków; możliwe odpowiedzi zawierały krople i maści, większość dała odpowiedź z kroplami, ja dałam maść i fakt, była to maść, ale wybrałam zły antybiotyk. ;< Ciekawe skąd to pytanie wytrzasnęli, bo ani Lippincott, ani prezentacje nie zawierały tej informacji. Może w Murrayu jest ta informacja? Mimo wszystko nabiłam jakieś 50%, więc brakło mi tylko 10%, aby zdać, chlip chlip.

sobota, 7 marca 2015

Przeciwdziałanie zgapialstwu

Siedzimy na patofizjologii i jak zawsze zanudzamy, bo co tydzień prezentacje lecą jedna po drugiej aż nagle każdy między słowami wyłapuje rozmowę o prostaglandynach.

Student: So there are two COX'es, COX-1 & COX-2.
Nauczyciel: What can you tell us about cocks?
(Niestety wymówił nie tak jak trzeba i wyłapaliśmy kutasa, także zapanowała wszechogarniająca konsternacja i śmieszki hiszki.)

W poniedziałek czeka mnie kolejna autopsja, hip hip hurra!!! Na mikrobiologii dwa tygodnie temu miałam bekę, bo oglądaliśmy Aspergillus'a Niger'a i ofc musiałam zarzucić "Aspergillus Murzyn", więc ten no, brawo Leila. Ale przynajmniej wszyscy na praktycznym będą pamiętali, że jak czarne, to tylko Aspergillus. xD

Przepisało się do nas kilka osób z Łuuukrainy i trochę dziwnie, bo są w grupach na wszystkich trzech latach porozrzucani. Teoretycznie w większości zajęcia mają z II roku, ale coś tam robią na I-wszym (wielka tajemnica co) i coś tam mają z III roku. Zaintrygował mnie ten fakt.

Od dwóch tygodni zbieram się do zmiany telefonu, bo nowy ajsronik leży na biurku i czeka na odpalenie, ale jakoś nie mogę rozstać się z obecnym. Zżyliśmy się bardzo. Grzeczny jest, bo ile razy nie spadał na beton przy wsiadaniu do ultra niskiego auta, ile razy nie przeleciał połowy pokoju podczas "walki" o czytanie smsków z chłopakiem, tyle razy ani nanoskrawek nie odpadł, a ekran wydaje się być zrobiony z pancernego szkła i boję się, że "szóstka" nie będzie już taka dzielna. W końcu wybrałam się do iSpota i kupiłam oczojebną czerwoną obudowę, jakieś hartowane szkło na ekran i ech... goodbye my old love?

Szał zakupów nadal trwa. Dzień kobiet jutro, więc się nagrodziłam za to, że co miesiąc nieustannie się wykrwawiam, ale dzielnie walczę o życie i umrzeć nie mogę. :-DD Każdy powód dobry do uzupełnienia szafy.

Ojciec ostatnio docenił mój wkład w interesy i aż nagrodził mnie mini wypłatą - szok. Dzwoniłam do jednego z jego chińskich kontrahentów, u którego byliśmy jakieś 5 lat temu, ładnie się przedstawiłam, a ten mnie zaszokował i "oooo, pamiętam Cię! Byłaś z tatą u nas w Shanghaju, potem wyjechałaś do Stanów i już wróciłaś?" To było miłe, nie podejrzewałam, że cokolwiek o mnie pamięta. Z drugim Chińczykiem piszę prywatne e-maile i myślałam, że jest on tylko jednym z pracowników firmy, zajmujących się sprzedażą, a tu nagle okazało się, że flirtuję z samym bossem, no super. W ogóle to jest zajebista persona, bo wyobraźcie sobie, że codziennie chodzi na pakiernię i redukuje masę, którą robił przez ostatni rok. Wysłał mi swoje zdjęcie, a tu wyrobiony Chińczyk - mało spotykane. :D Jak już jestem przy temacie Chin i ich obywateli; mój były niedoszły chłopak ma kumpla na roku, który jest synem jakiegoś tam milionera chińskiego. Synek pewnego dnia przyszedł pożalić się, że dziewczyna z nim zerwała, a jej utrzymanie kosztowało go miesięcznie $80,000 i czego niby jej brakowało? LOL - chyba na prędce zacznę uczyć się chińskiego, bo też chcę takiego chłopa. :D W sumie nie do końca wiem na co mogłabym tyle kasy miesięcznie wydawać, bo ileż można ubierać się w Chanelach, ale jak mus to mus. xD

Jeszcze trzy tygodnie i będzie po mikrobiologii. Egzamin praktyczny będę miała po Wielkanocy, a na początku czerwca teoria. Mam zamiar rozwalić to na 4,5, w końcu to mój naj przedmiot, ale zapewne skończy się tylko na marzeniach. [*]

Z biofizyki o dziwo zaliczyłam obydwa kolokwia. Chamstwo, bo laboratorium z polaryzacji wymagało ciut wiedzy z biochemii, a to mała niespodzianka była. Nagle pojawił się ogromny zapytajnik nad głową i "jak mam rozcieńczyć 20% sacharozę do 7,5%?" xD Na szczęście koła zębate w główce zaczęły działać i rozwikłałam tę jakże trudną zagadkę. :DD W ogóle biofizyka od zawsze dziwna była, ale jeszcze do tej pory nigdy nie spotkałam się z takim czymś, aby jakiś przedmiot podzielić na MILION tematów i rozdzielić je pomiędzy MILION grup dwuosobowych i ustanowić zasadę o tym, że co tydzień każda grupa ma kolokwium z INNEGO tematu. xD Przeciwdziałanie zgapialstwu - sprytne, co? :D

poniedziałek, 2 marca 2015

Autopsja z bliska

Weszliśmy na salę, w której w półokręgu na wzniesieniach stoimy i oglądamy jak technik i lekarz bawią się z "trupkiem". Na kamiennym stole leżał już zaszyty sznurkiem (!) pan, więc wzięli go rzucili na metalowe łóżko (odłos jaki towarzyszy walnięciu czachą w ścianę możecie sobie wyobrazić) i wywieźli, aby w czarnym worku wwieźć nowego pacjenta - nawijmy to tak. Wcześniej jak przychodziliśmy, to pacjent już był gotowy na stole i nie mieliśmy okazji oglądać sposobu w jaki obchodzą się z ciałami. Nie uważam, aby to było złe, bo rozumiem, że we dwie osoby unieść 100kg osobę nie jest łatwo, ale to jebut głowy o kamień nie było miłe. ;<

Obaj panowie mieli otwarte oczy, więc jak stałam w rzędzie na wysokości stołu, to pan patrzył sobie na mnie swoimi niebieskimi oczami, których nienawidzę, bo same z siebie wydają mi się martwe.

Zmarł kilka dni temu, przywieziony ze szpitala. Był alkoholikiem, palaczem, miał ephysemę, brain oedema (bo mózg był kleisty), psoriasis, ogromnie powiększoną wątrobę, jakiś stan zapalny (z krwi to wyszło, a potem potwierdziło się, bo znaleźliśmy to w nerce), anemię, zapalenie płuc i z nadnerczami było coś nie tak, jakieś ciut małe się okazały. Dolegliwości sporo, ale mimo wszystko przyczyny zgonu nie znali. Był bezdomny i dałam mu lat 70, a okazało się, że miał 51, także możecie sobie wyobrazić jaki był zniszczony. Chudziutki jak patyczek, to wiadomo. Jak na swój styl życia, to zmarł tak, jak każdy by chciał - we śnie.

Najpierw technik rozciął mu skórę z głowy i naciągnął ją na twarz, aby móc przepiłować czaszkę, coby dostać się do mózgu. Podnieciłam się z kolegą z grupy strasznie, bo jak wyciągał mózg, to po odchyleniu go od czachy, widać było optic chiasm, optic tract i olfactory tract, COŚ PIĘKNEGO zobaczyć to na żywo, a nie w atlasie! Wcale nie jest żółte jak Sobotta i Thieme pokazują, tylko białe. :-P Przynajmniej u tego pana. Porozcinaliśmy mózg, który wygląda jak marshmallow i doszliśmy do wniosku, że miał w nim odmę i coś szarego na powierzchni, co nie wiadomo, czym mogło być. Potem technik rozciął skórę na klatce piersiowej, wyciął obojczyki i dobrał się do żeber, a posłużył się do tego nożycami do blachy. Dźwięk (szczękanie) - wrażenia nie do zapomnienia, aż mnie zaczęło boleć, choć w sumie nie robi to na mnie wrażenia, bo to w końcu coś, co chcę w przyszłości robić. Wyjęliśmy wszystko ze środka (chyba ostatnio wspominałam, że kolejnym cudnym przeżyciem jest oglądanie jak technik ciągnie za tchawicę i wyrywa ją wraz z przełykiem z językiem na szczycie i potem kładzie na takim kratkowanym stole, krew skapuje, płuca fajnie się rozpływają) i zabraliśmy się za oddzielaniem messentery od jelit. Trochę zabawy było, bo jelita krótkie nie są.

Oglądanie organów zaczęło się od rozcięcia przełyku, tchawicy i oskrzeli, aby potem rozciąć płuca na połówki i zobaczyć, co w nich się działo (u nas wyszło zapalenie lewego płuca.) Dużo krwi się polało, bo to mocno ukrwiony organ. Potem było serce, odcięliśmy apex (sprawdzaliśmy czy mięsień sercowy był odpowiedniego koloru i grubości, bo zmiany świadczą o różnego rodzaju przypadkach typu zawał, zapaść itd), pozaglądaliśmy do coronary arteries (takie tyci nożyczki do rozcinania służą ku temu.) Wcześniej jeszcze thyroid gland sprawdzaliśmy (rozmiar, etc), potem nadnercza i nerki (tu też powinno być dużo krwi, ale u nas nie było, co pewnie było spowodowane anemią), żołądek, śledziona i wątroba, która w sumie też była suchutka, a powinna wylewać się z niej mocno krew. Była tak duża, że waga nie miała aż takiej skali, by dobrze ją zważyć. xdd Następnie zamykaliśmy oczy, bo przyszedł czas na woreczek żółciowy :D (można oślepnąć, jeśli dostanie się jego zawartością w oko) Oczywiście skrzywienie z biochemii i zaczęliśmy się pytać o primary bile acids itd. xdd Na końcu oglądaliśmy pęcherz i jelita, ale tu nic spektakularnego nie znaleźliśmy. Podobało mi się jak technik KUCHENNĄ CHOCHLĄ wypompowywał krew z dna klatki piersiowej. W ogóle przyrządy do sekcji są rodem z kuchennych rewolucji. Noże, noże i jeszcze raz noże, nożyczki, chochle..

Potem zaszywaliśmy pana ooooooooogromną igłą ze sznurkiem, którym czasami paczki są okręcone, także to też było szokujące, przynajmniej dla mnie. Oczywiście wszystkie organy były byle jak wrzucone do "dziury", która pozostała po tym jak całą zawartość wyjęliśmy na kamienny stół. Kawałki organów zostały pobrane na mikroskopy, więc patomorfolodzy będą mieli co robić. :-P

Podsumowując: rozcinana czaszka pachnie jak borowanie u dentysty, smród nieboszczyka niby nie jest jakiś super przyjemny, niektórych muli, a gwiazdy roku smarowały nosy jakimiś rozgrzewającymi, miętowymi maściami, ale dla mnie to dziwne, bo po 3 minutach nos przyzwyczaja się do zapachu i nie czuć tego charakterystycznego smrodu.

A wiecie co jest najlepsze? Że zgadałam się z doktorem i powiedział, że jak będą sekcje, to będzie po mnie dzwonił, to będę mogła sobie sam na sam z nim pociąć, jak studentów nie będzie. <333 BOOOSKO!! Będę miała okazję z bliska zobaczyć, czy to co skierowało mnie na medycynę, to to, co będę robiła w przyszłości. Jestem mega zajarana! Inni jak słyszeli, że umawiam się z nim, też próbowali się podczepić, ale dzielny doktorek schował kartkę z moimi danymi i wyszedł z sali. :-D Nie to, że jestem samolubem, no ale uważam, że to coś w stylu "ooo zapiszę się też, a potem będę miał w dupie." albo "poudzielam się dla samego poudzielania, kij, że średnio mnie to interesuje i zatykam nos, bo trup wali".

sobota, 28 lutego 2015

Weed, you know what it is

Sytuacja z biologii na genetyce:

- Here you have a green weed, you know what it is. *wszyscy patrzą po sobie i zaczynają pojawiać się głupie uśmieszki*
[Ktoś z klasy] - Isn't it illegal here? Why should we cross it?
- Wheat?!
- Oooh, you pronounced it differetly last time.

Co jakiś czas pod nosem robimy sobie podśmiechujki z wymowy prowadzących (i niedouczonych nie-anglojęzycznych osobników) przy problematycznych słówkach typu sheet, wheat, winner, bo potem zamiast "wyciągnijcie karteczki" wychodzi z tego "wyciągnijcie gówna, proszę." xD


W nadchodzącym tygodniu będę miała kolejną autopsję, BOSKO! *.*


Na anatomii klinicznej na pierwszych zajęciach dostaliśmy kości w dłonie i robiliśmy coś, co pamiętam, że na pierwszym kolokwium praktycznym położyło połowę grupy. Która kość jest prawa, a która lewa? (Dla wszystkich najlepsza jak zwykle była fibula, aczkolwiek pamiętam, że osobiście oblałam na kości biodrowej, nie wiadomo czemu strony mi się popieprzyły. xD Z perspektywy czasu wydaje się to śmieszne. Dodam, że o dziwo wszyscy wszystko pamiętali, a przecież kości i przyczepy mięśni były rok temu, ponad!) Robiliśmy złamania, gdzie, jakie najczęściej, dlaczego, jak je nastawić itd. Na kolejnych zajęciach mieliśmy klatkę piersiową, więc po omówieniu ogólnych zagadnień typu jak osłuchiwać, gdzie i w jakich przestrzeniach międzyżebrowych można usłyszeć które zastawki serca, ni stąd ni zowąd dostaliśmy prześwietlenie klatki i mieliśmy je opisać. Poszło nam całkiem dobrze (oszuści mają atlasy w telefonach xD) tylko, że z tego oszukiwania o bonusowe punkty wyszło coś śmiesznego.

[Prowadzący]: No to pokażcie mi co widzicie.
[Moja grupa]: Blablablabla, a tu mamy tchawicę.
[P]: Tak... *już się wszyscy ucieszyli, że dobrze*..... powinna tu być, ale akurat jej nie widać.

niedziela, 22 lutego 2015

Biofizyka i niedoszła kariera sportowa

Tak jak podejrzewałam; mój najbardziej znienawidzony (i najmniej zrozumiały) przedmiot ever będzie przedmiotem wiodącym czwartego semestru. :D Żyć nie umierać. Od razu przypomina mi się fizyka z gimnazjum, gdzie w którejś klasie miałam same jedynki i groziło mi niezdanie, aż w końcu docisnęłam jakiś najważniejszy końcoworoczny sprawdzian na (uwaga!) 5+ i zdałam. To jeden z miliona przykładów, że trzeba położyć mi nóż na gardle, a nagle wyjdzie ze mnie Einstein i da Vinci w jednym. Coś czuję, że podobnie będzie w tym semestrze.

Po lekcji intro już wiem, że co tydzień (!) będę miała wejściówki z jakże ważnego przedmiotu - biofizyki. (Na anatomii nie było aż tak ostro. xD) Co dwa tygodnie kolokwium i do tego jakieś zdechłe prezentacje co tydzień, które nie wiem co mają wnieść, bo skoro i tak każdy ma przyjść na zajęcia obkuty od A do Z, to po co produkować się z prezentacjami, które obejmują ten sam materiał? >.<' Jak dla mnie to znak, że znacznie za dużo czasu dziekanat poświęcił na biofizykę, a mógł dołożyć godzin do mikrobiologii, na której brakuje nam czasu, aby przerobic wirusy i grzyby, co skutkuje tym, że do egzaminu mamy opracować je samodzielnie. :)))

Na biolożce jest fajny pan, przez co zajęcia są bardzo śmieszne i nie wiadomo gdzie te prawie trzy godziny mijają. Może piątki nie będą takie straszne, jakie się wydają?

Kilka dni temu zakupiłam sportowe odzienie, więc jestem gotowa na rozpoczęcie przygody ze squashem. :D Czas się zacząć ruszać, bo trochę żal mi dupę skręca, że jeszcze 10 lat temu malowała się przede mną kariera sportowa, a dzięki wspaniałomyślnym rodzicom, który stwierdzili, że ze sportu, to nic nie ma, tylko kontuzje i bezrobocie, prawdopodobnie straciłam całkiem fajny kawałek życia. Czego się nie dotknęłam, to we wszystkim byłam najlepsza. W podstawówce mając niespełna 12 lat, w dal skakałam prawie 4m, konno śmigałam bez strzemion i sam właściciel stajni przychodził oglądać moje treningi, a teraz co? Stos książek i brak kondycji. Warunki fizyczne średnio motywują mnie do roboty, bo sama z siebie wyglądam lepiej niż 70% kobiet tyrających na siłce, a nie robiąc nic założę sobie nogi na głowę, zrobię szpagat, kwiat lotosu i inne dziwne wygibasy (mama ma +40 i nadal robi szpagat bez rozciągania), ale chyba czas zrobić coś z wyrzutami sumienia, że natura dała mi warunki, a ja je marnuje.. Rok temu urodził mi się źrebak, więc mam dwa lata na powrót do jazdy konnej i może spełnię swoje marzenie i ujeżdżę własnego konia? W sumie tu też jest kolejny ból. Kiedyś miałam bardzo dobry kontakt z jedną ze swoich klaczek (aktualnie mam 3 konie) i nie potrzebowałam uwiązu ani kantaru, aby zaprowadzić ją gdzieś, bo sama szła za mną jak osiołek (głowa oparta na moim ramieniu), ja stawałam, ona też. Pewnego razu do stajni przyjechał weterynarz i miał szczepić konie. Wszystkie zaszczepił, ale oczywiście moje były na tyle dowcipne, że uciekały po całym pastwisku i nie dały do siebie podejść bliżej niż na 10m. Nie pomagały marchewki, siano, owies, kukurydza, NIC. Zadzwonili po mnie, przyjechałam do stajni, weszłam na pastwisko i co? Same do mnie przybiegły. Nawet nie musiałam ich trzymać jak weterynarz szczepił. Wszyscy w stajni przyglądali się z podziwem i wiecie co? Poszłam do gimnazjum, nauka stała się ważniejsza. Nie trudno zgadnąć, że wszystko padło, a koń się na mnie obraził i dziś z wielką łaską przyjdzie mnie powąchać. Nie dziwi mnie to, też bym się śmiertelnie obraziła na takiego właściciela.

poniedziałek, 16 lutego 2015

Wyścig szczurów

Jednak nie będę miała trzech dni wolnego. I jednak w poniedziałki będę pojawiała się na campusie co tydzień. Miał być tylko przedmiot widmo, a okazało się, że dopiero w drugim semestrze ukażą się jego rogi. Przyszły doktorantki i prowadzący nagle wprowadzili rygor. Nagle sprawdzają obecność i nagle potrzebny jest cały rok, a nie tylko ci, co przedstawiają prezentacje. Nagle będą pytać. I nagle na wyrywki 4 osoby będą pisały test. Dobra, niech będzie, nie to mnie zdenerwowało, bo w końcu powinno tak być już od października.

W zeszłym semestrze zrobiono listę uczniów według której miały iść prezentacje. Kto kolejny, ten robi. No i wszystko ok, ale w nowym semestrze zapanowała anarchia i nagle stara lista (mimo, że niedokończona i 15 osób nadal ma prezentację do wyrobienia, a trzeba ich mieć dwie na cały rok, aby zaliczyć ćwiczenia) stała się nieaktualna i zapisy ruszyły od nowa. Wszystko fajnie, ale na jaki chuj zapisują się na nią osoby, które mają już te dwie prezentacje zrobione?!?!?! Rozumiem wyścig szczurów po extra punkty na egzamin, ALE najpierw dajcie komuś zrobić minimum, a potem sami wyskakujcie przed szereg. I takim oto sposobem czołowe gwiazdy roku, które tak czy siak zawsze mają 4,5-5 z egzaminów, pozapisywały się na za tydzień i w dupie mają, że będą robiły trzecią prezentację, a inni nadal mają ich zero. Najlepsze jest to, że wśród ów gwiazd jest starosta roku, który powinien pilnować porządku, ale jak widać są równi i równiejsi. :-)) Co z tego, że mogliby te prezentacje robić na koniec semestru, kiedy zostałyby wolne miejsca, kiedy można zająć czyjeś miejsce i odbębnić extra punkty, kiedy jeszcze nie ma żadnych kolokwiów, a średnim i słabym uczniom można wjebać prezentację w tydzień, gdzie będą dwa czy trzy koła. :-)) ŻE-NA-DA. W ogóle drażni mnie bazowanie na extra punktach. Zbierz dupę w książki i naucz się tego do cholery, a nie potem świeć przed resztą, że masz 5, nieważne, że bez extra punktów byłaby goła czwóra. UGH. Jak będę robiła doktorat, to przysięgam, że będę cięła tych wszystkich sprinterów z wyścigu.

piątek, 13 lutego 2015

Po sesji cierpię na brak snu; McDonald's

W końcu mam trochę wolnego i byłoby to zbyt proste, gdybym ot tak nagle mogła zregenerować siły i spać po 10h dziennie. Coś lub ktoś zaburza mi sen. Kładę się w okolicach 22, a o 2-3 jestem już na nogach na co najmniej godzinę (dziś rekordowo nie spałam aż do 11) I nie, nie jest to na tyle świadome przebudzenie, aby zrobić w tym czasie coś pożytecznego typu "poczytam książkę, utrwalę wiadomości z jakiegoś przedmiotu", itd. Zawsze kończy się na wertowaniu wszystkich facebookowych grup, przeglądaniu insta i wykorzystywaniu pięciu dostępnych żyć w Candy Crash. Nie wiem o co chodzi, ale w trakcie semestru spałam dużo lepiej. Pewnie biochemia rzuca na mnie swoje klątwy w zemście za to, że zdałam egzamin.

Od jakiegoś czasu w chwilach wzmożonej potrzeby zamiast okazyjnie stołować się w Makdolcu, robię to w Burger Kingu. Uważam, że to przełom, bo jeszcze do niedawna nic nie mogło konkurować z McDonaldsowym McChickenem (czasami miałam fazę na Zingera z serem w KFC, ale zdarzało mi się nadziać na żyłki w mięsie, a takich dodatków nie lubię. ;<) Teraz rządzi pan Whooper, który ledwo mieści mi się w dłoniach i którego jeszcze nigdy nie zjadłam w całości. I nie, nie jestem fast foodowym pożeraczem, te czasy minęły o dziwo wtedy, kiedy wyjechałam do Stanów. (A wydawać by się mogło, że dopiero wtedy zaczęły, co? :P) Btw w Stanach mają okropnego Maka. Bułki rozpadają się w rękach, Ów "jadłodajnia" jest dobra tylko u nas i nie jest to jedynie moja prywatna opinia. Jako ciekawostkę powiem Wam, że w Japonii i Chinach McChickena podają w tych papierzastych zawijasach, co dla mnie było dziwne i przez chwilę wykłócałam się ze sprzedawcami, że zamówiłam McChickena, a nie Cheesburgera. (Nie moja wina, że nie byłam w stanie rozczytać ich cing ciang ciong znaczków...)

Chodzę po sklepach i dalej kupuję mniej lub bardziej potrzebne rzeczy. W sumie sama na większość zarabiam, więc przynajmniej pasożytnictwa nie uprawiam, no ale... mogłabym przystopować. W pokoju nie da się już przejść, bo wszędzie leżą jakieś nierozpakowane torby, a ja niespecjalnie mam pomysł, gdzie mogłabym upchać ich zawartość. Zawód? Zakupoholiczka.

Podczas tego lekko ponad tygodnia w końcu nadrobiłam zaległości filmowe. Obejrzałam Herkulesa z Iriną, ale dupala mi nie urwało. Zdecydowanie bardziej do gustu przypadła mi Legenda Herkulesa, w której jest wątek miłosny. <3 Wszystkim z miejsca polecam The Big Wedding, myślałam, że w trakcie posikam się ze śmiechu. Obejrzałam też Aleksandra, co sprawiło, że potem przez cały dzień miałam co robić (zgłębiałam o nim wiedzę.) Begin Again też całkiem przyjemne, film o muzyce, nawet chwilami śmieszny i występuje w nim Adam Levine! Następny w kolejce jest If I Stay.

Od początku stycznia mam już gotowy plan na semestr letni i z przyjemnością stwierdzam, że będę miała prawie trzy dni wolnego. Dobrym posunięciem było wyrobienie wszystkich fakultetów w zimę. Lepiej przemęczyć się na samym początku, a potem, kiedy dni robią się coraz dłuższe, mieć więcej czasu dla siebie. W poniedziałki rzadko będę pojawiała się na uczelni, we wtorki regularnie, środy wolne, czwartki dopiero na popołudnie i tylko na 2h, a piątki, hehe... gwóźdź programu. Ciurkiem od 10-19, oooo taaaak! Ale coś za coś, chyba lepiej tak, niźli miałabym plan porozwalany po każdym dniu i okienka 2-5 godzinne.

W czerwcu czeka mnie 5-6 egzaminów. Czuję, że ten semestr będzie bogaty we wrażenia. Zwłaszcza, że anatomia powraca, także już wiem, co zastąpi miejsce moich notorycznych popraw z biochemii. xD

Powoli temat praktyk zaczyna zaprzątać mi myśli. I jak przypomnę sobie zeszłoroczne, to niedobrze mi się robi na myśl, że znowu miesiąc stracę na patrzenie-nic-nie-robienie. [*] Nie wiem czy tylko ja tak wrogo jestem nastawiona do tego, ale może powinnam zacząć myśleć, że medycynę to tylko dla funu studiuję, bo lubię się uczyć? Źle się czuję z myślą, że tak przykro reaguję na to.

PS. Śniło mi się, że pływałam łódką po jeziorze, w którym dryfowały czaszki, WHOOT?


Trochę spóźnione, ale chyba całkiem trafne.


środa, 4 lutego 2015

Państwo Islamskie

Od razu mówię, że jak ktoś ma słabe nerwy
i nie chce słuchać o przemocy,
to niech nie czyta tego posta!
 
Wczoraj zamiast się uczyć, oglądałam konferencję live amerykańskich generałów z ministrami, która została zwołana w trybie natychmiastowym zaraz po tym jak ISIS (Państwo Islamskie) opublikowało filmik, na którym uwiecznili scenę palenia żywcem Jordańskiego pilota. Nie wiem czy Polska telewizja cokolwiek mówi w temacie tego, co dzieje się na terenie Iraku, Syrii, Jordanii, Libanu, Libii, Egiptu, Lewandy i w innych obszarach objętych zamieszkami. Od jakiegoś tygodnia śledziłam całą historię rozwoju ISIS i tego, co Ci popaprańcy wyprawiają, aż kulminacyjny moment nadszedł wczoraj, kiedy godzinę siedziałam z płaczem przed laptopem nie wierząc w to, co zobaczyłam. Film nakręcony jakby miał startować w konkursie o Oskara, zbliżenia na topiącą się twarz, nawet krzyków ofiary sobie nie darowali. Nie wiem jaką bestią trzeba być, aby wsadzić kogoś DO KLATKI, oblać benzyną i wylać ścieżkę, która prowadzi do ów klatki, a potem rytualnie pochodnią zapalić wszystko w pizdu, śledzić drogę ognia i oglądać jak człowiek pali się żywcem. Myślałam, że to wszystko trwa dużo szybciej. Najpiew Jordańczyk miotał się na stojąco, potem padł na kolana, złapał się prętów klatki i dopiero wtedy zszedł, chwilę przed tym jak skóra zaczęła się topić. Następnie zasypali go gruzem, aby ugasić ogień. Myślałam, że takie coś jest tylko w filmach i minęło bezpowrotnie razem z czasami średniowiecza, kiedy palono "czarownice". Mam żal, że pomimo tego, iż Stany prędzej czy później rozgonią towarzystwo, to nie zgotują im takiego samego losu. Nic tylko dół wykopać i podpalić ich tam wszystkich razem, bo kula w łeb czy lina na szyję, to zbyt szybka i zbyt łagodna śmierć. Mam nadzieję, że ktoś wpadnie na pomysł, aby żołnierzom rozdawać tabletki z cyjankiem, jak to było w II wojnie światowej, to oszczędzi im upokożenia, w razie, gdyby zostali złapani.

Ścinanie głów to pikuś przy tym spaleniu. Pikuś, że ów głowy kładą na auta i tak z nimi jeżdżą. Nie wiem jakim trzeba być upośledzonym człowiekiem, aby żywić się takimi zbrodniami. Nie chcę krakać, ale jak ISIS tak dalej będzie zaczepiało świat (non stop porywają kogoś zagranicznego i publikują filmik z egzekucją), to w końcu z lokalnych zamieszek urodzi się to w III wojnę światową. Japonię już zaczepili, Australię i Stany też. Australia ze Stanami już robi naloty i pomaga Kurdom, do tego Arabia Saudyjska, Jordania, Emiraty Arabskie, Francja, Kanada i Anglia + mnóstwo innych krajów arabskich. ISIS liczy tylko 80 tysięcy żołnierzy (w tym pewnie dzieci, bo ostatnio nawet na obronę jakiegoś miasta wystawili nieletnich! Hitler to robił pod koniec wojny, jak już nie miał kim walczyć, więc wniosek z tego, że i ISIS ma uszczuplone zaplecze.) Nie wiem tylko dlaczego dopiero teraz zaczynają się za nich zabierać, skoro ISIS istnieje już iks czasu, a takie coś tępi się od zarodka!! W dodatku Państwo Islamskie nie trudni się w niczym tak cudownie jak w napadaniu cywilów. Wysadzili bombkę w hotelu, na pustyni zabili 700 niewinnych beduinów, którzy z tym wszystkim mają tyle wspólnego, co chrząszcze z produkcją miodu. Naprawdę brak mi słów i jestem cała rozgoryczona, że to wszystko już tyle trwa (od roku ISIS działa na własną rękę, wcześniej działali z Al-Ka'idą), a najgorsze, że prawdopodobnie będzie trwało drugie tyle! Niby to mnie nie dotyczy, ale czuję się za to w jakimś stopniu odpowiedzialna. Siedzę na dupie w państwie, w którym dzięki bogu nic się nie dzieje, kiedy inni mają odcinane głowy i są paleni żywcem tylko dlatego, że nie akceptują tyranów, który wymarzyli sobie, że stworzą państwo, które nawet nie ma swojego terytorium! A wiecie co jest najlepsze? Że do ISIS rekrutują się też popaprańcy z Europy i Stanów, jadą tam i czerpią przyjemność z tych okrutnych zbrodni. Gdzie jest jakikolwiek bóg?

piątek, 30 stycznia 2015

One final down, one more to go; było sobie życie

Egzamin z fizjologii zakończony 4,5 w indeksie, jestem w miarę zadowolona, choć plan był, że ma być 5. Jeszcze tylko biochemia i będę spełniona.

Kilka dni temu siostra chłopaka kończyła lat 10 i z tejże okazji postanowiliśmy kupić jej jakiś fajny prezent-na-pewno-nie-dodatek-do-sims4. Jako że jesteśmy pro gry planszowe, zdecydowaliśmy się kupić "Było sobie życie." Gra medyczna dla młodych, na opakowaniu przykładowe pytania były całkiem interesujące. Sobie kupiłam wersję mini i potem zamiast uczyć się na egzamin, w ramach rozrywki egzaminowałam samá siebie. Niektóre pytania dość trudne, inne bajecznie łatwe, ogólnie rzecz ujmując super rozwijająca gra dla dzieciaków i można się trochę przy niej uśmiać. Dlaczego? Podam the best of best przykłady:

1. Czemu służą szczepionki?
a) aby poprawić humor pielęgniarkom
b) aby dręczyć dzieci
c) odporność

2. Jak rozwinąć skrót DNA?
a) Dziury Na Autostradzie (mój faworyt, haha!)
b) Dzieci Nie lubią Antybiotyków
c) kwas deoxyrybonukleinowy

3. Co to jest śledziona?
a) żona śledzia (!!!)
b) organ usuwający stare i defektywne erytrocyty, bierze udział w wytwarzaniu immunoglobulin
c) ...

wtorek, 27 stycznia 2015

All about me being a procrastinator



Pokoju jeszcze nie sprzątałam, więc pewnie zrobię to jutro.
Panikować powoli zaczynam.
Listy zadań nigdy nie robię.
Drzemki już dziś były.
Cały czas gubię ścieżkę naukową.
Zdjątka na insta lecą pełną parą.

Facebook all day all night.
Już złożyłam zamówienie na waniliowe wafelki.
Candy Crash level 394.
Od kiedy opuściłam Stany, telewizji i seriali NIE oglądam - yes yes yes!
Podział materiału na ludzi podczas sesji nie ma sensu. [*]
Jestem w tym punkcie; już jest wieczór, jestem zmęczona.. JUTRO BĘDĘ SIĘ UCZYĆ.

sobota, 24 stycznia 2015

Sesjo, nadchodzę!

Pod presją nie ma ma rzeczy niemożliwych. Ostatni możliwy termin poprawy z biochemii zdałam na 4!!! :-D Mikro na 4,5. Szkoda, że musiało to kosztować tyle nerwów, ale przynajmniej jest to już za mną. Sesjo, nadchodzę!! Co prawda nie jestem zbyt optymistycznie nastawiona do egzaminu z bioshitu, zapewne zdam go za trzecim razem przy wielkich nerwach, bo w końcu uwielbiam dreszczyk emocji w zestawieniu z tym przedmiotem, jednak biorąc pod uwagę fakt, że w tym semestrze poprawiałam każde możliwe koło, to może pomyślnie zaowocuje to na finalu? Będę się śmiała jak jakimś dziwnym trafem dostanę czwórkę. Jakby nie było, w tym roku niczego tak aktywnie nie utrwalałam jak właśnie biochemii. xd

Jakie były koła? Nie były trudne, jak się dobrze obkuło. Dali trochę kruczków. Pytano o reakcję z udziałem NAD+ w beta-oksydacji, w jakim procesie i ile energii wytwarza (i tu zgrzyt, bo książka pisze, że 5ATP, a katedra twierdzi 2,5), opis fatty acid synthase z wszystkimi reakcjami, ketone bodies formation, różnice LCAT i ACAT itd. Z mikrobiologii pytali o wirusy przy laryngotracheitis, różnice między vaginitis, a vaginosis, bakterie w catheter-associated UTI in patients catheterized longer than 30days, coś o necrotizing pneumonia, przykłady endogenous i opportunistic infections, syphilis, chlamydia i kilka innych.

Od 1 stycznia uczę się po mniej więcej 7h dziennie, ile mi to da? Nie wszystko było związane z przedmiotami sesyjnymi, ale liczba jest zaiste imponująca.

No to czas zacząć uczyć się do sesji.
Candy Crash level 378!