poniedziałek, 26 grudnia 2016

[143] Forensics' excitement

Ostatnie zajęcia z sądówki były wisienką na torcie tego przedmiotu. :-D Bawiliśmy się w identyfikowanie zwłok. Prowadząca, która była super ultra pro zajebista (chyba wszyscy patolodzy tacy są <3) opowiadała o różnicach kości kobiet i mężczyzn, więc moja dotychczasowa wiedza pt. "kobiety mają szersze biodra i czaszka się czymś różni, ale nie wiem dokładnie czym" rozszerzyła się do "czaszka jest inna w tym, tym, tym i tym miejscu, a różni się tym i tym." :-DD Dostaliśmy do rozwiązania case'y; kilka kości (udowa, ramienna i biodrowe) i na ich podstawie mieliśmy ocenić czy to facet czy kobieta. Nie dałam się wrobić, bo mimo, że kości ramienne i udowe odpowiadały długości kobiet, rozstaw bioder do kobiety nie pasował, więc jako jedyna stwierdziłam, że to zapewne jakiś filigranowy mężczyzna. :D Później oglądaliśmy zdjęcia zwłok w trakcie rozkładu, gdzie już nic poza kośćmi i warstwą zgnilizny nie było widać. Tu mi się udało zabłysnąć odpowiedzią na pytanie w jaki sposób oceniamy przybliżoną datę śmierci osoby. Bez zastanowienia rzuciłam, że za pomocą larw, które możemy w ciele znaleźć i jak ocenimy w jakiej są formie przeobrażenia, będziemy mieć przybliżoną datę śmierci. Poczułam się jak detektyw. xD Przyglądaliśmy się też nagraniom ze sklepów/banków, które odwiedzili złodzieje, mieliśmy opisać sprawców, co okazało się dość kłopotliwe, bo z 10m w nocy przy zamaskowanych twarzach widać tyle co nic.. Tu znów dałam popis wyobraźni i stwierdziłam, że można wykorzystać fakt, że przechodzili przez drzwi, więc można +/- ocenić ich wzrost. Przy którymś filmiku z rzędu mieliśmy trochę śmiechu, gdy przy opisie postaci u mnie zaistniała jakże sprecyzowana cecha - "wyglądał jak złodziej." xDDD Na samym końcu dostaliśmy kilka raportów z zaginięcia i kilka wyników sekcji znalezionych kości. Mieliśmy ocenić czy wszystkie te kości pochodzą od zupełnie innych osób czy może kilka z nich należy do tych samych, a na końcu czy którekolwiek kości należą do którejś z poszukiwanych osób. Skuteczność celnych ocen na zajęciach miałam chyba 95%, więc możecie sobie tylko wyobrazić jaka zadowolona i podekscytowana wyszłam do domu, zwłaszcza że moja "wiedza" (bo to bardziej było wyczucie i logiczne myślenie) nie pochodziły z seriali/literatury, tylko tak po prostu z dedukcji. Dostaliśmy też zdjęcia różnych złodziejaszków i krótkie pytanie czy to są różne osoby. Stwierdziłam, że pewnie nie, bo ten, który ma bujną brodę i czapkę pewnie miał zdjęcie zrobione najwcześniej, później zgolił brodę i podgolił łepetynę do połowy, a na końcu zgolił się na łyso i strzelam, że to ten sam suspect. Zgadłam. :D Najbardziej z całych tych zajęć podjarało mnie zdjęcie topielca. Myślałam, że to będzie taki fioletowo-granatowy marshmallow, a tu taki wapniak jak z opon Michellina. ;oooo Wyglądał jakby ktoś sumo w gips wsadził.

Później słuchaliśmy opowieści o tym, jak w rzece znaleźli połowę nogi obywatela sąsiedniego kraju, o tym, że jeśli ktoś w lesie znajdzie niekompletne zwłoki, wcale nie świadczy to o okrutnym zabójstwie tylko prawdopodobnie zwierzaki do trupola dorwały się szybciej niż my i poroznosiły go po lesie. xd Była też opowieść o panu, którego datę śmierci ocenili na podstawie pewnej rzeczy i mieliśmy zgadnąć której. Doczepiłam się do butelkowej nakrętki w kieszeni i rzekłam, że na jej podstawie można ocenić przynajmniej porę roku, w której umarł, bo skoro butla wyprodukowana była pod koniec lata, to do sklepów trafiła najprawdopodobniej na początku jesieni, więc gdzieś +/- wtedy musiał dokończyć żywota i trafiłam, tak było. :DD Następna historia była o samej czaszce znalezionej pod drzewem. Po czterech latach na sądówkę trafiło zaginione ciało. Okazało się, że osoba, która znalazła czaszkę nie popatrzyła do góry na drzewo, na którym wisiało brakujące ciało. xD Ktoś się powiesił, lina zgilotynowała szyję, głowa odpadła, a reszta dyndała. xD Żeby było śmieszniej w ciele zagnieździły się pszczoły i wiewiórka. XD I jak tu nie kochać takiej pracy? :D

Wiecie jaki jest najkrótszy czas w jakim ciało może rozłożyć się do samych kości, zakładając, że jest pozostawione w odpowiednich ku temu warunkach? Miesiąc. Super krótko, c'nie?

piątek, 23 grudnia 2016

[142] Ignorant racists

Wsadziłam kij w mrowisko. xD Pewnie do niektórych z Was dotarł filmik o tym jak w Delcie rzekomo wywalali z samolotu Arabów, bo kilku białym przeszkadzało, że rozmawiają po arabsku. Jedna z moich kolorowych koleżanek udostępniła ten post z wielkim oburzeniem, że mamy koniec 2016 roku, a ludzie nadal mają żałosne problemy i uprzedzenia o to, że ktoś mówi w innym języku. Trochę mnie to zagotowało, bo dzień wcześniej w Berlinie 60 osób ucierpiało, w tym 12 zginęło i to jakoś nie wzbudziło jej oburzenia na tyle, aby szczekać o tym na tablicy, więc spytałam czy tak samo mocno denerwują ją muzułmanie przyjeżdżający do Europy, którzy są urażeni naszymi flagami, świętami, symbolami religijnymi i sposobem ubierania. Jak nie trudno było zgadnąć, zamiast otrzymać odpowiedź, że tak, też ją to wkurza, zostałam obrzucona niczym innym jak "ignorantka! rasistka!" :D Potem zleciały się inne kolorowe osobniki i oczywiście poparły swoją przyjaciółkę, nie może być inaczej, w kupie siła.

Wyjaśniłam im, że uważam, że sami swoją postawą i ignoranctwem sugerują przyzwolenie na to, co złego dzieje się białym, bo słowa sprzeciwu nie wypowiadają w temacie, ale jak cokolwiek stanie się Arabom, to już koniec świata, bo cały jest wypełniony rasizmem i nienawiścią. xD Nic nie wkurwia mnie tak jak hipokryzja. Na końcu jako puenta wszystkiego wyczytałam, że "to dlatego, że jestem czarna tak krzywo patrzysz na mnie w szkole? Dlatego zachowujesz się jakbyś była lepsza?" Odpisałam, że jeśli krzywo się patrzę, to na pewno nie ma to związku z jej religią, bo gówno mnie ona obchodzi tak długo, jak krzywdy innym nie robi, ale dlatego, że drze ryja w szpitalu i nie ma szacunku ani do chorych w nim, ani do ludzi, którzy proszą ją o to, aby się uciszyła, a mimo wszystko nadal nie nazywam jej ignorantką. I co? Usunęła cały post, chyba nie chciała, aby ktokolwiek przeczytał, że święci muzułmanie nie są jednak tacy święci. :D Męczące jest to, że zawsze stawiają się w pozycji ofiar, rasistami i ignorantami są tylko i wyłącznie biali, a kolorowi są wiecznie uciskani i poszkodowani. Dziwnym trafem nigdzie jej nie ma jak zaczynam się pultać do białych, że są za głośno, no bo przecież tylko na nią krzywo patrzę i wyłącznie dlatego, że jest murzynką wyznającą islam.

Nie mogę doczekać się aż zobaczymy się w styczniu na zajęciach, może znów spróbują obskoczyć mnie w kilka na raz, tak jak niedawno obskoczyły inną białą za to, że krzywo patrzyła na ich dekolty po pępek i odkryte brzuchy, bo wcale nie przeszkadzało im wywalać cyce i pępki prosto w twarz pacjentów. xD Źle się składa, że nigdy nie unikam kłótni, jeśli czuję, że to coś ważnego, więc proszę bardzo, niech pokażą wszystkim jaka miłość do białych w nich siedzi.

Do rozmowy włączył się też Kurd i mimo, że najpierw na mnie naskoczył (co prawda nie w tak ostrym stylu jak moja somalijska koleżanka), to dogadaliśmy się, że spotkamy się twarzą w twarz i przegadamy wszystko na spokojnie, bo zaczął rozumieć o co mi chodzi. Kurdów zawsze lubiłam, oni jako jedyni walczą z tym, co złe, a cała reszta albo biernie patrzy na to, co się dzieje albo jeszcze wręcz sympatyzuje ze złem.

Nie chcę negatywnie nastawiać się na wszystkich muzułmanów, bo świetnie zdaję sobie sprawę, że nie wszyscy są popierdoleni i nie wszyscy chcą być ekspansywni ze swoimi wierzeniami, ale ilekroć nie chcę jakiemukolwiek pokazać, że swoim zachowaniem nie sprawią, że biali zaczną inaczej na nich patrzeć, tylekroć spotykam się z atakiem i stałym programem "ignorantka! rasistka!", a potem "czujesz się lepsza?" xD Dopóki sami nie zaczną czuć się równi biały, dopóty konflikt zamiast być mniejszy, będzie większy. Przecież żaden biały nie będzie wynosił ich na piedestał tylko dlatego, że są czarni, no litości. Sytuacja przeszła ze skrajności w skrajność, najpierw biały gonił czarnego, a teraz czarni bazują na wyrzutach sumienia białego i wszystko, co im nie leży okrzykują rasizmem/ignoranctwem. Dołączam fajny filmik, który dobrze podsumowuje wydarzenie z Delty i to jak muzułmanie podsycają problem. ;-)





Wesołych Świąt wszystkim życzę! :)

PS. Jeszcze w święta tu napiszę o ostatnich zajęciach z sądówki, bo były przekozackie i jest o czym opowiadać!


wtorek, 20 grudnia 2016

[141] The world is small

Jeśli myślicie, że coś jest niemożliwe, to lepiej tak nie myślcie.
Chyba, że to ja jestem inna i nieustannie przyciągam co najmniej dziwne sytuacje.
Ale ta przynajmniej nadzwyczaj skutecznie poprawiła mi humor. :-D
Świat jest niewyobrażalnie mały.


sobota, 10 grudnia 2016

[139] Lets create mayhem!

Święta się zbliżają i zaczęło się kombinowanie pt. "jak tu wjebać się do kogoś na zajęcia żeby móc wrócić do domu tydzień wcześniej." Szlag mnie trafia, bo czemu ja mam ślęczeć na uczelni aż do 22 grudnia, a ktoś ma wracać już 16 grudnia tylko dlatego, że w dupie ma rozłożenie planu i próbuje cwaniakować? Poza tym wbijanie się komuś na zajęcia i robienie z 4-6 osobowych grup +1 lub +2? To się tak wydaje, że to tylko jedna osoba, ale sale są małe, męczenie pacjentów 6 razy tym samym (czy to badanie brzucha czy czegokolwiek) jest niebywale nużące, a i trwa wieki. Nie po to plan jest ustalany z góry żeby tłumy tak lawirowały, a skoro do domu prędko, to trzeba było iść na studia albo w swoim kraju albo gdzieś bliżej, a nie aż za ocean. -.- Na ortopedii ostatnio był rekord, bo cała dodatkowa grupa przyszła i lekarz stara data powydzierał na nich mordę, co się w sumie należało. Aż dziekanat wystosował oficjalne pismo (jakby sam regulamin nie był wystarczająco transparentny), że NIE MA ZMIAN grup, pod żadnym pretekstem. Jakim imbecylem trzeba być żeby tak trywialnych rzeczy nie rozumieć? Jak tak to regulamin w dupalu mają, ale jak trzeba się kłócić o odstęp dniowy między egzaminami, to poszczególne podpunkty słowo w słowo recytują. xd Coś czuję, że to wykłócanie się o termin egzaminu z prowadzącym starym datą skończy się tak, że na złość rzuci nam termin na ostatni dzień sesji i wtedy zacznie się sranie, że tydzień bezczynnie mają tu siedzieć i czekać na ortopedię, bla bla bla. Chyba powinnam na Marsa wyemigrować, bo coraz bardziej ludzie mnie drażnią. >.<'

czwartek, 8 grudnia 2016

[138] Bye bye ortho, hello anesthesiology

Ortopedia i traumatologia dobiegła końca, będę trochę tęsknić. Cztery ostatnie zajęcia mieliśmy z takim lekarzem starej daty i rygor, który wprowadzał sprawiał, że serce mi rosło, gdy patrzyłam jak rozstawiał Szwedów po kątach. xD Na ostatnich zajęciach byliśmy z rezydentem, przyszedł boss (wcześniej wspomniany "stara data") i zaczął go opitalać, że źle gipsuje nogę. Młody potem się tłumaczył, że nowe wskazania mówią tak jak on robił, ale że boss jest starej daty... :D Potem ponadczasowo zostałam na dwóch gipsach, młody pytał czy chcę popatrzeć jak się kierownik wydziera; fajnie, że się nim nie przejmował. W sumie nie jest taki straszny, po prostu ma głośny i opierdalniczy styl życia, ale w żadnym wypadku nie jest to ubliżające, więc da się przeżyć. W pewnym sensie ma to swój urok, bo nawet można się pośmiać.
Mieliśmy panią, której zagipsowaliśmy nogę aż do połowy uda, 4 miesiące temu złamała piszczel, dwa miesiące temu płytka jej wyskoczyła i zrobiła otwarte złamanie, i tak do dziś się z tym boryka, bo średnio chce się goić. Z panią zabawnie było, bo siedziałam przed fotelem, na którym ją gipsowaliśmy, ona się żaliła, że nie miała jak majtek założyć, bo gips, ale ręcznik przyniosła i biedna wylewała żale bez końca, a na końcu rzuciła puentą "Pani i tak mnie pewnie nie rozumie." xD Rozbawiło mnie to. Przyznałam się, że znam język, w którym mówi i doszłam do wniosku, że ludzie jednak potrzebują się wygadać w stresujących sytuacjach. :) W trakcie, gdy doktor tłumaczył nam jej przypadek, zagadywała mnie pytaniami "o czym doktor mówi? na ile wsadzacie mnie w to ustrojstwo? zagoi się?" Zdecydowanie typ pacjentki, który się miło wspomina.

Anestezjologię zaczęliśmy od dupy strony, bo zamiast najpierw mieć seminarki, na dzień dobry wyrzucili nas na oddział. Oczywiście moja grupa znów ma zajęcia z bossem, tradycji musi stać się zadość. Pobiegaliśmy po salach, wytłumaczono nam co do czego służy, po co się podłącza, z czym co się je, więc lekki zarys tego, co się na oddziale dzieje mamy. W końcu się dowiedziałam czemu służą koszulki, które dwa tygodnie temu na dyżurze wyjmowałam, wiedza przyszła szybciej niż się tego spodziewałam haha. Generalnie wrażenie po tych zajęciach jest takie, że gdybym miała robić tę speckę, to bym chodziła cały czas z pełnymi gaciami. >.< Za tydzień idziemy na operację na kardiochirurgię, ale ciii, tajemnica.

W końcu dostaliśmy wyniki z parazytów. Zdałam lekką ręką. Powie mi ktoś czemu tak głęboko zapadają mi informacje, które są średnio potrzebne? Czemu tak łatwo jak genetyka i robale nie wchodzi mi EKG, farma i inne? :|

Na pediatrii znów byliśmy w przyszpitalnej przychodni, znów nudna alergologia, bubu. Nic ciekawego nie było. Odczulanie, pokrzywka, która okazała się nie być pokrzywką, dwa przyjęcia na oddział w celach diagnostycznych, dwóch pacjentów z poprzedniego tygodnia i tak w kółko. Na koniec robiliśmy sobie testy alergiczne, ale nie było to ekscytujące, ponieważ już na immunach rok temu to robiliśmy. :P Za tydzień w końcu idziemy na oddział, to będzie trochę ciekawiej. A za dwa tygodnie odetchnę z ulgą, bo na gastroentero nas przerzucą, więc będzie baju baju alergo. :D

wtorek, 6 grudnia 2016

[137] Could you help me

Na parkingu pod galerią zaczepił mnie dziś człowiek. Już z daleka kątem oka widziałam, że zmierza w moim kierunku i powoli zaczęła ogarniać mnie złość, bo zawsze tacy idą do mnie, a nie do kogoś kto wysiada z przeciętnego auta. Ale do rzeczy. Wyszedł ze szpitala, potrzebował na leki, jest bezdomny, miał zapalenie płuc blahblahblah. Wyostrzyłam słuch, pomyślałam, że na dobrą osobę trafiło, zaraz sprawdzę tę receptę czy rzeczywiście leki mają jakikolwiek związek z bajką, o której prawi. Podał mi wypis ze szpitala. Podał receptę. Pokazał dowód osobisty. Poczytałam wypis. Na dzień dobry "zakażenie HIV", patrzę na twarz, a tam wiele randomowych ranek, strupów i zadrapań. Czytam dalej, on w tym czasie coś mówił o skierowaniu do urologa. Przestałam czytać, potrzebował 7zł. Dałam dychę, a on spytał czy nie wydać, ech serce mi się wtedy roztopiło. Chyba pierwszy raz w życiu wyskakując z kasy dla rzekomo potrzebujących, mam poczucie, że rzeczywiście zrobiłam dobry uczynek i wcale nie zostałam oszukana. Chyba można powiedzieć, że w tym roku i ja byłam Mikołajem? :)

poniedziałek, 5 grudnia 2016

[136] Forensics humour

Na sądówce bawiliśmy się w rozwiązywanie zagadek czy rana była postrzałowa, jeśli tak, to jaki strzał, z czego, z jakiej odległości, jaki typ naboju. Te zajęcia nie byłyby sobą, gdyby nie było śmiechu z fali uderzeniowej bomb i tego jak ludzi wymiata. xD Potem wszyscy się zaczęli śmiać ze stwierdzenia "the suicider was very successful, he not only hanged himself but also electrocuted, just in case." Potem pogadaliśmy sobie z jakiego naboju lepiej oberwać, jakie robią większe spustoszenie, czemu mimo, że pocisk nie łamie kości, możemy mieć ją po postrzale złamaną, jak chirurg powinien usuwać pozostałości naboi i tego typu ciekawostki. Jak zwykle nieprzeciętnie ciekawe zajęcia. Aaaa no i dowiedziałam się, że gdybym chciała narobić komuś ambarasu, to popełniając samobójstwo mogłabym sporo wątpliwości pozostawić przez to, że jestem oburęczna, a biegli szukaliby strzału osoby leworęcznej. Czyli byłabym dobrym zabójcą. ];->

Na pediatrii trochę nuda. Siedzimy w przychodni przyszpitalnej i przez kilka godzin ciurkiem przyjmujemy pacjentów. Alergologia jest bardzo nudna.




PS. Ktoś tu jest szczęśliwym posiadaczem ajsrona 7 albo 7 plus? Tatuńcio koniecznie chce mi go na święta sprawić, a ja niespecjalnie podzielam entuzjazm, bo słyszałam, że to shit straszny? Ktoś się wypowie, pros & cons jakieś?

piątek, 2 grudnia 2016

[135] Night duty

Koło zaliczeniowe z zakazów dziecięcych zdałam, nawet całkiem ładną ocenę dostałam, a z parazytów wyniki dopiero w następnym tygodniu, ale czuję w moczu, kościach i ślinie, że też poszło oki. :-P Zeźliłam się, bo jako że moja szanowna grupa w tym roku znów ma ostatnia zakazy dorosłych, nie możemy podejść w grudniu do przedterminowego egzaminu, niech to szlag. -.- Do tego nieobecności też mieć nie można, bo prowadzącym rok temu nie chciało się odrabiać zajęć, lepiej było ich nie zrobić i powiedzieć, że to w ramach jednej dozwolonej nieobecności.

Znów poszłam sobie na dyżur i albo planety ułożyły się w niekorzystny sposób albo burza na Marsie negatywnie wpłynęła na ludzi albo koniec świata się zbliża, ale ciężko pojąć ilość złej energii jaka biła od ludzi w tamten dzień. xd Najpierw jakiś młody anestezjolog mnie zjebał, bo był średnio pocieszony faktem, że doktor pod którego opieką byłam szukał ordynatora i mnie po niego wysłał, a potem jakaś nawiedzona pacjentka na SORze naskoczyła na mnie co najmniej jakbym jej matkę kartoflem zabiła, bo nie została obsłużona tu i teraz, w chwili, gdy jej wielebna stopa przekroczyła próg szpitala. Przyszła narobić afery dla samego faktu afery. Podziwiam lekarzy, że nie wywalili jej, bo za takie zachowanie, ubliżanie i szarpaninę żadna pomoc nie powinna się należeć. Jakby tego rzucania było mało, na koniec poleciała puenta, że skargę napisze. :D Sprawa tak pilna była, że ze skierowaniem do konsultacji chirurgicznej trzeba było przyjść dnia następnego o 21/22, bo w dzień to widocznie czasu na tą niecierpiącą zwłoki rzecz nie było. I oczywiście konsultacja chirurgiczna musiała być przeprowadzona w szpitalnym oddziale ratunkowym. Poza tymi dwoma sytuacjami były dwie operacje, rak i zrosty. Była też gastroskopia, bo kotlet postanowił sobie utknąć. Tu było sporo zabawy; pacjent spanikował, zaczął się rzucać i wydziwiać, więc trochę się z nim szarpałam, ale tragedii nie było. Po gastro poszłam gościnnie na Rkę, potem na naczyniówkę do zdejmowania koszulek, z bandażowaniem trochę jest zabawy. Na końcu znów SOR, a tam zapalenie najądrza, zator tętnicy udowej i chyba to tyle.

niedziela, 27 listopada 2016

[134] Too lazy

Kiedyś to musiało nadejść, więc here we go, nie chce mi się uczyć. Zakazy mnie jutro zjedzą żywcem. Chyba, że wszyscy prowadzący umarli/mieli/będą mieć wypadek/bomba spadnie na szpital, bo to tak u mnie jest, że jak potężnie nie chce mi się uczyć, tzn, że jednak kolokwium z jakiegoś powodu nie będzie. xd

czwartek, 17 listopada 2016

[133] Observing society

Minęło półtorej miesiąca, a ja nadal się nudzę. Tak się nudzę, że z tych nudów nie dość, że na ostro wzięłam się za przygotowania do USMLE, to jeszcze na dyżury nocne zaczęłam chodzić, więc jest naprawdę źle. xD Pierwsze trzy lata napakowali tak, że po dupie nie szło się podrapać, a teraz takie luzy, że nie musimy robić praktycznie nic. Trzeba być arcy ambitnym, aby samemu zmusić się do książek. Kolokwiów brak, to i motywacji brak. Odpytki na zajęciach, to kwestia godziny czytania przed nimi, więc wysiłek zerowy. Chyba niepotrzebnie zmniejszyłam ilość godzin pracy, bo pomimo ostrzeżeń starszego rocznika, myślałam, że czwarty rok będzie bardzo poważny, dlatego też w końcu trzeba przestać dzielić czas między uczelnię, a pracę, a tu figa z makiem. ALE! Może to znak, że czas najwyższy zabrać się za USMLE. Takim oto sposobem rano wychodzę na zajęcia, po nich idę do pracy na godzinkę czy dwie, wracam do domu między 16-18, siadam do First Aid USMLE Step 1, Pathomy i innych spokrewnionych tematycznie, i padam spać między 21-22.

Święto wielkie się stało, zdjęłam hybrydę z paznokci. Wszystko ku chwale nauki i tego by móc przy stole operacyjnym stać, echsss.

Jeszcze trochę i ktoś wzbudzi we mnie wyrzuty sumienia. Ludzie, skąd w Was tyle samozaparcia i woli walki, że na pierwszym roku zapisujecie się na jakieś koła? xd Ostatnio spotkałam ludzi, którzy przyszli na nocny dyżur mimo, że zajęcia mieli na 8 rano. Jakby tego było mało, potem okazało się, że są z drugiego roku, a na pierwszym byli zapisani do koła anatomicznego. Heee... a ja jestem na 4 i do tej pory nie raczyłam się nigdzie zapisać. Żeby było śmieszniej, nadal mam to gdzieś, "gdyż iż ponieważ" wolę korzystać z wolności i nie dowalać sobie kolejnych obowiązków. Chociaż gdybym nie pracowała, to i pewnie miałabym inne podejście. ^o)

Znów zaczęłam cisnąć w Candy Crusha, dobiłam do 1430 poziomu.

Zachowanie niektórych ludzi spowodowało, że zaczęłam się zastanawiać dlaczego prowadzący są tak pobłażliwi. Przychodzi taka ciućma jedna z drugą, fartuch wymemłany jakby ktoś go wyrwał psu z gardła, butów zmiennych brak, ale stetoskop na szyi wisi. xd Trzymajcie mnie, bo nie wyrobię. I takie coś będzie kiedyś lekarzem. [*] Kiedyś podobno był rygor na uczelniach, co się z nim stało teraz? W ogóle mam wrażenie, że społeczeństwo ostro prze w nie tą stronę, co powinno. Słowa przepraszam, dziękuję i proszę zaczynają być albo zbyt wyszukane albo nie wiem, ale coraz więcej młodych nie wie, że powinno się ich używać. Już nie wspomnę o tej okropnej modzie mówienia per ty do obcych osób. Jeszcze zrozumiem, że stoimy z kimś twarzą w twarz i widzimy, że to ktoś mniej więcej w naszym wieku (w przypadku studentów), ale jak pływam na parkingu w bagażniku, tyłem do wszystkiego i wszystkich, a z tyłu nadjeżdża jakiś mądry jegomość i wali do mnie jak do koleżany, to aż mnie rozwala. I nie, nie mogą wiedzieć, że jestem studentką, bo auto na budżet studencki nie wskazuje, więc od tylca, to co najwyżej można pomyśleć, że to ktoś, kto miał czas, aby się dorobić, przynajmniej ja bym tak pomyślała. I nie, nie chodzi o to, że jestem wielką pańcią, tylko to jest naprawdę fajne w naszej kulturze, że pokazujemy obcym szacunek. Zamiast szanować wszystko, co nasze, to młodzi tacy hamerykańscy na siłę chcą się robić, ża-łos-ne. Takie przywary sypią się jak domino. Coraz więcej ludzi zapomina, że jak się wchodzi gdzieś i ktoś idzie za nami, to przytrzymujemy mu drzwi żeby nie rozwalił sobie o nie ryjka, no ale po co przecież się męczyć, ja se śmignę, a ten z tyłu niech zbiera zęby z szyby. xd Dochodzę do wniosku, że w kształceniu wczesnoszkolnym rząd powinien wprowadzić klasy jakie mają w Japonii. Uczą dobrych manier i potem naród chodzi jak w zegarku, wszyscy wiedzą, że na ruchomych schodach stoi się po prawej stronie, aby lewa była całkowicie pusta, że najpierw się wychodzi z pomieszczenia, potem wchodzi, że żeby wsiąść do autobusu, to trzeba zrobić miejsce wysiadającym, ech ech ech.

Za dużo pieniędzy ostatnio wydaję. Przeliczyłam finanse i doszło do mnie, że pół roku pracy poszło gdzieś, nie wiadomo gdzie. A to gry planszowe, a to butów cała sterta, a to fiszki i książki językowe, a to coś, a to sroś i ni ma mamony. Serce mnie zabolało, gdy dotarło, że byłyby za to wakacje w prześladującej mnie Tajlandii. xd Postanowiłam oszczędzać i z tejże okazji wszystkie możliwe sklepy wprowadziły super hiper extra promocje, a butiki, w których upatrzyłam sobie sukienki na półmetek akurat na nowo sprowadziły towar, na który czekałam już od dwóch miesięcy. NO I JAK JA MAM ZACISNĄĆ PASA... [*]


Tym optymistycznym akcentem życzę wszystkim udanego weekendu. :-D

czwartek, 3 listopada 2016

[131] I'd rather have cancer than...


Mam kumpla, którego znam od zalania dziejów. 
Jest niezawodny i zawsze rąbnie coś, co zwali mnie z nóg. 
Ostatnio stwierdził, że woli mieć raka niż być gruby. xD
Priorytety seksiaków, ech. :-D


Chciałam wrzucić tu jutjubowego linka, ale ktoś zadbał o to, aby ten kawałek nie istniał nigdzie w wersji z video. :-| Tak więc polecam wyszukać sobie w mp3 Castaway 5 seconds of summer, ostatnio katuje do bólu. <3





Wciągnął nas Joking Hazard, zajebista gierka, super głupie ilustracje, można się ostro pośmiać, polecam!


sobota, 29 października 2016

[130] It was nice meeting you Pulmonology

Na nefrologii zgłosiłam się na ochotnika do USG nerek. Mimo ultra małego spożywania płynów, kamicy nerkowej nie mam, więc odetchnęłam z ulgą. :D Z nieba spadły te zajęcia, bo od kilku miesięcy wydawało mi się, że coś jest nie tak, a oczywiście do lekarza nie było po drodze. Na gwałt przydałyby się teraz oftalmologia, bo tak już od 4 lat wybieram się do okulisty i coś dotrzeć nie mogę...

Na pulmonach serce mi pękło. Mój kochany doktorek nie przyszedł na ostatnie zajęcia. Wzięła nas ordynator we własnej osobie i oczywiście było sranie po gaciach, bo w tamtym roku na tuberkulozie trzepała nas aż grzmiało. Takie zawrotne tempo narzuciła, że aż trudno było za nią na korytarzu nadążyć. Nie wiem jak to zrobiła, ale przez całe zajęcia zdążyliśmy obejść wszystkie pokoje, prawie wszystkich opukać i osłuchać, krótki wywiad zebrać, a na końcu jeszcze przycisnęła nas z kilku RTG i wypuściła 10 minut wcześniej. Pacjentka, u której było podejrzenie farmer's lung okazała się mieć bronchioalveolar carcinoma. Pacjent z COPD, który miał być już do domu wypuszczany, dwie godziny przed wypisem przyszły wyniki i okazało się, że ma cardiac myxoma. Był też pan czekający na przeszczep, opowiadał o odmie i o zgromadzonym pod skórą powietrzu. Dostaliśmy potem jego RTG i było na co patrzeć.

Na neonatologii bawiliśmy się fantomami. Pierwszy raz trzymałam w ręce laryngoskop, trochę się męczyłam, ale w końcu zaintubowałam.

Za tydzień zaczną się zakazy, mamo ratuj. Jeszcze te dziecięce w tamtym roku były nawet ok (poza częścią seminaryjną), ale dorosłych nie mogłam znieść.

Kilka dni temu miałam dziwną sytuację. Byłam z kolegą na obiedzie i nagle podszedł do nas jakiś typ. Ani się nie przywitał, ani pocałuj psa w dupę na dzień dobry i z bomby wyleciał z moim nazwiskiem. Myślałam, że spadnę z krzesła, bo to był facet, który od kilku lat wypisuje do mnie na fejsie (mimo, że mu nie odpisuję i nawet nie czytam tych wiadomości), i nie wgłębiając się w szczegóły, jest skończonym psycholem. O dziwo trzeźwość umysłu mnie nie opuściła i popatrzyłam na niego jakby z drzewa spadł dodając "eee, nie", na co on znów to samo. Na szczęście po kolejnym zaprzeczeniu poszedł sobie. Chwała bogu, że niedawno zmieniłam fryzurę, to mogło wydać się całkiem wiarygodne, ale WTF! Od dziś już nie będę do życia podchodziła tak beztrosko, że nigdy nic mi grozić nie będzie. Pełne gacie miałam, masakra. A to niepierwsza sytuacja, że ktoś nieznajomy rozpoznaje mnie ze zdjęć. W sumie super anonimowy zawód sobie wybrałam, idealny do uciekania przed creeperami. <ok> Czas chyba znaleźć męża i czym prędzej zmienić nazwisko.

środa, 26 października 2016

[129] Work hard so you won't spin

Prawie miesiąc 4 roku za mną, więc czas na krótkie wspominki.

Ortopedia i traumatologia - mieliśmy sporo zabawy z gipsowaniem się i ogólnym unieruchamianiem. Potem rozcinaliśmy gipsy, a dowcipny prowadzący straszył nas, że "ała ała BOLI!!!" Niby bzdura, a kilka osób nabrało się na takie wrzaski. :-D Na innych zajęciach bawiliśmy się USG i sprawdzaliśmy sobie biodra, nadgarstki, barki i kostki. Wszystko zaczęło się od tego, że koleżanka z grupy powiedziała, że biodro boli ją jak cholera i czy doktor nie może obejrzeć. Summa summarum 2/7 osób miały problem. Koleżanka od biodra ma bursitis i tendonitis, więc na następnych zajęciach będziemy oglądać wstrzykiwanie sterydów przy pomocy USG, bo jak sama powiedziała, na fizjoterapeutę czasu nie będzie miała, więc woli inwazyjnie. xD Druga osoba okazało się, że ma dość spore szanse na carpal tunnel syndrom, więc ma unikać zbyt dużej manualnej roboty, dlatego też papa przyszła specko z chirurgii.

Sądówka - przypomnieli nam jak się sprawdza ile czasu temu ktoś pił i ile, liczyliśmy ile kto będzie miał promili po wypiciu tej samej ilości alkoholu i mimo, że nie piję, to smutno mi się zrobiło, że 250ml 40% wódki dałoby mi ponad 2,5 promila, a 70kg facetowi lekko ponad 1. xd Potem mówiliśmy o truciznach, narkotykach, zatruciach i innych tego typu smaczkach. Znów było ciekawie. I ultra wyluzowana prowadząca rzucająca żartami, które mogłyby zostać określone lekko nie na miejscu. <3 Uwielbiam.

Chirurgia - oglądaliśmy dość ciekawą operację, trochę nie słuchałam, ale między słowami wyłapałam, że mniej więcej chodzi o to, że wycięli kawałek przełyku i wycięty kawałek zastąpili kawałkiem z dwunastnicy? mimo, że 1st line treatment to pozyskanie kawałka z żołądka? Muszę o tym poczytać, bo wydaje się to całkiem intrygujące. Mieliśmy też pacjenta z inflammatory bowel disease i mimo, że znów nie słuchałam (cóż za pilna studentka..), to wpadło mi do ucha, że zazwyczaj choroba zaczyna się u dwudziestoparo latków, no super. Już się zdiagnozowałam, że moje problemy trawienne po jakichś randomowych posiłkach mogą być początkiem IBD'u. [*] Humor poprawił się jeszcze bardziej, gdy doktor dodał, że najdłuższe leczenie tego dziadostwa jakie on osobiście zna, to (uwaga!) 18 lat!! o.O
Od kiedy studiuję, co chwilę wyszukuję sobie pierdyliard chorób, które mam/mogą mi grozić, boże ratuj. xD Jednak to prawda, że im mniej w głowie, tym spokojniej człowiek śpi.

Nefrologia - w sumie to nic ciekawego nie było poza tym, że moi koledzy z hukiem zostali wypieprzeni z zajęć, bo przyszli chorzy. Był ogień! :-D Uśmiechnęła się do nas moja kochana genetyka, ponieważ mieliśmy pacjenta z ARPKD, więc mogłam brylować. Większość czasu spędziliśmy na transplantologii i ku naszemu zdziwieniu większość nerek do przeszczepu nie pochodzi od członków rodziny (rodzina to tylko jakieś 7% przeszczepów.)

Pulmonologia - miłość, miłość, miłość. Mieliśmy bronchoskopię, potem biopsję węzłów chłonnych w śródpiersiu, a na końcu pacjenta z Pompei disease (tylko 7 takich przypadków w całym kraju i on jeden na zachodzie, więc możecie sobie wyobrazić moje podniecenie.) Jak z biochemii nic nie pamiętam, tak pamiętałam moment, w którym uczyłam się o tej chorobie i trochę dziwnie się poczułam słysząc swoje własne komentarze sprzed kilku lat "po co tyrają nas takimi rzadkimi przypadkami?" To chyba coś na kształt tego jak kiedyś myślałam o angielskim, kiedy nauczyciel tyrał mnie ze słówek, których byłam pewna, że NIGDY nie użyje, a za jakiś czas okazało się, że powiedzenie "nigdy nie mów nigdy" jest świętsze od przykazań bożych. xd

Fakultet z EKG okazał się strzałem w dziesiątkę i nie wiem jakim cudem, ale słucham przez całe 2,5h, a nigdy mi się takie skupienie nie zdarza, zazwyczaj po pół godzinie już mnie nie ma. :D

Straszny pierdolnik mam, bo wychodzę z domu przed 7, a wracam najwcześniej o 18, wczoraj pobiłam rekord i wróciłam o 22:40. Pewnie za kilka lat będę miała potężny butthurt, że zamiast się opieprzać, kiedy mogłam, to kręciłam kołowrotkiem jak szalona. ;x Dobrze, że moje zapieprzanie otworzyło ojcu oczy i dużo inaczej mnie traktuje niż kilka lat temu. Relacje się poprawiają tylko nie wiem czy dlatego, że zaczął mnie doceniać i jest dumny czy może powodem jest moje odgrażanie się, że za dwa lata wypalam na drugą stronę świata? Choć pewnie najbardziej przekonała go moja niezależność finansowa i fakt, że od 4 lat nie płaszczę się o pieniądze. :))

Rodzinę na grypę zaszczepiłam, duma mnie rozpiera. xD Ostatni zastrzyk robiłam na praktykach po pierwszym roku. Dziś miałam ojcu w zadek robić kolejny, bo coś tam potrzebował, ale jak poinformowałam go co mu grozi w tym rejonie, to trochę zwątpił i jednak zostawił to w rękach lekarza. xDDD

czwartek, 20 października 2016

[128] Craving for Asia

Chyba mam za dużo czasu, bo niedawno strzeliło mi do głowy, że może bym tak była doktorkiem w Korei Płd (znowu ciągnie mnie do Azji, echhhs.) Zapał trochę się ostudził po wyczytaniu, że Korea zagranicznych doktorków niespecjalnie chce, więc poświęćmy minutę ciszy poległym wizjom. [*] Ale, że nie ma rzeczy niemożliwych, to nigdy nic nie wiadomo. :> Im bardziej coś jest niedostępne, tym bardziej prę w tę stronę.

Miłość do azjatyckiej części świata zaczęła się jakieś 10 lat temu, kiedy stałam na placu Tian'anmen i słuchałam szwedzkiej przewodniczki opowiadającej o proteście studentów z '89 roku. Strasznie padało, więc nastrój był całkowicie dopełniony. Kilka lat później z ojcem wybrałam się na wyjazd służbowy. Potrzebny był zaufany tłumacz, a kto byłby lepszy jak nie córuś. :) Kilka tygodni spędzone w kilku miastach zrobiły swoje. Potem wyjazd do Japonii, która okazała się dość biedna w zabytki i Tokio było największą atrakcją. Mam bliski kontakt z kilkoma kontrahentami taty i są to niezwykle intrygujący ludzie. Są strasznie ciekawi świata, tego jak jest gdzieś indziej, bez znaczenia z którego azjatyckiego kraju pochodzą, chęć poznania mają tą samą.

To jedna z chwil, w których nie lubię mieć wyboru. Nie byłoby go, problem z głowy. Jest, to teraz wielkie zastanawianie "a może by tak..."





PS. Niesamowite jest to, że ci lalkowo wyglądający chłopcy przechodzą przez 2 lata przymusowego wojska, fajnie nie? :D W Polsce wojak mógłby wrócić, korposzczurki w garniakach kraju nie obronią.

PS2. Dokopię się do odpowiedniego pena, to powrzucam jakieś zdjęcia.




Od jakiegoś czasu chodzę kilka metrów nad ziemią!

sobota, 15 października 2016

[127] Clinicals

Mam wrażenie, że ten rok będzie śmiesznie prosty w porównaniu do trzech poprzednich. Nie dość, że praktycznie codziennie kończę zajęcia maks do 12 (nie wliczam w to wykładów), to jeszcze nie ma wejściówek i kolokwiów w takiej ilości, w jakiej były do tej pory. Wystarczy mniej więcej ogarniać bieżący materiał. Jak się po milion razy powtarza jedno i to samo, to prędzej czy później zostanie to w głowie. Jedynym minusem póki co są godziny wykładów, bo trzeba byłoby na nie czekać po 3-4h, więc szczerze mówiąc większość sobie daruję i pracuję w tym czasie, bo dziwnym trafem w końcu odpuścili sobie sprawdzanie na nich obecności.

Ortopedia i traumatologia - zajęcia podzielone +/- na pół; seminarka i oddział. Trochę się na nich nudzę. Była pani z zespołem cieśni kanału nadgarstka i pan po amputacji dużego palca u stopy. Ten drugi przypadek o wiele ciekawszy, bo przy okazji omówiliśmy przeszczep skóry, całkiem ciekawa sprawa. Za każdym razem dostajemy pod nos RTG, więc mamy super trening i jak już jestem przy tym temacie, to muszę wyrazić swoje niezadowolenie ułożeniem programu. Zastanawiam się jaki jest sens radiologii dopiero na 8 semestrze, skoro oglądanie zdjęć towarzyszy już od 5-ego? Niby nie powinno mnie dziwić takie ułożenie, w końcu na drugim roku na patofizjologii robiliśmy coś, czego jeszcze na fizjologii nie zaczęliśmy nawet, ale co tam, kto by na takie coś w ogóle zważał.

Neonatologia - faceci byli bardziej podjarani dziećmi w inkubatorach niż dziewczyny, to było dość zabawne. Dość słodkie są takie małe bubunie, pozwijane między kocami, więc wyglądają jak w gniazdach. Leżą sobie w cieple (+30*), niektóre w złym, inne w kiepskim i dobrym stanie. Rekordowy maluch urodził się mając 500g... Gdzieś minęliśmy wcześniaka, który przetrwał jako jeden z trojaczków, gdzieś indziej leżała dziewczynka z HCV. Zawsze dorodne, donoszone dzieciaki wydawały mi się łatwe do uszkodzenia, ale te maluszki są nie do porównania.

Nefrologia - prowadzący głównie zajmuje się dializami, więc w końcu będę miała o nich dobre pojęcie. :-D Mieliśmy pacjenta, któremu z dnia na dzień nie wiadomo czemu palce zaczęły zachodzić nekrozą. Większość organów zaczęła siadać i po prawie roku nie ma już stóp, jest po zawale, palce u rąk zaczęły sinieć, pojawiła się nekroza. Na jednej ręce zrobili mu przetokę (do dializ), zmiany się cofnęły, ale druga jest nadal w średnim stanie. Młody chłopak. Podziwiam, bo wydawało mi się, że jego stan psychiczny będzie okropny, a on zdawał się być całkiem dobrze pogodzony z nieszczęściami. Innym razem mieliśmy pana z Lupusem i od razu przypomniał mi się prowadzący z dermy, który wypytywał o SLE. xd

Sądówka - póki co nie dzieje się nic ciekawego, bo mamy same seminarki i jedyne co jest w nich ciekawe, to zdjęcia z autopsji, komentarze prowadzącego, że powiesić to się jeszcze trzeba umieć, bo na sznurku można dogorywać godzinę zamiast minuty. Kocham taki humor. xD Instrukcje jak odróżnić pozorowane samobójstwo od tego prawdziwego też były fajne!

Pulmonologia - mój konik. Wszystko na zajęciach idzie jak po maśle. Mieliśmy 70 letniego muzyka z COPD (paczka fajek dziennie przez x-dziesiąt lat) i 79 letnią panią, której nie do końca wiadomo co jest. Tak się zastanawiam czy alternatywą do mojej pracy na sądówce nie będzie pulmonologia.

Chirurgia - uczyliśmy się szyć i stwierdzam, że chirurgiem nie będę. >.< Pominę ilość kurew i innych takich, które rzucałam pod nosem, kiedy nie szło. Trening czyni mistrza, ale można się zdrzaźnić. Potem uczyli nas wiązania węzłów i mimo, że mieliśmy to dwa lata temu na anatomii klinicznej, to ofc nikt już nic nie pamiętał.. :-D

Nienawidzę czwartków. 9h w szpitalu i brak czasu na ciepły posiłek są przesadą. Stan studenciaków mówił sam za siebie. ALE! Jeszcze kilka tygodni i odetchniemy.
Za niedługo zaczną się fakultety. Może w końcu raz, a dobrze nauczę się EKG, a nie tylko na chwilę, bo kolokwium. xd Znowu zimowy semestr dopakowuję w dodatkowe zajęcia, aby letni mieć w miarę lajtowy.

A i wiecie co? Hitem tygodnia jest opis zdjęcia u pacjentki po wyciętym pęcherzyku żółciowym, że jest on dobrych rozmiarów i wszystko z nim ok. xDD Cudowne są takie smaczki.

niedziela, 2 października 2016

[126] Hello October.

Już październik, gdzie ten czas ucieka. Mam wrażenie, że jak dziś pójdę spać, to obudzę się na święta. xD

Raz na jakiś czas czytam gównoburze odnośnie aborcji i niedawno wyczytałam hity, które myślę, że śmiało mogą startować w konkursie wiedzy. Przytoczę, żeby za 10 lat móc sobie przypomnieć jaką wiedzą ludzie dysponują:

Absolutny #1 to stwierdzenie, że w inkubatorach są ratowane dzieci w tym samym wieku, co te poddawane aborcji! (oczywiście mówimy o Polsce, a nie Chinach) Autor tych słów twardo twierdził, że to prawda, bo Korwin tak powiedział, a on jest inteligentny i ma tytuły naukowe, więc to prawda.

#2 to informacja, że 25 dni po zapłodnieniu wyczuwalny jest puls u dziecka.

#3 embrion i płód to terminy obce/zakazane, więc notorycznie leci dzieckodzieckodzieckodziecko.

#4 jakiś pan polecił paniom podwiązanie jajowodów ("bo problem z głowy"), kto by tam zważał na to, że takie widzimisię w PL jest nielegalne.

#5 zapis prawny "kobieta może ulec karze" zupełnie nie oznacza, że zostanie jej poddana i niepotrzebna jest zmiana zapisu na "nie podlega karze". A ja się dziwię, że na wszystkich testach w Polsce, czy to gimnazjalnych czy to maturalnych, są niziutkie wyniki w czytaniu ze zrozumieniem.


piątek, 16 września 2016

[125] Let the 4th year begin

Nie wiem co się mojej kochanej Almie Mater stało, ale dostaliśmy już plan! Jak w tamtym roku podali go o 6 rano w pierwszy dzień roku akademickiego, tak teraz pół miesięczne wyprzedzenie, nono.. Mamy postęp. ;-DD Niestety nic nie może być zbyt piękne, więc nadal nie wiemy czy mamy te same grupy, aaale! przynajmniej jest ten zakichany plan! Trochę słabo, bo co tydzień będziemy mieć coś innego, sądówka jest porozwalana po różnych tygodniach, jakby ciągiem nie można było, no ale cóż. Anestezjologia i choroby zakaźne dorosłych będą mnie dręczyły dwa razy w tygodniu, o ile moja grupa to nadal moja grupa, więc będzie wesoło. *ok*

Co mnie w tym roku czeka?
Anestezjologia, chirurgia, nefrologia, pulmonologia, ginekologia i położnictwo, medycyna nuklearna, farmakologia kliniczna, medycyna paliatywna, neonatologia, medycyna sądowa, ortopedia i traumatologia, otolaryngologia, radiologia, angiologia, gastroenterologia, kontynuacja chorób zakaźnych dzieci i dorosłych, pediatria po raz kolejny, a ponadto jakiś dziwny przedmiot, którego nazwy nie pamiętam.
Będzie ciekawie. :) Ach, zapomniałam, że jeszcze parazytologię będziemy mieć po raz drugi, hip hip hurra! Sprawdzą co pamiętamy z pierwszego roku. xD

Najlepsze jaja będą z fakultetami, bo jak tu na jakiś się zapisać, kiedy plan co tydzień wygląda inaczej? Zakładając, że da się to jakoś zrobić, to jako ekspert EKG powinnam zapisać się na zaawansowaną elektrokardiografię. xDDD

sobota, 13 sierpnia 2016

[124] Praktyki na internie

Tak się bałam praktyk, a było nawet całkiem fajnie! Poznałam grupę super ludzi, lekarze byli świetni, przypadki trafiały się i ciekawe, i skomplikowane, wszystkiego po trochu. Czy się czegoś nauczyłam, to ciężko stwierdzić, nadal jestem zdania, że taki miesiąc jedyne co wnosi do życia, to zapełnienie czasu i okradzenie wakacji z trzech do dwóch miesięcy plus może jeszcze jakieś tam obycie jak to wygląda na danym oddziale. :-P Z nowych umiejętności na pewno mogę pochwalić się tworzeniem wypisów (czyli praca trochę sekretarska :-D), pisaniem przebiegów i mierzeniem ciśnienia (śmiejcie się śmiejcie, ale do tej pory było to dla mnie nie do przeskoczenia, brakowało jednej ręki. xD)

Jak wyglądał dzień na oddziale? Rano odprawa, chodzenie z pokoju do pokoju, przedstawianie przypadku każdego z pacjentów po kolei, debatowanie nad dalszym leczeniem. Mam wrażenie, że to wszystko jest postawione na głowie. W tym samym czasie chodzą lekarze, co pielęgniarki robią ranne toalety, a pacjenci mają śniadanie, czemu to tak wszystko zusammen do kupy musi być? Później zazwyczaj lekarze zaganiali nas do przeprowadzania wywiadów z nowo przyjętymi pacjentami, rozpisywaniem z nimi kwestionariuszy odnośnie jakichś tam badań (zgody na TK, gastroskopie, itd.) i znowu wypisy, przebiegi, rozpisywanie kart zleceń. Niby było dużo do roboty, ale trochę nuda, więc gdy nie było co robić uciekaliśmy na chirurgię oglądać operacje. :-D

Trochę z radiologami mieliśmy do czynienia, bo codziennie ktoś na oddziale miał do wykonania USG czegoś, a zazwyczaj było ich kilka, więc podpinaliśmy się, zawsze to coś ciekawszego niż siedzenie przed komputerem i przepisywanie papierologii na monitor. *sigh* Zawsze dwójka lekarzy przychodziła i oboje mieli to samo podejście; mieliśmy mówić im po imieniu. o.O Trochę szok, bo jak do lekarza, a w szczególności po specce mówić po imieniu?! :-D Widocznie na radiologii taki klimat panuje, ale do dziś z szoku wyjść nie mogę. Ktoś gówno studentowi mówi żeby być per ty. xD Pod koniec praktyk z kolegą mieliśmy się urwać na cały dzień na radiologię, ale jakoś tak się nieszczęśliwie złożyło, że akurat na oddziale sporo do roboty było, chlip chlip. Niemniej jednak sporo się nauczyliśmy i aż pełna niedowierzania byłam, kiedy na monitorze byłam w stanie dojrzeć coś więcej niż szare maziaje. :-DD Któregoś razu gościnnie przeszliśmy się z USG na geriatrię i nasz super miły lekarz tylko rzucił, abyśmy zerknęli na kartę pacjenta. Patrzyliśmy i patrzyliśmy, nic ciekawego nie wypatrzyliśmy, aż w końcu zonk! Pacjentka miała 102 lata i miała się całkiem całkiem.

Przy okazji wspominania o starych ludziach; mieliśmy zgon i cyrk z nim związany, bo kobieta leżąca obok pani, która umarła, zrobiła taki raban, że cały oddział przez cały dzień był postawiony na szpilkach. Dobra aktorka z niej, codziennie coś nowego odpieprzała, ale sceny związane ze zgonem były kwintesencją jej możliwości. xd Wyniosła się na korytarz i nie chciała wrócić do pokoju, więc wszystkie posiłki jadła przed dyżurką pielęgniarską i tam też spała. xd Taka chora i umierająca, a tyle godzin na niewygodnym krześle wytrzymała. Nie wspomnę już nawet o tym jak pani przynosząca jedzenie pytała czy ma dietę cukrzycową, na co ta odpowiadała, że nienienie!, a jak się pewnie domyślacie, cukrzycę miała niemałą. ;-)

Mieliśmy ciekawy przypadek bezdomnej pijaczki. Przyszła z ogromnym wodobrzuszem, HCV (żółtaczka) i HBs+. W badaniu markerów CA125 wyszło ponad 800, więc od razu powstało podejrzenie raka jajnika. Do tego wszystkiego miała zespół wątrobowo-nerkowy, marskość wątroby i szereg innych dolegliwości, których już nie pamiętam. W wywiadzie podała, że wypija dwie butelki wódki dziennie, na izbę przyszła z ponad dwoma promilami we krwi. :-P Kobieta, jak nietrudno przewidzieć, była dość niereformowalna, w ogóle nie współpracowała z lekarzami i pomimo pogarszającego się stanu, nie miała problemu z wychodzeniem z szeregiem kroplówek na dwór, aby zapalić. Miała mieć badanie ginekologiczne, zgodziła się, a gdy lekarz przyszedł, powiedziała, że w momencie podejmowania decyzji była niepoczytalna i jednak się nie zgadza. Cewnika nie dała sobie założyć, mówiła, że pomoże robić bilans płynów i będzie sikała do specjalnego pojemnika, oczywiście tego nie robiła, więc bilans pozostawał wielką niewiadomą. W trakcie obchodów panom kazała wychodzić z sali (haha, no zabawne.) Brzucha nakłuć się nie dało, bo INR miała za wysoki, furosemid na nią nie działał, zamiast się odwodnić, nabrała wody i z nóg się banie porobiły. Oddział zakaźny wziąć jej nie chciał, przekierowali na gastroenterologię, gastroenterologia miejsc nie miała, więc takim sposobem utknęła u nas. xD Summa summarum kobitka niebawem zejdzie z tego świata (a 35 lat ma), bo nikt nie zrobi jej transfuzji albuminowej, których potrzebowałaby trzech, gdzie jedna kosztuje 12 tysięcy, a do tego jeszcze przeszczep wątroby byłby potrzebny, do którego ona się stanowczo nie kwalifikuje. KOSMOS. Tak się zastanawiam po co państwo zaprząta sobie głowę takimi degeneratami, którzy nic swoim jestestwem nie wnoszą, a wręcz rozmnażają patologię? Jakbym w rządzie była, to od razu takie jednostki wykluczyłabym z prawa do leczenia. Dlaczego jedni zapieprzają dzień w dzień w pracy, odprowadzają ogromne podatki i czekają w nie wiadomo jakich kolejkach w NFZ, a takie niefrasobliwe osobistości brane są w pierwszej kolejności, pomimo tego, że ubezpieczenia nie mają? Niby MOPS ich ubezpiecza, ale po co i czyim kosztem? Ludzi, którzy mają większe ambicje niż chlanie za państwowe pieniądze? Pewnie zaraz zostanę nazwana nazi, ale takie samo podejście mam względem ludzi leczonych na raka z historią palenia w papierach. :-P

Przy cewnikowaniu pana byłam i przyjemnie to nie wyglądało. Rzucał się jak łosoś w górę rzeki i wydzierał, że to boli jakby to operacja była! xD Stażystka się zapomniała i ręki mu nie przytrzymała, prawie wyrwał sobie całe ustrojstwo. Mało co mnie rusza (z reguły tylko złamania), ale wyobrażenie wyrwania tego, zrobiło mi w głowie małe ałi.

Z kilkoma młodymi panami się zakumplowałam i miło było, gdy szło się po korytarzu i gdzieś tam z boku dobiegało "miło panią widzieć, dzień dobry!" <3 Niektórzy pacjenci są naprawdę super. :) Taki równoważnik do tych roszczeniowych zgorzknialców.

Ach, prawie zapomniałam o najważniejszym. Oczywiście pielęgniarki dały popis swojej słodkości. Biedne nie mogły się do nas dowalić, bo już pod nimi nie byliśmy, ale i tak próbowały. Któregoś razu nawet do samej ordynator skakały. Pani ordynator poprosiła, aby umyły i przebrały pacjenta, bo z jakichś powodów był cały mokry i brudny w śniadaniu, a one jej na to, że już go przecież przebierały! Profesor mówi, że no i co z tego, jak teraz nawet się go zbadać nie da, a te już z ryjem, że no nie rozdwoją się i poszły sobie. xd

Pewnie coś mi się jeszcze później przypomni, to edyt zrobię albo nowy post dodam, tymczasem udanych wakacji wszystkim życzę! <3



piątek, 1 lipca 2016

[123] 3rd year - complete

ZDAŁAM FARMĘ!!!!!


Takim oto sposobem trzeci rok stał się pierwszym rokiem, który w całości zaliczyłam w pierwszych terminach, coś niecodziennego. :-D Jeszcze oby praktyki dało się zaliczyć szybciej niż ustawa przewiduje i będzie można świętować rozpoczynając wakacje życia! <3

Mam jakiś tydzień na ostateczną decyzję, gdzie chciałabym jechać na te dwa fantastyczne miesiące, blee jestem cieniutka w podejmowaniu tego typu decyzji.

Szkoda, że dopełnieniem wczorajszej euforii nie była wygrana Polaków, bardzo mi ich szkoda, szczególnie Kuby. Zastanawiam się jakim cudem Portugalia wychodząc na trzecim miejscu z fazy grupowej i nie wygrywając żadnego meczu w podstawowym czasie doszła do półfinału. Bardzo szkoda, mam nadzieję, że spotkamy się z nimi raz jeszcze czy to w eliminacjach do Mistrzostw Świata czy na samych MŚ i dokopiemy im na tyle mocno, aby Portugalczycy obudzili się ze swojej baśni o "wielkiej" Portugalii opartej na Ronaldo. Wielkie brawa dla naszych chłopaków, w końcu nie było ich wstyd oglądać, mam nadzieję, że będą z nimi pracować dobry psycholodzy, aby się bidule nie pozałamywały (zwłaszcza Fabiański z Błaszczykowskim.) Za dwa lata już Kapustka i Zieliński trochę się ograją, miejmy nadzieję Rybus nie będzie miał kontuzji i znów dadzą nam ogromne dawki pozytywnych emocji. <3




sobota, 25 czerwca 2016

[122] I've been put down

Jak się coś sypie, to wszystko leci. Takim optymistycznym akcentem będę podchodziła do egzaminu z farmakologii, więc żyć nie umierać. ;d Ale! Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, w końcu to do mnie dotarło i powoli wstaję z grząskiej ziemi, w której utknęłam. Ponadto bogato planuję wakacje i nie ma, że boli. Cuda się zdarzają; ze stanu prawie wskazującego na przyjęcie do szpitala, nagle w jeden dzień wszystko pękło i jestem zupełnie innym człowiekiem. Niespodziewanie wszystko jest możliwe i niezmiernie cieszę się, że tak jest. Pewne rzeczy potrafią nabrać naprawdę szybkiego zwrotu akcji. Swoją drogą to niesamowite jak bardzo stan psychiczny wpływa na nasze zdrowie, jeszcze nie zdążyłam zarejestrować walącego się świata, a ciało już odmawiało posłuszeństwa. Nie dość, że w trymiga oczywiście schudłam, to jeszcze obserwowałam symptomy, które wcześniej uznałabym za niemożliwe. Całe szczęście, że karma odbija się ze zdwojoną siłą. :-)

Nie mogę się zdecydować gdzie ewentualnie przesiedzieć wakacje; Stany, RPA, Australia czy Nowa Zelandia? Gdzie byście polecieli, gdybyście mieli wybór? Trochę jestem w kropce. Wiem, wiem. Problemy pierwszego świata. xd

Obyśmy dzisiaj wygrali ze Szwajcarami! <3

Wczoraj z samego rana przywitały mnie fejsbukowe wieści o Brexit'cie i wiedziałam, że musi być to udany dzień. Był. I to bardzo. :-)

poniedziałek, 13 czerwca 2016

[121] Med student during Euro2016


To coś jakby ja. xD

Mimo tego, że wczoraj nie odpuściłam ani jednego meczu, dzisiejszy egzamin zdałam, ha 2:0 dla mnie! Odpukać w niemalowane, ale trzeci rok leci śpiewająco, może będzie to pierwszy bez żadnych drugich terminów. *.*
Chciałam niespodziewaną bramkę Polaków i bum, dostałam. :-D Niemcy z Ukrainą powinny skończyć się 1:1, Ukraina ładnie cisnęła i gdyby nie Boateng wybijający strzał z bramki, byłoby 1:1. Później niestety Schweinsteiger wszedł i dobił na 2:0. :-(
Dzisiejszy mecz Hiszpania-Czechy obstawiłam 2:1, ale jak na razie wcale się na to nie zapowiada.

Teraz chwila na odpoczynek i czas się uczyć farmy.



sobota, 11 czerwca 2016

[120] Let the hunger games begin

Na egzaminach na razie 1:0 dla mnie, interna zaliczona! Przede mną jeszcze immuny i farma, mam nadzieję, że pójdzie dobrze, bo mam bogate plany na wakacje i chcę żeby wypaliły.

Z farmakologii wyciągnęłam średnią 4,0, więc w razie W będę miała jeszcze extra szansę w lipcu, więc zawsze to coś. :-D Na diagnostyce laboratoryjnej przeorali nas jak mogli i jak myślałam, że przez wybrane studia ominie mnie pisanie prac licencjackich/magisterskich, tak musiałam napisać śmieszny raport, który miał grubo ponad 20 kartek. o.O Żeby nie było to oprócz tego pisaliśmy test zaliczeniowy, także katedra bioszki jak zwykle nie zawiodła. -.- Ale amen w pacierzu, że już na zawsze się nie zobaczymy!

Ten tydzień był tak straszny, że brak mi słów na opisanie go. Jeszcze w międzyczasie na ostatnią chwilę pisałam prace zaliczeniowe na fakultety, bo oczywiście trzeba było to zostawić na ostatni moment, jakże inaczej.

May the odds be ever in your favor. :)
Powodzenia na egzaminach!


poniedziałek, 6 czerwca 2016

[119] Demanding

W Szwajcarii obywatele nie chcą kasy na dzieci i większego zasiłku dla bezrobotnych, ach, coś pięknego, żeby ludzie tacy mądrzy w Polszy byli, a nie tylko daj i daj.

Jak przetrwam ten tydzień, to znaczy, że nie ma rzeczy niemożliwych. Jeszcze tylko w środę ostatni rajd po dobre oceny i można będzie odpocząć.

środa, 1 czerwca 2016

[118] Witty

- Guys, let me remind you, no smartphones are allowed! No Blackberries, no Raspberries, no Strawberries, no Blueberries and no Appleberries!

Kocham, po prostu kocham tego profesora. xD

czwartek, 26 maja 2016

[117] Reincarnation

Pewnie już kiedyś wspominałam, że wierzę w reinkarnację. Nie taką, która polega na odradzaniu się w drzewach/zwierzętach, ale taką, gdzie nasze dusze wracają do ludzkich ciał. Od czasów gimnazjum zastanawiam się nad cofnięciem do poprzedniego życia, ale trochę się boję tego, co mogłabym zobaczyć. Zdaję sobie sprawę, że większość z Was może uważać, że szerzę herezje, aczkolwiek bez względu na poglądy i wiarę o kierunku, w którym "nieśmiertelna dusza" idzie, czy to do tzw. nieba czy Nirvany czy wraca z powrotem na ziemię, polecam otworzyć się na różne tory myślenia, w wielu z nich jest sporo podobnych elementów.
Czytałam fragmenty książki profesora, który zajmował się przypadkami dzieci, które pamiętały swoje poprzednie wcielenia. 80% z tych przypadków udało się potwierdzić odnajdując rodziny/zapiski o osobach, z którymi identyfikowały się dzieci. Podobno znamiona, to ślad po śmiertelnych ranach, jakich człowiek doznał w poprzednim wcieleniu. Fobie też często związane są ze śmiercią bądź traumą. Niektórzy ludzie do nowego wcielenia zabierają stare umiejętności. Czas po jakim się odradzamy zależy od wielu czynników: naszej wewnętrznej potrzeby wypełnienia danego pragnienia, tego czy byliśmy dobrzy czy źli, Ci źli wracają praktycznie natychmiast, bardzo dobrzy ludzie, którzy poświęcili swoje życie innym, mogą być w zaświatach nawet wieki. Tutaj potwierdzałaby się moja teoria o tym, że życie na ziemi to tak jakby kara dla nas bądź szansa na wzbogacenie duszy w cenne doświadczenia, a samobójcy to osoby z większym przywiązaniem do tamtego świata i dusze, które na siłę zostały wypchnięte z powrotem na ziemię.

Odbiegając od tematu reinkarnacji; dużo myślałam na temat schizofreników. Zastanawia mnie czy to oby na pewno chorzy psychicznie ludzie, bo może po prostu widzą i słyszą więcej niż przeciętny Kowalski, a my niesłusznie uważamy ich za chorych tylko dlatego, że są inni? Może są to po prostu ludzie bardziej rozwinięci niż większość społeczeństwa? Dzieci też często mają swoich zmyślonych przyjaciół, może wcale nie są oni zmyśleni tylko po prostu zagłuszona intuicja dorosłych ludzi przestaje czuć byty wychodzące poza świat materialny? Jestem w stanie uwierzyć, że ci "zmyśleni przyjaciele" to nasze "anioły", bo każdy jakiegoś ma, nad każdym ktoś/coś czuwa. Mam nieodparte wrażenie, że to jak widzimy świat, wcale nie jest tym, jaki on w rzeczywistości jest. Wiele rzeczy jest przed nami ukrywane, oficjalnie krąży wersja, że UFO nie istnieje, to w takim razie po co Amerykanom strefa 51? Dlaczego ludzie, którzy twierdzą, że widzieli spodki są często zastraszani bądź trafiają pod opiekę psychologa, który natarczywie przekonuje ich, że niczego nie widzieli? Czemu Stany ukrywają, że Hitler wraz ze swoimi najwybitniejszymi ludźmi uciekł U-bootami do Argentyny i w 1947 roku FBI stworzyło notkę, że w styczniu '47 był w Brazylii gościem na jakimś balecie? Czemu nie mówi się o tym, że NASA wypełnione zostało hitlerowskimi naukowcami i ich lot w kosmos stał się możliwy m.in dzięki Braunowi, twórcy V2? Takich przykładów jest bardzo dużo. Najbardziej aktualny to chyba ten związany z ISIS. Trochę wcześniej 9/11 i śmierć Kadafiego. To straszne, że wszystko naokoło jest szyte tak grubymi nićmi, a najgorsze jest chyba to, że przeciętny szary obywatel nie ma najmniejszego wpływu na to, co rządy między sobą wyprawiają i może co najwyżej przyglądać się temu jak zło na świecie mnoży się w zastraszającym tempie.

No nic, czas wracać do nauki.

środa, 18 maja 2016

[116] Prop of internal diseases - practical exam

Egzamin praktyczny z interny mimo obaw przebiegł pomyślnie. Dostałam dwóch pacjentów, jeden z problemem płuc, drugi z sercem. W płucach astma oskrzelowa, z sercu stenoza zastawki aortalnej; dostałam olśnienia, w końcu zaczęłam słyszeć coś więcej niż tylko pum pum pum pum pum, sukces. xD Taka z siebie dumna byłam, że przez dwa dni nic i nikt nie był w stanie mi zepsuć nastroju! Później jeszcze wpadło kilka kontrolnych pytanek typu co powoduje obrzęk, jakie są abdominal signs, jak je sprawdzić, gdzie i co nam powiedzą, na co będzie się skarżył pacjent z astmą i kilka innych pierdołek tego typu, więc lajcik!

Choroby zakaźne ostatnio przeorały nas na całego. Biochemia wróciła i trochę rozłożyliśmy się na łopatki, wstyd na całego, ale podobno każde zajęcia tak wyglądają, więc trzeba się uzbroić na zaginanie. Na początku prowadząca super żarcikiem rzuciła "przepraszam za spóźnienie, to się więcej nie zdarzy, a wiecie czemu? Bo to moje jedyne zajęcia z Wami, kolejne będziecie mieli z kimś innym." Dobry humor z rana dał ogromną nadzieję na przyjemne spędzone 3 godziny zajęć.

Na diagnostyce laboratoryjnej robiliśmy pięć ćwiczonek związanych z krzepliwością, CRP i żelazem. Nuda, nuda, nuda. Biochemia część druga. Mieszanie, dolewanie, mierzenie, czekanie, czekanie, czekanie, (...) czekanie. Czasami nawet 40 minut bezczynności, bo się inkubuje jakaś probówka. Całe szczęście, że zostały jeszcze tylko 2 zajęcia. Podobno test końcowy rozwala na części pierwsze, ale tym martwić będę się potem... :-D

Farmakologia daje o sobie znaki. Na ostatnich zajęciach mieliśmy teścik, jako dziecko szczęścia idealnie się wstrzeliłam w pytania, więc jest nadzieja na zwolnienie z egzaminu z recepty, bo średnia powinna przekroczyć 4,0 bez problemu, hip hip hurra! Żeby nie było zbyt wesoło, w następnym tygodniu kolokwium z ostatniej części materiału. Plus jest taki, że zawiera to, co teraz pisaliśmy, więc będzie mniej nauki, minus jest taki, że CNS nie jest moją mocną stroną, więc obawiam się, że czasu może mi nie starczyć. [*]

Załatwiłam sobie termin na praktyki, jak co roku tryskam entuzjazmem..

wtorek, 3 maja 2016

[115] Infectious diseases

Wczoraj zaczęłam intensywnie rozmyślać nad tym, że bardziej powinniśmy się cieszyć tym, że jeszcze bezkarnie możemy świętować dzień naszej flagi, bo jeszcze trochę, a może przyjść dzień, kiedy ktoś stwierdzi, że go to obraża. o.O

Kilka dni temu wdałam się w dyskusję z murzynką, która twierdzi, że akt wandalizmu na jej samochodzie to wynik rasizmu. xd Może i tak, ale aż mnie dupa boli, kiedy widzę, że zaczyna się w Europie dziać to, co w Stanach. [*] Czarnoskóry nie zdał testu - rasizm nauczyciela, czarny pracy nie dostał - rasizm pracodawcy, a nie brak wykwalifikowania. Czarny wyciągnięty do odpowiedzi - rasizm. Czarny złapany przez policję - rasizm. Wszystko jest rasizmem. To samo teraz, dziewczyna nie złapała sprawcy, ale na 100% to przez jej kolor skóry i cały kraj jest automatycznie gówno wart. >.<'' Szkoda, że ten rasizm nie działa, kiedy białemu ktoś auto zepsuje. xd Zawsze poszkodowani są tylko nie-biali. Świat jednak nie potrafi balansować na równi, szala zawsze musi przechylić się w którąś stronę; najpierw czarni byli tyrani, za niedługo biali będą. W sumie już teraz wolność słowa działa tylko w jedną stronę, ech.. :D

Na zakazach tylko wiatrówki i mononukleozy, więc trochę nuda. Czasami trafią się niemowlaki matek z HIV na diagnostyce i tyle. W sumie nigdy wcześniej nie widziałam nikogo, o kim wiedziałabym, że ma HIV. Myślałam, że to zmarnowani życiem ludzie, którzy wyglądem prawie przypominają zombie, a tu zdziwko, taki obraz ma się nijak do rzeczywistości. W większości normalnie wyglądający, utrzymani ludzie. Mieliśmy przypadek nastolatki, która postanowiła przestać brać leki i przez 3 miesiące ich nie brała, potem mama zorientowała się, że tabletki nie znikają, szybko przyleciały do szpitala, w szpitalu badania, wyszło, że ma za wysoki viral load, lekarze przekonali ją by z powrotem zaczęła brać leki, wróciła do domu. Po niedługim czasie z powrotem trafiła do szpitala, znów badania, viral load jeszcze większy niż ostatnio (coś ponad 3000, gdzie norma jest <50.) Okazało się, że się wirus uodpornił no i nie wiadomo co z dziewoją będzie.
Przed każdymi zajęciami robią nam test na 10 pytań i trzeba to zdać, aby nie dostać -1 punkta do egzaminu. Jedno z pytań było o zapalenie oskrzelii; co jest pierwszą linią leczenia, no to zadowolona, że wiem, piszę amoksycylina z kwasem klawulanowym. I sru, klops. Zapalenie oskrzeli najczęściej spowodowane jest przez wirusy, więc żadnego antybiotyku się nie daje. >.<' Nienawidzę takich podchwytliwych pytań. xd

Na diagnostyce laboratoryjnej sprawdzaliśmy sobie grupy krwi, potem pacjentów X, a potem jakieś ćwiczenie, które do tej pory nie wiem, co miało na celu, ale trochę zajęło i wynik nam bardzo mocno minął się z oczekiwanym. xD Wspomnienia z biochemii wracają. <3

Mam nadzieję, że na kole z immunów poszło mi celująco. Jeżeli nie chcę pisać przeklętego kolokwium podsumowującego, muszę zdać bardzo wysoko. :-| Nie cierpię tego przedmiotu, bleh. A podobno jest lepszy niż genetyka. Dałabym wiele, by genetykę robić drugi. [*] Ale dla pocieszenia; zostały mi jeszcze tylko ostatnie zajęcia i papa!

Z farmakologii dostałam piąteczkę z recepty, badum tsss! Jeszcze tylko jedno kolokwium i zacznę stresować się egzaminem.

Onkologia się skończyła, teścik końcowy był całkiem spoko, praktycznie wszystko to, czego nauczyli nas na genetyce. xd

EDIT [4.05]: Czika czika bum! Jestem zwolniona z immunów, dostałam maxa, świat jest piękny!! :-D Do zobaczenia na egzaminie. <3

Zapomniałam wspomnieć o tym jak wyglądały zajęcia z onkologii. Dostawaliśmy fantomy i badaliśmy piersi (były różne rozmiary!), jądra, i odbyty oraz ocenialiśmy zmiany skórne w kierunku melanomy. Było bardzo fajnie, prowadzący był do tego stopnia wzorowy, że aż kilkakrotnie myśl czy by może nie odwiedzić go na kole, przemykała niezmęczona.



sobota, 23 kwietnia 2016

[114] Emotional break down

Powoli czuję oddech zbliżającej się sesji i oczywiście coraz większy brak sił na naukę. Tak jak się ostatnio opieprzam, to już daaawno nie było. Ta luka między kołami nie działa dobrze, zamiast się uczyć, zajęłam się pracą. Z immunologii zostało mi do napisania ostatnie kolokwium, pediatrię już zakończyłam, z interny mamy jeszcze ostatnie zajęcia. Niedawno zaczęłam choroby zakaźne, zaraz wjedzie diagnostyka laboratoryjna, onkologia się kończy za tydzień, a za miesiąc koniec końców, czyli wakacjo-praktyki, szok. Towarzyszy mi nastrój typu "nic się nie uda, będzie strasznie." :-| Niby nie powinno być źle, bo daty egzaminów szczęśliwie porozkładane mam z odstępem dwóch tygodni jeden od drugiego, ale znając życie to niewiele pomoże. xd

Mieliśmy ciekawy przypadek. Półtora roczny pacjent z przetoką przełykowo-tchawiczą, zarośniętym odbytem i przetoką pęcherzowo-jelitową, a jakby tego było mało jąderka mu nie zeszły z jamy brzusznej. Operacje ma co trzy miesiące z racji, że przetoki tworzą mu się na nowo.
Kolejną pacjentką była trzyletnia dziewczynka ze sporą anemią. Na pytanie jak wygląda dieta dziecka, mama odpowiedziała, że je mleko. No wonder she's got anemia. :-))

Rozmawianie z onkologicznymi pacjentami nie jest wcale takie proste. W wywiadzie wszystko sprowadza się do raka i niezręcznie się czuję zadając pytania.
 


czwartek, 7 kwietnia 2016

[113] Spring break

Jakby komuś przyszło do głowy narzekać na polskie szkolnictwo, to powiem Wam, że powiedzenie "zawsze może być gorzej" i w tym wypadku ma pokrycie. W Japonii dzieci w szkole spędzają praktycznie całe swoje życie i tu nie żartuję wcale. W normalnej szkole siedzą od 8-15, a później idą do drugiej - tej niepublicznej - w której odrabiają zadania domowe ze szkoły publicznej i wyprzedzają materiał, który jest w niej wykładany, a do domu wracają jakoś 21-22. No i oczywiście noszą mundurki. Wszyscy.




Zabytków wbrew pozorom im brak. Wszędzie tylko świątynie i ogrody, generalnie nic poza tym. Podczas całej tej wycieczki zabytki mogę wyliczyć na palcach jednej ręki. Najbardziej podobał mi się pałac, który został zaprojektowany w taki sposób, że grała w nim podłoga i tylko "pałacowi" wiedzieli jak się poruszać, by podłoga grała jak powinna. Gdy po pałacu rozchodził się inny dźwięk, wszyscy wiedzieli, że nieznajomy/wróg jest na jego terenie. :-D Mechanizm kozak i działa do dziś!




Wiśnie!


Pobiegałam po muzeach, góry zaliczyłam, przejażdżki najszybszymi pociągami świata też, ciekawe przeżycie. Czuć jak pociąg wisi na magnesach i nawet głowa od prędkości trochę boli. Próbowałam robić zdjęcia, ale wychodzą tragicznie. Fudżi miałam na pięknym kadrze, ale prędkość za duża. :-(









Takie party jest nawet wśród biznesmenów w garniakach...

Riksza




Mam kilka tysięcy zdjęć, jeśli chcecie, mogę wrzucić więcej. :-) W Hiroszimie nie robiłam zdjęć, bo trochę bez sensu. Metalowe szkielety budynków i wielki płacz co się ludziom stało, zero wzmianki o tym, że na ich własne życzenie oczywiście. W Kyoto spaliśmy w hotelu wzorowanym na bardzo dawnych czasach i spaliśmy na podłodze. :-D Gdzieś indziej jedliśmy na klęczkach, żarełko takie sobie, za sushi nie przepadam, więc w raju nie byłam. Tokio podobało mi się najbardziej.

~*~

Po dwóch tygodniach powrót na uczelnię był bolesny. Dwa kolokwia z farmakologii na dzień dobry, ale w kościach czuję, że zaliczyłam, obym się nie myliła. :-D Immuny nudne jak zwykle, na pediatrii ciężkie przypadki, ale opiszę je następnym razem. Ciężko w to uwierzyć, ale to już praktycznie koniec 3 roku.. ;-o

niedziela, 20 marca 2016

[112] Ain't easy

Zapisałam się na bieg orientacyjny po uczelniach w mieście i jednym z zadań było bieganie w podziemiach, szukanie wskazówek, rozwiązywanie zagadek, odkodowywanie urządzeń, których nazwy nie znam, a którymi zajęli się znajomi kierunków ścisłych. :-P Było dużo kolorowych kabelków, lampek i przycisków. Fajnie było. Przez pół dnia poruszaliśmy się na wpół zgięci, kilka razy przywaliliśmy głowami w rury i inne wystające rzeczy. Staraliśmy się mijać pełno głębokich dziur, które w ogarniającej ciemności zdawały być się wejściem do kanałów/piekieł. xD Aż dziw, że ktoś wyraził zgodę na takie coś bez obecności żadnych opiekunów i cud, że nikt niczego sobie nie złamał, nikt nie zaginął, nikt nigdzie nie wpadł i nikt niczego sobie nie rozciął. Trochę przerażały mnie trutki na szczury i fakt, że dużo rur biegło tuż nad nami. Fantastycznie rozwinięta wyobraźnia jak zwykle nie zawiodła i tylko czekałam aż obleśny szczurek skoczy mi za kołnierz. xd Po wielu godzinach zabawy mieliśmy zaszczyt spotkać legendę jednej z uczelni. Trochę wątków historycznych na koniec i mogliśmy rozejść się do domów.

Na pulmonologi znów mieliśmy zaszczyt przeprowadzać wywiad z pacjentem typu gaduła. Był niestrudzony tym, że dostał już kolejne pytanie; nadal odpowiadał na to pierwsze, bo przecież historii jeszcze nie dokończył opowiadać. xd Zaczepiał naszego wymieńca z Brazylii, że jego żona też plecie sweterki. xD

Na pediatrii miałam okazję poczuć się trochę jak pedofil. Pierwszy raz w życiu rozbierałam małego chłopca i sprawdzałam jego genitalia, i trochę nieswojo się z tym czułam. Całe szczęście chłopiec wcale się nie wstydził, zagadałam go Sponge bobem i Patrykiem, i skończyło się na przybiciu żółwika. Później nawet odnalazł mnie na korytarzu, bo chciał pokazać jedną ze swoich zabawek. <3

Na internie mieliśmy pana ze sztuczną zastawką i panią z rozrusznikiem. U pana był szmer nad zastawką mitralną, u pani było coś nie tak z zastawką pnia płucnego. Jak z płuc zostałam okrzyknięta ekspertem, tak w sercu nic nie słyszę. -.- Dołuje mnie fakt, że egzamin praktyczny zbliża się nieubłaganie i mam coraz mniej czasu na cudowne olśnienie, a znając życie, pewnie dostanę pacjenta z problemem sercowym, więc mało śmiesznie będzie, gdy obleję. :-|

Z farmy mam wszystko pozdawane, a na maxa czuję się w tyle. Z immunów na ostatnich zajęciach mieliśmy teścik, ale że szczęśliwie go zaliczyłam, to 1:0 dla mnie. :-D

Strasznie zalatana jestem. Ten semestr miał być spokojny i luźny, a jest zupełnie odwrotnie. 9h pracy tygodniowo mnie wykańcza, więc zaraz po powrocie do domu padam na twarz i nic ze mnie nie ma. Nie mam czasu na znajomych i coś mnie strzela, gdy widzę jak inni, za przeproszeniem, srają czasem. Jest jednak plus. Lubię, gdy czas szybko mija i nie mam czasu się nudzić. Minus jest taki, że nie jestem zaangażowana w żadne organizacje studenckie, koła naukowe, itp. Nie, że pcham się do takich aktywności, bo akurat stronię od tego uważając, że jeszcze za mało wiem, aby jakiekolwiek prace naukowe pisać. Do tego dochodzą też ludzie, którzy mam wrażenie, że ścigają się ze szczurami, więc atmosfera mnie nie zachęca. Najwyżej potem będę pluła sobie w brodę.



sobota, 5 marca 2016

[111] Love being a student

Na pediatrii przerobiliśmy morfologię wzdłuż i wszerz i w końcu wiem co się kryje pod niektórymi skrótami. Omówiliśmy trudne przypadki pacjentów tj. dziecko z anemią i np. zapaleniem płuc. Co najpierw leczyć, a co zrobić w przypadku super extra ostrej anemii i choroby bakteryjnej. Uwielbiam tę prowadzącą, jest super! Szkoda, że wszyscy tacy nie są, bo niestety na większości zajęć strach pytania zadawać, przecież "to już było!"

Na pulmonologii ordynator zrobił nam przepytkę z prześwietleń klatek piersiowych. Trochę śmiechu było jak po odpowiedzi każdego z nas przedstawił nam poziomy wiedzy studentów:

poziom I - patrzę i nie wiem na co patrzę, bo nic nie widzę
poziom II - patrzę i coś widzę, więc stwarzam rzeczy, których na prześwietleniu nie ma
poziom III - patrzę i wiem, co widzę

Reasumując: jesteśmy wszyscy na poziomie II. xD Oglądaliśmy przypadek sylikozy, który mimo zaprzestania pracy w kopalni kamienia, nadal postępował. Potem jakaś zakonnica z wszystkim możliwym, co tylko można mieć w płucach, nawet jej zdjęcia dostaliśmy do ręki i wyglądała średnio; biała jak ściana, wyłupiaste oczy i kości twarzy tak mocno zaznaczone, że aż oczy bolały. Zapytani o to, co widzimy, powiedzieliśmy, że tu i tu są cavities, na co ordynator rzekł "right, these are called student's cavities, they don't exist." xD Okazało się, że to po prostu powietrze w zbiegającym się łuku żebra pierwszego i drugiego. *ok*

Na internie trafiła nam się pacjentka gaduła jakiej świat jeszcze nie widział. Dostaliśmy 10 minut na przeprowadzenie wywiadu, phi, co to dla nas, już tyle razy to robiliśmy. :-D Pierwsze pytanie "z jakiego powodu trafiła pani do szpitala" i zaczęły się schody. Opowieść godna baśni Andersa i braci Grimm. Dosłownie coś w tym stylu "13 grudnia wieczorem, około godziny 20 poczułam ból. Nigdy takich bóli nie miewam, dlatego też przestraszyłam się." Mimo, że opowieść wydaje się bogata w szczegóły, tak naprawdę nic w niej nie było. Na pytanie jakie leki przyjmuje, dostaliśmy wodospad niepotrzebnych informacji o tym, że w karetce podali jej jakiś lek, który podwyższa potas i czy my o tym wiemy, że ten lek tak działa, bo ona nie wiedziała, blablabla. Summa summarum w 10 minut dowiedzieliśmy się tylko ile ma lat, że ma wielkie nadciśnienie (240 na ileś tam!), rodzice byli sercowcami i z tegoż też powodu zmarli, a ona miała operację uszu. Później przypadkiem okazało się, że ma schorzenia, o których nie raczyła wspomnieć, bo po co. Przyszedł lekarz prowadzący i powiedzieliśmy, że no niestety nie dało się, to później na korytarzu rzucił tylko "i wyobraźcie sobie takiego pacjenta w przychodni, gdzie macie na niego 15 minut." xD

Na immunologi oczywiście nie obyło się bez ekscesów. Zapytali trzy osoby, wszyscy pomyśleli uff koniec. Szepnęłam do znajomej obok "zaraz spyta kogoś jeszcze, zobaczysz." BAM! Rzeczywiście pytali dalej. Na kogo padło? Oczywiście, że na mnie. Na szczęście wybrnęłam z opresji i mam to już za sobą, więc mogę się chyba trochę rozleniwić? :-D

Na farmakologię dotarło tylko 6 osób, bo jakiś wypadek był i trochę śmiesznie, bo dziewczyny z drugiej grupy wpadły na zajęcia z interny z poharatanymi rękami i zapytaniem czy ktoś je opatrzy. xD Nie ma to jak determinacja dotarcia na zajęcia.

Doszłam do wniosku, że w momencie kiedy te studia się skończą, moje życie też się w pewnym sensie skończy. Pewnie brzmi to jak problemy życiowe nastolatki, ale gdy się na to spojrzy trochę dokładniej, postać rzeczy się zmienia. Nie będzie już tyle śmiechu, śmiesznych sytuacji, okazji do widzenia się; wszyscy porozjeżdżają się po różnych zakątkach świata i tyle. Strach pomyśleć, że połowa drogi już za nami. Chyba zostanę wiecznym studentem. :-DD

niedziela, 28 lutego 2016

[110] 6th semester has already started

Pierwsze koty za płoty z immunów poszły. Trochę przeraża mnie ich system, bo pomimo 3 kolokwiów będziemy mieć też jakieś koło podsumowujące tuż przed egzaminem. Nie jestem w stanie zrozumieć sensu tego, ale pewnie działa to w myśl zasady; im więcej testów, tym więcej szans na oblanie studentów. xD Co zajęcia pytają randomowe trzy osoby i można zgarnąć słynne "no credit", później latać za asystentami i błagać o wyznaczenie terminu zaliczenia tych zajęć, bo przecież arcy trudne jest wyznaczenie godzin konsultacji dla wszystkich. :-D Ostatnio 3h kwitliśmy w klasie, myślałam, że usnę. Coś mi slajd nie wyszedł, bo pod mikroskopem limfocyty flołtowały jak śnieg w zimie. xD

Na pulmonologii chodzimy w maseczkach. Pierwszy raz miałam okazję oglądać wyniki CT scanu, na początku była to czarna magia, potem okazało się nawet ciekawe! Czuję, że będzie z tym przedmiotem ostro; zajęcia ma z nami sam ordynator. ;x

Z interny mamy nowego prowadzącego. Taki słodki człowiek. <3 Lubi temat diagnozowania, więc w końcu ktoś nas nauczy co, gdzie i u kogo, bo do tej pory zazwyczaj skupieni byliśmy na powodach i przebiegu choroby, już niekoniecznie na leczeniu.

Na pediatrii w końcu zaskoczyłam rozpoznawanie brzmienia płuc, bo do tej pory wszystkie niepoprawne dźwięki zlewały się w jedno, a teraz jako jedyna zdiagnozowałam dziewczynkę, więc uważam to za niebywały sukces! xD W ogóle mieliśmy też przypadek trzylatki, która nadal była karmiona tylko mlekiem i wielkie zdziwnie, że ma anemię... *ok*

Egzamin z farmy ustalono nam na ostatni dzień sesji... Nie skomentuję tego. Powód? Bo wcześniej było wcześnie (zawsze sesję kończymy na początku czerwca) i dużo ludzi oblewało, więc profesor wpadła na pomysł, że da nam więcej czasu. :-(

Po szczegółowym przegladnięciu planu, stwierdzam, że dotychczasowy rekord długości zajęć pobija diagnostyka laboratoryjna z wynikiem 5h!!! Na takie ćwiczenia chyba trzeba zabrać ze sobą śniadanie, obiad i kolację... Żeby nie było, oczywiście będę je miała na koniec semestru, tuż przed sesją, coby za łatwo nie było przygotować się do niej. *ok* Nie wiem czemu w ogóle mnie to dziwi.



wtorek, 9 lutego 2016

[109] The Universe has its way

Kilka dni temu napisałam, że u mnie sesja dobiegła już końca i jako pierwsza w historii zakończyła się na pierwszych terminach. Wcale nie zarywałam nocy. Spałam po 8-12h. W międzyczasie dwa dni przed egzaminami zachorowałam na dobre, więc nawet nie było czasu na powtórki. Chyba od teraz będę inaczej podchodziła do egzaminów. Nie można dać się zwariować, a chyba im bardziej nam zależy, tym bardziej wiatr wieje w twarz. No chyba, że to rzeczywiście ten bekon z facebooka, którego trzeba było polubić w 10 sekund, aby zdać sesję za pierwszym razem. xD
Trzeba wierzyć w swoje siły i szczęście. Jestem wielką fanką teorii, że sami kierujemy losem. Wyobraźcie sobie, że na ustnym egzaminie spośród 200 możliwych pytań, modliłam się o swoje ulubione i bam, 0,5% szans na wyciągnięcie odpowiedniego kartonika stało się rzeczywistością. Dzień przed egzaminem rozmawiałam z przyjaciółką ze Stanów i pocieszała mnie, że "the Universe has a way of making sure things work out how they should." Miała rację.

Będę tęsknić za prowadzącym terminatorem z dermatologii. Polubiłam tę katedrę mimo, że ani egzamin praktyczny ani teoretyczny nie były za przyjemne. Na praktyku trafił mi się pacjent niezdiagnozowany, prawdopodobnie z rakiem, którego nazwy nawet google nie wyszukuje, więc wtf? Egzamin z higieny i epidemiologii jakimś cudem zaliczyłam, choć nie wiem jak to się stało, bo jak się okazało; osobno trzeba było zaliczyć część z higieny, osobno z epidemo. xD Było zadanie z liczenia ryżu wyhodowanego na hektarze ziemi i trzeba było powiedzieć dla ilu osób na rok go starczy... :-D To chyba po to, abym miała jak zagadać swojego przyszłego pacjenta aka rolnika. Oceny oczywiście nadal nie znam, bo pani profesor dorównująca wiekiem Gandalfowi nie obsługuje komputerów, więc ocenę poznam dopiero, gdy index trafi z powrotem do rączek właścicieli, klap klap.

Trzymajcie się i wypoczywajcie!

piątek, 22 stycznia 2016

[108] Stevens-Johnson syndrome

Chyba jakieś dobre moce czuwają nade mną, bo kolokwium, które chciałam rozwalić jak Polacy Francuzów, napisałam tak, że jako jedyna je zdałam, wow.
Oby w poniedziałek poszło mi równie dobrze.

Na dermatologii mieliśmy pacjenta ze Stevens-Johnson syndrom, który dostał leki na łuszczycę rozpisane na trzy miesiące, ale że stwierdził, że nie będzie pamiętał, aby je brać przez tyle czasu, to wziął je wszystkie na raz i po kilku dniach wylądował w szpitalu. Ludzie to jednak mają myślenie ciekawe. xd


wtorek, 19 stycznia 2016

[107] Let it be victorious

Chciałabym napisać jutrzejsze kolokwium tak, jak przed chwilą nasze szczypiorki rozwaliły Francję. :-D Piękny mecz!!

sobota, 9 stycznia 2016

[106] Something's missing


JAKOŚ to będzie.
Przez cztery dni z rzędu będę miała arcy ważne kolokwia.
Oczywiście przygotowuję się do nich tak, że aż się kurzy. *facepalm*

W końcu znam daty wszystkich egzaminów. Sesję powinnam skończyć na samym początku lutego, więc całkiem ładnie. Może uda mi się gdzieś wyrwać w ferie. *.* O ile wszystko pójdzie gładko, w co szczerze wątpię, będę miała dwa tygodnie na byczenie się. W marcu kolejne dwa, świat jednak potrafi być piękny! xD

Od tygodnia zaglądam do naszej ultra zajebistej biblioteki i szukam pewnej boskiej książki do pediatrii, której nie kupiłam, bo plotki głosiły, że da się przeżyć bez, a okazało się, że nie z moimi prowadzącymi. >.< Teraz nie zdąży ona do mnie dojść, więc tylko biblioteka jest w stanie mnie uratować, ponieważ żaden PDF, ani nawet jego połowa, nie krąży w sieci. [*] Żeby nie było zbyt pięknie; w bibliotece albo jakaś ciućma odłożyła to w nieodpowiednie miejsce albo jakiś łobuz ukradł ów egzemplarz. ;/ Tak czy owak książki nie ma, a ja jestem w czarnej de.

Z genetyki kolokwium napisałam najlepiej ze wszystkich dotychczas. Mało tego! Miałam drugi wynik na roku, ha!