Weszliśmy na salę, w której w półokręgu na wzniesieniach stoimy i oglądamy jak technik i lekarz bawią się z "trupkiem". Na kamiennym stole leżał już zaszyty sznurkiem (!) pan, więc wzięli go rzucili na metalowe łóżko (odłos jaki towarzyszy walnięciu czachą w ścianę możecie sobie wyobrazić) i wywieźli, aby w czarnym worku wwieźć nowego pacjenta - nawijmy to tak. Wcześniej jak przychodziliśmy, to pacjent już był gotowy na stole i nie mieliśmy okazji oglądać sposobu w jaki obchodzą się z ciałami. Nie uważam, aby to było złe, bo rozumiem, że we dwie osoby unieść 100kg osobę nie jest łatwo, ale to jebut głowy o kamień nie było miłe. ;<
Obaj panowie mieli otwarte oczy, więc jak stałam w rzędzie na wysokości stołu, to pan patrzył sobie na mnie swoimi niebieskimi oczami, których nienawidzę, bo same z siebie wydają mi się martwe.
Zmarł kilka dni temu, przywieziony ze szpitala. Był alkoholikiem, palaczem, miał ephysemę, brain oedema (bo mózg był kleisty), psoriasis, ogromnie powiększoną wątrobę, jakiś stan zapalny (z krwi to wyszło, a potem potwierdziło się, bo znaleźliśmy to w nerce), anemię, zapalenie płuc i z nadnerczami było coś nie tak, jakieś ciut małe się okazały. Dolegliwości sporo, ale mimo wszystko przyczyny zgonu nie znali. Był bezdomny i dałam mu lat 70, a okazało się, że miał 51, także możecie sobie wyobrazić jaki był zniszczony. Chudziutki jak patyczek, to wiadomo. Jak na swój styl życia, to zmarł tak, jak każdy by chciał - we śnie.
Najpierw technik rozciął mu skórę z głowy i naciągnął ją na twarz, aby móc przepiłować czaszkę, coby dostać się do mózgu. Podnieciłam się z kolegą z grupy strasznie, bo jak wyciągał mózg, to po odchyleniu go od czachy, widać było optic chiasm, optic tract i olfactory tract, COŚ PIĘKNEGO zobaczyć to na żywo, a nie w atlasie! Wcale nie jest żółte jak Sobotta i Thieme pokazują, tylko białe. :-P Przynajmniej u tego pana. Porozcinaliśmy mózg, który wygląda jak marshmallow i doszliśmy do wniosku, że miał w nim odmę i coś szarego na powierzchni, co nie wiadomo, czym mogło być. Potem technik rozciął skórę na klatce piersiowej, wyciął obojczyki i dobrał się do żeber, a posłużył się do tego nożycami do blachy. Dźwięk (szczękanie) - wrażenia nie do zapomnienia, aż mnie zaczęło boleć, choć w sumie nie robi to na mnie wrażenia, bo to w końcu coś, co chcę w przyszłości robić. Wyjęliśmy wszystko ze środka (chyba ostatnio wspominałam, że kolejnym cudnym przeżyciem jest oglądanie jak technik ciągnie za tchawicę i wyrywa ją wraz z przełykiem z językiem na szczycie i potem kładzie na takim kratkowanym stole, krew skapuje, płuca fajnie się rozpływają) i zabraliśmy się za oddzielaniem messentery od jelit. Trochę zabawy było, bo jelita krótkie nie są.
Oglądanie organów zaczęło się od rozcięcia przełyku, tchawicy i oskrzeli, aby potem rozciąć płuca na połówki i zobaczyć, co w nich się działo (u nas wyszło zapalenie lewego płuca.) Dużo krwi się polało, bo to mocno ukrwiony organ. Potem było serce, odcięliśmy apex (sprawdzaliśmy czy mięsień sercowy był odpowiedniego koloru i grubości, bo zmiany świadczą o różnego rodzaju przypadkach typu zawał, zapaść itd), pozaglądaliśmy do coronary arteries (takie tyci nożyczki do rozcinania służą ku temu.) Wcześniej jeszcze thyroid gland sprawdzaliśmy (rozmiar, etc), potem nadnercza i nerki (tu też powinno być dużo krwi, ale u nas nie było, co pewnie było spowodowane anemią), żołądek, śledziona i wątroba, która w sumie też była suchutka, a powinna wylewać się z niej mocno krew. Była tak duża, że waga nie miała aż takiej skali, by dobrze ją zważyć. xdd Następnie zamykaliśmy oczy, bo przyszedł czas na woreczek żółciowy :D (można oślepnąć, jeśli dostanie się jego zawartością w oko) Oczywiście skrzywienie z biochemii i zaczęliśmy się pytać o primary bile acids itd. xdd Na końcu oglądaliśmy pęcherz i jelita, ale tu nic spektakularnego nie znaleźliśmy. Podobało mi się jak technik KUCHENNĄ CHOCHLĄ wypompowywał krew z dna klatki piersiowej. W ogóle przyrządy do sekcji są rodem z kuchennych rewolucji. Noże, noże i jeszcze raz noże, nożyczki, chochle..
Potem zaszywaliśmy pana ooooooooogromną igłą ze sznurkiem, którym czasami paczki są okręcone, także to też było szokujące, przynajmniej dla mnie. Oczywiście wszystkie organy były byle jak wrzucone do "dziury", która pozostała po tym jak całą zawartość wyjęliśmy na kamienny stół. Kawałki organów zostały pobrane na mikroskopy, więc patomorfolodzy będą mieli co robić. :-P
Podsumowując: rozcinana czaszka pachnie jak borowanie u dentysty, smród nieboszczyka niby nie jest jakiś super przyjemny, niektórych muli, a gwiazdy roku smarowały nosy jakimiś rozgrzewającymi, miętowymi maściami, ale dla mnie to dziwne, bo po 3 minutach nos przyzwyczaja się do zapachu i nie czuć tego charakterystycznego smrodu.
A wiecie co jest najlepsze? Że zgadałam się z doktorem i powiedział, że jak będą sekcje, to będzie po mnie dzwonił, to będę mogła sobie sam na sam z nim pociąć, jak studentów nie będzie. <333 BOOOSKO!! Będę miała okazję z bliska zobaczyć, czy to co skierowało mnie na medycynę, to to, co będę robiła w przyszłości. Jestem mega zajarana! Inni jak słyszeli, że umawiam się z nim, też próbowali się podczepić, ale dzielny doktorek schował kartkę z moimi danymi i wyszedł z sali. :-D Nie to, że jestem samolubem, no ale uważam, że to coś w stylu "ooo zapiszę się też, a potem będę miał w dupie." albo "poudzielam się dla samego poudzielania, kij, że średnio mnie to interesuje i zatykam nos, bo trup wali".
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą patomorfolofia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą patomorfolofia. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 2 marca 2015
wtorek, 25 listopada 2014
Autopsy & Mockingjay
Kilka dni temu miałam zaszczyt uczestniczyć w autopsji. Dość czynnie, ponieważ do krojenia wyrwałam się jak głodny po muffina. Piłowanie czaszki zrobiło na mnie wielkie wrażenie. Mózg w środku rzeczywiście wyglądał jak w atlasie, nawet rozpoznałam lateral ventricle, w dotyku miękki, wydawał się jak marshmallow. Otwieranie klatki piersiowej i trzask rozcinanych żeber, to drugie wow z mojej strony. Na koniec widok wyrywanej tchawicy z wiszącymi poniżej płucami, a przełykiem i językiem powyżej - to mnie trochę przeraziło. Potem rozcinałam serce, oglądaliśmy tętnice, które po opłukaniu są żółte niczym ropa *.* Nerki, płuca i wątroba po rozcięciu ociekały krwią. Przy opróżnianiu woreczka żółciowego musieliśmy się obrócić na wypadek, gdyby zawartość miała strzelić komuś do oka, co oślepia. Po wyciągnięciu wszystkich wnętrzności klatka piersiowa wygląda bardzo okazale. Wydawała się być wyrzeźbiona.
Mężczyzna, którego mieliśmy na autopsji miał obtłuszczoną wątrobę, krew w żołądku i jelitach, nazbyt dużo krwi w płucach, ładne tętnice i przełyk, prawdopodobnie żółtaczkę i zmiany w mięśniu sercowym, co wstępnie świadczyło o zawale. Nic o nim nie było wiadomo, rzekomo 5 dni gdzieś leżał (raczej w domu, bo był zadbany; ładnie podgolony, miał poobcinane paznokcie), ledwo został przywieziony do szpitala i tuż przed zrobieniem badań zszedł. Miał 42 lata.
Doktor, z którym mieliśmy autopsję postanowił jeszcze pooglądać jądra. Panowie przechodzili bardzo ciężkie chwile w momencie ich przecinania. :D
Byłam na maratonie Hunger Games, obejrzałam premierę Mockingjaya i powiem Wam, że jak czytałam książkę, to byłam bardziej niż pewna, że piosenka o wisielcach, którą śpiewała Katniss, będzie sucharem. Mocno się zdziwiłam. Nie mogę przestać tego słuchać. W kinie płakałam wiele razy. Zwłaszcza, kiedy lud szedł zniszczyć tamę i śpiewali. Myślę, że Igrzyska Śmierci to mój drugi Harry Potter, z tą różnicą, że HP nie był aż tak wzruszający. Możliwe, że próbuję przyrównać Igrzyska do sytuacji pewnych państw i wydarzeń historycznych. Cały czas stawiam się obok głównych bohaterów, co najmniej jakby dotyczyła mnie fabuła. Mam chłopaka, który zachowuje się jak Peeta, kiedyś całkiem dobrze strzelałam z łuku, w Stanach jeździłam na zawody i zajmowałam naprawdę wysokie miejsca; szukam podobieństw. Podczas oglądania przy zbliżeniach na strzały Katniss czułam przyspieszone bicie serca, jakbym to ja miała zaraz strzelać. Mam wrażenie, że czasami jestem zbyt emocjonalna. Też tak macie, że czujecie się częścią jakichś filmów/książek?
Mężczyzna, którego mieliśmy na autopsji miał obtłuszczoną wątrobę, krew w żołądku i jelitach, nazbyt dużo krwi w płucach, ładne tętnice i przełyk, prawdopodobnie żółtaczkę i zmiany w mięśniu sercowym, co wstępnie świadczyło o zawale. Nic o nim nie było wiadomo, rzekomo 5 dni gdzieś leżał (raczej w domu, bo był zadbany; ładnie podgolony, miał poobcinane paznokcie), ledwo został przywieziony do szpitala i tuż przed zrobieniem badań zszedł. Miał 42 lata.
Doktor, z którym mieliśmy autopsję postanowił jeszcze pooglądać jądra. Panowie przechodzili bardzo ciężkie chwile w momencie ich przecinania. :D
Byłam na maratonie Hunger Games, obejrzałam premierę Mockingjaya i powiem Wam, że jak czytałam książkę, to byłam bardziej niż pewna, że piosenka o wisielcach, którą śpiewała Katniss, będzie sucharem. Mocno się zdziwiłam. Nie mogę przestać tego słuchać. W kinie płakałam wiele razy. Zwłaszcza, kiedy lud szedł zniszczyć tamę i śpiewali. Myślę, że Igrzyska Śmierci to mój drugi Harry Potter, z tą różnicą, że HP nie był aż tak wzruszający. Możliwe, że próbuję przyrównać Igrzyska do sytuacji pewnych państw i wydarzeń historycznych. Cały czas stawiam się obok głównych bohaterów, co najmniej jakby dotyczyła mnie fabuła. Mam chłopaka, który zachowuje się jak Peeta, kiedyś całkiem dobrze strzelałam z łuku, w Stanach jeździłam na zawody i zajmowałam naprawdę wysokie miejsca; szukam podobieństw. Podczas oglądania przy zbliżeniach na strzały Katniss czułam przyspieszone bicie serca, jakbym to ja miała zaraz strzelać. Mam wrażenie, że czasami jestem zbyt emocjonalna. Też tak macie, że czujecie się częścią jakichś filmów/książek?
Subskrybuj:
Posty (Atom)