Siedzimy na patofizjologii i jak zawsze zanudzamy, bo co tydzień prezentacje lecą jedna po drugiej aż nagle każdy między słowami wyłapuje rozmowę o prostaglandynach.
Student: So there are two COX'es, COX-1 & COX-2.
Nauczyciel: What can you tell us about cocks?
(Niestety wymówił nie tak jak trzeba i wyłapaliśmy kutasa, także zapanowała wszechogarniająca konsternacja i śmieszki hiszki.)
W poniedziałek czeka mnie kolejna autopsja, hip hip hurra!!! Na mikrobiologii dwa tygodnie temu miałam bekę, bo oglądaliśmy Aspergillus'a Niger'a i ofc musiałam zarzucić "Aspergillus Murzyn", więc ten no, brawo Leila. Ale przynajmniej wszyscy na praktycznym będą pamiętali, że jak czarne, to tylko Aspergillus. xD
Przepisało się do nas kilka osób z Łuuukrainy i trochę dziwnie, bo są w grupach na wszystkich trzech latach porozrzucani. Teoretycznie w większości zajęcia mają z II roku, ale coś tam robią na I-wszym (wielka tajemnica co) i coś tam mają z III roku. Zaintrygował mnie ten fakt.
Od dwóch tygodni zbieram się do zmiany telefonu, bo nowy ajsronik leży na biurku i czeka na odpalenie, ale jakoś nie mogę rozstać się z obecnym. Zżyliśmy się bardzo. Grzeczny jest, bo ile razy nie spadał na beton przy wsiadaniu do ultra niskiego auta, ile razy nie przeleciał połowy pokoju podczas "walki" o czytanie smsków z chłopakiem, tyle razy ani nanoskrawek nie odpadł, a ekran wydaje się być zrobiony z pancernego szkła i boję się, że "szóstka" nie będzie już taka dzielna. W końcu wybrałam się do iSpota i kupiłam oczojebną czerwoną obudowę, jakieś hartowane szkło na ekran i ech... goodbye my old love?
Szał zakupów nadal trwa. Dzień kobiet jutro, więc się nagrodziłam za to, że co miesiąc nieustannie się wykrwawiam, ale dzielnie walczę o życie i umrzeć nie mogę. :-DD Każdy powód dobry do uzupełnienia szafy.
Ojciec ostatnio docenił mój wkład w interesy i aż nagrodził mnie mini wypłatą - szok. Dzwoniłam do jednego z jego chińskich kontrahentów, u którego byliśmy jakieś 5 lat temu, ładnie się przedstawiłam, a ten mnie zaszokował i "oooo, pamiętam Cię! Byłaś z tatą u nas w Shanghaju, potem wyjechałaś do Stanów i już wróciłaś?" To było miłe, nie podejrzewałam, że cokolwiek o mnie pamięta. Z drugim Chińczykiem piszę prywatne e-maile i myślałam, że jest on tylko jednym z pracowników firmy, zajmujących się sprzedażą, a tu nagle okazało się, że flirtuję z samym bossem, no super. W ogóle to jest zajebista persona, bo wyobraźcie sobie, że codziennie chodzi na pakiernię i redukuje masę, którą robił przez ostatni rok. Wysłał mi swoje zdjęcie, a tu wyrobiony Chińczyk - mało spotykane. :D Jak już jestem przy temacie Chin i ich obywateli; mój były niedoszły chłopak ma kumpla na roku, który jest synem jakiegoś tam milionera chińskiego. Synek pewnego dnia przyszedł pożalić się, że dziewczyna z nim zerwała, a jej utrzymanie kosztowało go miesięcznie $80,000 i czego niby jej brakowało? LOL - chyba na prędce zacznę uczyć się chińskiego, bo też chcę takiego chłopa. :D W sumie nie do końca wiem na co mogłabym tyle kasy miesięcznie wydawać, bo ileż można ubierać się w Chanelach, ale jak mus to mus. xD
Jeszcze trzy tygodnie i będzie po mikrobiologii. Egzamin praktyczny będę miała po Wielkanocy, a na początku czerwca teoria. Mam zamiar rozwalić to na 4,5, w końcu to mój naj przedmiot, ale zapewne skończy się tylko na marzeniach. [*]
Z biofizyki o dziwo zaliczyłam obydwa kolokwia. Chamstwo, bo laboratorium z polaryzacji wymagało ciut wiedzy z biochemii, a to mała niespodzianka była. Nagle pojawił się ogromny zapytajnik nad głową i "jak mam rozcieńczyć 20% sacharozę do 7,5%?" xD Na szczęście koła zębate w główce zaczęły działać i rozwikłałam tę jakże trudną zagadkę. :DD W ogóle biofizyka od zawsze dziwna była, ale jeszcze do tej pory nigdy nie spotkałam się z takim czymś, aby jakiś przedmiot podzielić na MILION tematów i rozdzielić je pomiędzy MILION grup dwuosobowych i ustanowić zasadę o tym, że co tydzień każda grupa ma kolokwium z INNEGO tematu. xD Przeciwdziałanie zgapialstwu - sprytne, co? :D
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biofizyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biofizyka. Pokaż wszystkie posty
sobota, 7 marca 2015
niedziela, 22 lutego 2015
Biofizyka i niedoszła kariera sportowa
Tak jak podejrzewałam; mój najbardziej znienawidzony (i najmniej zrozumiały) przedmiot ever będzie przedmiotem wiodącym czwartego semestru. :D Żyć nie umierać. Od razu przypomina mi się fizyka z gimnazjum, gdzie w którejś klasie miałam same jedynki i groziło mi niezdanie, aż w końcu docisnęłam jakiś najważniejszy końcoworoczny sprawdzian na (uwaga!) 5+ i zdałam. To jeden z miliona przykładów, że trzeba położyć mi nóż na gardle, a nagle wyjdzie ze mnie Einstein i da Vinci w jednym. Coś czuję, że podobnie będzie w tym semestrze.
Po lekcji intro już wiem, że co tydzień (!) będę miała wejściówki z jakże ważnego przedmiotu - biofizyki. (Na anatomii nie było aż tak ostro. xD) Co dwa tygodnie kolokwium i do tego jakieś zdechłe prezentacje co tydzień, które nie wiem co mają wnieść, bo skoro i tak każdy ma przyjść na zajęcia obkuty od A do Z, to po co produkować się z prezentacjami, które obejmują ten sam materiał? >.<' Jak dla mnie to znak, że znacznie za dużo czasu dziekanat poświęcił na biofizykę, a mógł dołożyć godzin do mikrobiologii, na której brakuje nam czasu, aby przerobic wirusy i grzyby, co skutkuje tym, że do egzaminu mamy opracować je samodzielnie. :)))
Na biolożce jest fajny pan, przez co zajęcia są bardzo śmieszne i nie wiadomo gdzie te prawie trzy godziny mijają. Może piątki nie będą takie straszne, jakie się wydają?
Kilka dni temu zakupiłam sportowe odzienie, więc jestem gotowa na rozpoczęcie przygody ze squashem. :D Czas się zacząć ruszać, bo trochę żal mi dupę skręca, że jeszcze 10 lat temu malowała się przede mną kariera sportowa, a dzięki wspaniałomyślnym rodzicom, który stwierdzili, że ze sportu, to nic nie ma, tylko kontuzje i bezrobocie, prawdopodobnie straciłam całkiem fajny kawałek życia. Czego się nie dotknęłam, to we wszystkim byłam najlepsza. W podstawówce mając niespełna 12 lat, w dal skakałam prawie 4m, konno śmigałam bez strzemion i sam właściciel stajni przychodził oglądać moje treningi, a teraz co? Stos książek i brak kondycji. Warunki fizyczne średnio motywują mnie do roboty, bo sama z siebie wyglądam lepiej niż 70% kobiet tyrających na siłce, a nie robiąc nic założę sobie nogi na głowę, zrobię szpagat, kwiat lotosu i inne dziwne wygibasy (mama ma +40 i nadal robi szpagat bez rozciągania), ale chyba czas zrobić coś z wyrzutami sumienia, że natura dała mi warunki, a ja je marnuje.. Rok temu urodził mi się źrebak, więc mam dwa lata na powrót do jazdy konnej i może spełnię swoje marzenie i ujeżdżę własnego konia? W sumie tu też jest kolejny ból. Kiedyś miałam bardzo dobry kontakt z jedną ze swoich klaczek (aktualnie mam 3 konie) i nie potrzebowałam uwiązu ani kantaru, aby zaprowadzić ją gdzieś, bo sama szła za mną jak osiołek (głowa oparta na moim ramieniu), ja stawałam, ona też. Pewnego razu do stajni przyjechał weterynarz i miał szczepić konie. Wszystkie zaszczepił, ale oczywiście moje były na tyle dowcipne, że uciekały po całym pastwisku i nie dały do siebie podejść bliżej niż na 10m. Nie pomagały marchewki, siano, owies, kukurydza, NIC. Zadzwonili po mnie, przyjechałam do stajni, weszłam na pastwisko i co? Same do mnie przybiegły. Nawet nie musiałam ich trzymać jak weterynarz szczepił. Wszyscy w stajni przyglądali się z podziwem i wiecie co? Poszłam do gimnazjum, nauka stała się ważniejsza. Nie trudno zgadnąć, że wszystko padło, a koń się na mnie obraził i dziś z wielką łaską przyjdzie mnie powąchać. Nie dziwi mnie to, też bym się śmiertelnie obraziła na takiego właściciela.
Po lekcji intro już wiem, że co tydzień (!) będę miała wejściówki z jakże ważnego przedmiotu - biofizyki. (Na anatomii nie było aż tak ostro. xD) Co dwa tygodnie kolokwium i do tego jakieś zdechłe prezentacje co tydzień, które nie wiem co mają wnieść, bo skoro i tak każdy ma przyjść na zajęcia obkuty od A do Z, to po co produkować się z prezentacjami, które obejmują ten sam materiał? >.<' Jak dla mnie to znak, że znacznie za dużo czasu dziekanat poświęcił na biofizykę, a mógł dołożyć godzin do mikrobiologii, na której brakuje nam czasu, aby przerobic wirusy i grzyby, co skutkuje tym, że do egzaminu mamy opracować je samodzielnie. :)))
Na biolożce jest fajny pan, przez co zajęcia są bardzo śmieszne i nie wiadomo gdzie te prawie trzy godziny mijają. Może piątki nie będą takie straszne, jakie się wydają?
Kilka dni temu zakupiłam sportowe odzienie, więc jestem gotowa na rozpoczęcie przygody ze squashem. :D Czas się zacząć ruszać, bo trochę żal mi dupę skręca, że jeszcze 10 lat temu malowała się przede mną kariera sportowa, a dzięki wspaniałomyślnym rodzicom, który stwierdzili, że ze sportu, to nic nie ma, tylko kontuzje i bezrobocie, prawdopodobnie straciłam całkiem fajny kawałek życia. Czego się nie dotknęłam, to we wszystkim byłam najlepsza. W podstawówce mając niespełna 12 lat, w dal skakałam prawie 4m, konno śmigałam bez strzemion i sam właściciel stajni przychodził oglądać moje treningi, a teraz co? Stos książek i brak kondycji. Warunki fizyczne średnio motywują mnie do roboty, bo sama z siebie wyglądam lepiej niż 70% kobiet tyrających na siłce, a nie robiąc nic założę sobie nogi na głowę, zrobię szpagat, kwiat lotosu i inne dziwne wygibasy (mama ma +40 i nadal robi szpagat bez rozciągania), ale chyba czas zrobić coś z wyrzutami sumienia, że natura dała mi warunki, a ja je marnuje.. Rok temu urodził mi się źrebak, więc mam dwa lata na powrót do jazdy konnej i może spełnię swoje marzenie i ujeżdżę własnego konia? W sumie tu też jest kolejny ból. Kiedyś miałam bardzo dobry kontakt z jedną ze swoich klaczek (aktualnie mam 3 konie) i nie potrzebowałam uwiązu ani kantaru, aby zaprowadzić ją gdzieś, bo sama szła za mną jak osiołek (głowa oparta na moim ramieniu), ja stawałam, ona też. Pewnego razu do stajni przyjechał weterynarz i miał szczepić konie. Wszystkie zaszczepił, ale oczywiście moje były na tyle dowcipne, że uciekały po całym pastwisku i nie dały do siebie podejść bliżej niż na 10m. Nie pomagały marchewki, siano, owies, kukurydza, NIC. Zadzwonili po mnie, przyjechałam do stajni, weszłam na pastwisko i co? Same do mnie przybiegły. Nawet nie musiałam ich trzymać jak weterynarz szczepił. Wszyscy w stajni przyglądali się z podziwem i wiecie co? Poszłam do gimnazjum, nauka stała się ważniejsza. Nie trudno zgadnąć, że wszystko padło, a koń się na mnie obraził i dziś z wielką łaską przyjdzie mnie powąchać. Nie dziwi mnie to, też bym się śmiertelnie obraziła na takiego właściciela.
Subskrybuj:
Posty (Atom)