środa, 4 listopada 2015

[95] Busy doing nothin'

Dziwkanaty mają to do siebie, że panie w nich pracujące nie potrafią docenić ciepłej, państwowej posadki, która nie wymaga krzty odpowiedzialności za cokolwiek. Gdybym mogła, to powiesiłabym mądrale zajmującą się moim rokiem za jaja. Nie dość, że wielkim problemem jest poprawnie wpisać adres e-mail, to jeszcze zupełnie przez przypadek odkryłam, że w indeksie mam jak byk wbite "conditional credit" za rzekomy brak odbytych praktyk. Jakaś piz** zgubiła moje papiery i ja teraz mam znów biegać od dzwona do dzwona, do kolejnych łaskawych pań piastujących równie ciepłe posadki, aby z miną pt. "gówniaro, właśnie zabierasz mi minutę nic-nie-robienia" wbiły mi pieczątkę za veni vidi vici?! Znów ma to zająć dwa dni, tak? Bo dziś oddziałowej nie ma, przyjdź jutro, jutro zostaw indeks, pojutrze wróć po niego. *facepalm* Ręcę opadają, rozgoniłabym to jakże życzliwe towarzystwo w try miga. -.- Mało tego! Mój problem to jeszcze nic takiego, poza faktem, że na dwie strony mam wbite zajebiście kobylastą pieczątkę o niechlubnej treści. Otóż są ludzie, którzy po raz drugi nie zdali parazytów i dopiero po miesiącu nauki w nowym roku akademickim dziwkanat zorientował się, że oni przecież nie mogą ponownie poprawiać tego samego przedmiotu będąc już na 3 roku! Muszą cofnąć się na drugi rok i robić TYLKO biologię!! W tej sprawie brak mi słów. Oczywiście dziekan wyjechał gdzieś na miesiąc, więc pozostaje tylko męczenie buły rektorowi, któremu takie sprawy zapewne koło tyłka latają. Pochlastać się można. I przy tym babka z dziwkanatu z tekstem "nie do mnie te pretensje, jestem tylko sekretarką." No przecież! Po co być za cokolwiek odpowiedzialnym skoro można przepychać pałeczkę z ręki do ręki.

W ramach zadośćuczynienia za kardynalny brak wiedzy na dermatologii w zeszłym tygodniu, tym razem nauczyłam się na cycuś glancuś. Mogłam odpowiadać za wszystkich innych w grupie. Krążyły plotki, że wygrałam los na loterii i miałam poprawiać odpowiedź z tygodnia wstecz, ale bezmyślnie uznałam, że doktor terminator robił sobie jaja i jak wszyscy inni przez dwa lata studiowania, próbował tylko zmusić studenta do dodatkowego zawracania sobie głowy czymś, co i tak już nie miało znaczenia. W końcu co się do dziennika wpisze, to się nie odpisze, co nie? Okazało się, że jednak da się odpisać. Po mojej cudownej odpowiedzi z bieżącego tematu rzucił pytaniem z poprzednich zajęć. Momentalnie duma z bycia nieprzeciętnie obkutym rozprysła się po kątach. Nic na mnie nie działa tak jak wstyd, dlatego podejrzewam, że na koniec semestru będę specjalistką od dermy. I pomyśleć, że miał to być przedmiot typu "mogę to sobie podarować, są ważniejsze." :-( Zastanawia mnie czemu się tak uparł na to poprawianie. Nie wytłumaczył nam czym skutkuje brak przygotowania, więc na razie beztrosko podchodzę do sprawy minusika w tabelce. Albo ma to tragiczne skutki i terminator jednak ma dobre serce albo lubi dziewczynki albo upatrzył sobie mnie na wałkowanie. Może to być prawdopodobne, na ostatnich zajęciach zamknął mnie w PUVA i chyba miał nadzieję, że mam klaustrofobię. xD

Farmakologia na razie jest całkiem fajna. Prowadząca wydaje się być super, na pewno dobrze tłumaczy, a że nie ciśnie nas jak reszta doktorów, to może jest to zadośćuczynienie za to, że prawie wszystkie zajęcia mamy z profesorami/kierownikami katedr i wiadomo czym to skutkuje. Nie zmienia to faktu, że wolałabym mieć luzy na dermie, a musztrę na farmie.
Pisanie recept wcale nie jest takie proste, trzeba być do tego trochę humanistą.

Na internie pierwszy raz udało nam się przeprowadzić kompletny wywiad. Pomógł nam w tym brak obecności prowadzącej. Gdy lekarze stoją obok, nikt nie chce o nic pytać. To chyba strach, że walniemy arcy głupim pytaniem. Na końcu zaliczyliśmy małą wtopę bowiem kolega lekkodusznie rzucił "jak się grzecznie spytać czy regularnie robi kupę?" i okazało się, że pacjent rozumiał język, którym się posługiwaliśmy. xD Ach te studenty. Póżniej przeszliśmy do badania, które do łatwych nie należało, ponieważ pan miał BMI ponad 40, a u otyłych ludzi nie słychać wszystkiego, tak jak u innych. Littmann ledwo sobie radził, a ja odniosłam wrażenie, że ogłuchłam. Nie wątpię, że to kwestia wprawy; nie mam jej i jeszcze długo miała nie będę.
Będąc przy temacie stesotkopów; nie spodziewałam się, że zaprezentujemy różnorodność żywcem z tęczy wyjętą. Dosłownie każdy możliwy kolor wystaje z kieszeni fartuchów, a myślałam, że królował będzie czarny.

Na Halloween standardowo męczyliśmy planszóweczki. Jesteśmy grupą fazowiczów, wiem. Nawet rozszerzenie dokupiliśmy, aby wydłużyć fazowanie. :-D Przed imprezą zrobiliśmy nalot na market w celu zakupienia szkockiej whisky typu blended, co też jest już tradycją, choć tym razem wparowaliśmy w przebraniach i dziwię się, że nikt nie odebrał tego jako napad. xD Cieszę się, że ominęłam uczelniany clubbing. Doszły mnie słuchy, co się działo i przez 2/3 czasu spędzonego tam miałabym transparentny żal wypisany na buzi. Naprawdę nie rozumiem mody na napruwanie się do upadłego i ekspresowe tracenie świadomości. Smutne, że ludzie bez alkoholu bawić się nie potrafią i zanim nie wleją w siebie kilku kielichów są drętwi i totalnie nieśmieszni. Świecie, dokąd zmierzasz?

4 komentarze:

  1. Legenda o przemiłych paniach z dziekanatu jakże często okazuje się być prawdą. U mnie owe panie potrafią kogoś wywalić za drzwi, bo przyszedł 5 min przed otwarciem, to nic, że one już tam siedzą i czekają, to nic, że student za te 5 min zaczyna ważne zajęcia, a kiedy indziej mu nie pasuje ;).
    Ja tam najlepiej się bawię bez alkoholu albo z minimalną jego ilością, więc też nie bardzo wpisuję się w klimat studenckich balang. Chociaż różnie to bywa, są u nas grupy, które zamiast picia do upadłego wolą się pointegrować na pizzy albo przy grillu z jednym piwem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie są na tyle cwane, że do 9 trzymają drzwi zamknięte na klucz, co z tego, że i tak siedzą tam już od 7. ;-) No i działają tylko 4 dni w tygodniu coby się nie przepracować przypadkiem.
      Przybijmy piątkę więc! Niestety w moim otoczeniu brakuje takich ludzi.

      Usuń
  2. U nas jest chyba jedyny na świecie dziekanat, w którym pracują miłe panie :D Wprawdzie i tak nie ma co próbować przyjść o godzinie otwarcia (bo wtedy zazwyczaj piją kawę), ale jak już dostaniesz się do środka, to da radę załatwić z nimi wszystko.

    OdpowiedzUsuń
  3. Kurczę, u mnie tez panie z dziekanatu są w miare ok. Nawet nie ma aż takich kolejek a na zaświadczenie o studiowaniu czekałam tylko 1 dzień! :D

    OdpowiedzUsuń