wtorek, 17 grudnia 2013

Święta miały być odpoczynkiem

Ostatnio chudnę na potęgę. Z 47kg w niecałe 2 tygodnie ważę nagle 43. Nie do końca wiem skąd te nerwy, bo poza biologią głowę mam spokojną. Z chłopakiem sytuacja średnia, ponieważ nie jestem w stanie docenić jego dobroci, a wręcz nią gardzę, czym go tylko ranię, dlatego też powoli usuwam się w bok, coby znalazł kogoś, kto potraktuje go tak, jak powinien. Nie potrafię uwierzyć w jego słowa tylko ze względu na coś, co zrobił w przeszłości, która jeszcze nie obejmowała mojego jestestwa. Hah, trochę smutne i niesprawiedliwe z mojej strony, ale nie potrafię ot tak przestać zwracać na to uwagi. Na dodatek zdążyłam się do niego przyzwyczaić i cała akcja "odzwyczajanie" nie idzie mi hop siup.

Dzisiaj koło z biologii molekularnej zaliczyłam, historię medycyny chyba też, aczkolwiek nie jestem pewna, a wyników jeszcze nie ma, więc nie zapeszam. Odpuściłam sobie dwa wykłady, strasznie łamało mnie spanie. Od teraz będę musiała się pilnować, bo jak już wcześniej wspomniałam - wykłady mamy obowiązkowe, obecność sprawdzają nazwisko po nazwisku, jedna nieobecność dozwolona. ;<

Jutro mam dzień wolny, łacina odwołana, także cud miód orzeszki, jak co tydzień zmarnuję ten dzień. Święta zapowiadają mi się koncertowo. 9 stycznia praktyczny z anatomii (głowa, szyja, klatka, kończyna górna - nerwy, mięśnie, tętnice/żyły), a potem jeśli to zdam, to 13 stycznia teoria. Zaraz po świętach poprawa z parazytów, gdzieś w połowie stycznia koło z histologii i egzamin ustny z historii medycyny na sesji pod koniec stycznia. W międzyczasie trzy kolokwia z chemii. Ech...

Sylwester chyba spędzę w górach. Zależy od szanownego ojca czy zezwoli swej 20letniej córce na wyjazd ze znajomymi (śmiech na sali, gorycz uszami mi się wylewa). Był plan lotu do Kanady, lecz na tydzień mi się to średnio opłaca, dlatego wyjazd przełożony na wakacje. (Z tym tatuś już problemu nie miał, o ironio!)

A w poniedziałek będę świętowała urodziny! Pewnie jeszcze odezwę się do tego czasu. Mam w planach z chłopakiem jechać do miasta 200km od mojego na ulubione naleśniki, a co!

czwartek, 12 grudnia 2013

Równowaga we Wszechświecie

Żeby równowaga była we Wszechświecie, to z biologi będę miała w styczniu komisję, a z histologii kolokwium napisałam najlepiej w grupie, joł.

sobota, 7 grudnia 2013

Biologia wykańcza studentów

Żeby nie było, że tak wspaniale mi idzie i dzielę się tylko powodzeniami, to teraz pochwalę się swoim niepowodzeniem. Biologia cieniutko wygląda, przynajmniej na razie. Czeka mnie retake z parazytów (jak zresztą 97 studentów ED, tak owszem, POGROM! xd) i genetyki. Czyli summa summarum na trzy kolokwia z biologii na razie zdałam tylko jedno. Trochę wstyd. Wszystko idzie mi koncertowo, a tu takie coś. Powoli zaczynam czuć zapach komisa w styczniu. Rok temu pani z biologii (odpowiedzialna za obydwa kolokwia, których nie zdałam) do komisji doprowadziła 50 osób (połowa roku!), gdzie zdało go tylko 5 osób, więc teraz 45 studentów z 2 roku poprawia biologię. xD Bawi mnie to. Niby nie ma co, bo to tragedia, ale sam fakt, że TYLE osób nie zdało... Nie powinnam się martwić, że mi nie idzie, jedyna nie jestem.

Koło z histologii miałam w czwartek. Wszyscy sraka, sraka. Pełna współpraca, determinacja level high. Poszło mi dobrze i powinnam zdać, aczkolwiek z genetyką myślałam podobnie i jednak nie zdałam, więc nie chcę zapeszać. W czwartek wyniki. Ci, którzy mieli do podania 5 cech, które odróżniają simple cuboidal epithelium od innych trochę polegli. 70% na zaliczenie, a teścik był na 16 punktów bodajże.

Tydzień temu w piątek na chemii mieliśmy te trzy skumulowane testy (aminokwasy, cukry i tłuszcze.) Nie wiem jakim cudem zdałam tłuszcze, bo nawet książki nie otworzyłam na tych rozdziałach, a aminokwasy, które kułam, oblałam, ale spoko. Podejrzewam, że ktoś wpisał moje punkty w złą tabelkę i takim oto sposobem niby zdałam to, czego tak naprawdę nie zdałam. No chyba, że z lipidów jestem takim mózgiem i powinnam pomyśleć nad jakąś pracą naukową, to może Nobla dostanę. xD W sumie nadal nie wiem dlaczego nagle ni stąd ni zowąd na sprawdzianie przypomniał mi się wzór strukturalny sodium glycocholate, kiedy akurat go potrzebowałam, a przecież nic nie powtarzałam. Pamięć fotograficzna to jest to!  W ten piątek ludzie poprawiali cukry, za tydzień lipidy, a po świętach aminokwasy. Ech, szkoda, że po świętach, bo wtedy mam też parazyty no i nie chciałabym mieć kilku rzeczy na raz. Im mniej tym lepiej. Strasznie dużo ludzi oblało te sprawdziany.

Zaliczyłam koło z informatyki. Z 22 osób tylko ja i taki Szwed zdaliśmy bez poprawki. o.O Excel zabija przyszłych lekarzy, haha.

Straszne zamieszanie panuje w tej notce, co oznacza, że mam wyśmienity humor.

W czwartek byłam na meczu międzyuczelnianym w koszykówkę. Co prawda moja drużyna tam nie grała, ale zrobiłam to dla swojego chłopaka. Kochana jestem, wiem. Miałam też zaszczyt spotkać swoją najwspanialszą "przyjaciółkę", więc atrakcji nie brakowało. Chyba tak samo stęskniła się za mną, jak ja za nią. Czujecie ironię, prawda? :)

Wczoraj w tą zajebistą pogodę wzięło mnie na sprzątanie auta. Taki syf miałam, że już nie mogłam go znieść i nawet super hiper szybki wiatr z Norwegii mi nie przeszkodził! Poodkurzałam (niby dużej powierzchni nie było, bo to dwuosobowe auto), ale tyyyyyle się narobiłam, że po tym półtorej godzinnym (wyobraźcie sobie jaki śmietnik był!) sprzątaniu padłam spać. Śmiesznym było, że jak zaczynałam sprzątać, to akurat przyszedł Mikołaj do przedszkola obok. Jak skończyłam, to wychodził, haha. Rozbawiło mnie to, nie wiadomo czemu. :D Wiecie jakie mam teraz fajne, czyściutkie autko? Jak się zrobi błoto na ulicy, to chyba będę jeździła z nogami w powietrzu. xd Nawet dywaniki z błota wydrapałam! Kolejny raz obiecuję sobie, że nie będę jadła w samochodzie, bo jest czysto. Na razie postanowienie działa. Pewnie do momentu, kiedy zgłodnieje, a będzie mi się spieszyło...

Mikołaj mnie odwiedził. Przyszłam w nocy do domu, a tu woooooorek słodyczy. Nawet takich jak lubię, cud miód malina! :D

sobota, 30 listopada 2013

Polska edukacja vs. amerykańska

Zainspirowana sugestią montreux postanowiłam napisać o różnicach między edukacją w Stanach, a w Polsce. Wbrew pozorom ta amerykańska nie jest taka zła, jak to każdy, kto nie ma o niej zielonego pojęcia sądzi i uważam, że zdecydowanie jest bardziej efektywna od naszej. W Polsce wszyscy wiemy jak to wygląda; 16 przedmiotów w tygodniu, zbyt mało godzin lekcyjnych na przedmioty maturalne, pełno przedmiotów zupełnie niepotrzebnych (PO, kultura, religia i inne, z których nie ma matury), wszystko załatwiane na wariackich papierach, nie ma czasu na powtórki, pełno stresu, częste łamania regulaminów (uczeń teoretycznie ma prawo poprawić każdą ocenę, a w rzeczywistości wygląda to inaczej.) W Stanach jest dokładnie odwrotnie. Uczeń wybiera sobie przedmioty, które chce mieć w danym semestrze czy całym roku. Niektóre kursy trwają rok, inne semestr. Mają też spis przedmiotów, które muszą odbębnić. Ich liceum trwa 4 lata i mają obowiązek wzięcia 4 kursów j. angielskiego. Mogą zrobić to w dwa lata (po dwa kursy na rok) lub co roku jeden kurs lub jakkolwiek sobie będą chcieli to rozłożyć. Muszą też przejść przez 4 kursy matematyki, 3 kursy science (fizyka, chemia, biologia), 2 kursy historii, hiszpańskiego/innego języka i czegoś na kształt naszego WOSu. Na pewno muszą też przebyć 2 kursy z health (ja na przykład w ramach tego kursu miałam kinesiology - nauka o kościach, mięśniach, stawach, etc., czyli coś jak nasza anatomia.) Jak widać nie mają samowolki i istnieje w USA coś takiego jak podstawowa wiedza. Dopiero wtedy, kiedy ukończą wszystkie obowiązkowe kursy, mogą zajmować się przedmiotami jak szycie, gotowanie, itp. Oczywiście nie muszą. Zazwyczaj ci, którzy idą do college wybierają ambitne przedmioty. Mają też możliwość zrealizowania niektórych przedmiotów z pierwszego roku studiów. Jeżeli uczeń zaliczy je, to w college nie musi ich już brać i ma przepisane oceny.

Mój plan lekcji, jaki sobie ułożyłam w ostatniej klasie (jako senior) opierał się na dwóch biologiach dziennie (czyli 10h tygodniowo) + kinesiology, więc summa summarum tygodniowo miałam 15h biologicznych. Do tego wzięłam chemię, hiszpański, matematykę, angielski, skandale w historii. Chciałam jeszcze psychologię, ale w grafik mi się nie zmieściło, bo miałam tylko 7 lekcji dziennie, a plan codziennie ten sam.

Lekcje biologii były dla mnie zbawieniem! Robiliśmy sekcje płodu, serca i nerki świni, oka krowy, mózgu kozy, jakiejś ryby, glisty, szarańczy i wielkiej żaby. Naprawdę nie do opisania! U nas nawet na uniwersytetach tego nie robią, a tam już licealiści mają zabawę. Bardzo dużo mnie takie zajęcia nauczyły. Zdecydowanie lepiej jest patrzeć na struktury niż tylko o nich czytać suche informacje w książkach. Po każdej takiej sekcji mieliśmy egzamin praktyczny. Sprawdziany miałam co tydzień, zawsze lekcje przed testem mieliśmy grę zwaną jeopardy. Odkrywało się kartki z pytaniami na rzutniku i trzeba było odpowiadać. Różny stopień trudności. Grupa, która wygrała, dostawała zawsze jakąś nagrodę. Albo bonus point na sprawdzian albo cukierka. :) Pamiętam też, że gdy mieliśmy zajęcia z podziału komórki, to układaliśmy wszystkie etapy za pomocą żelek, które dała nam nauczycielka. Każdy, kto prawidłowo przedstawił i opisał cały proces od początku do końca, dostawał wszystkie żelki do zjedzenia! :)) Jakieś makaronowe truskawkowe żelki służyły mi za spindle fibers (po polsku wrzeciono podziałowe?) Dużo też mieliśmy kolorowanek, krzyżówek i zajęć, które kojarzą się z podstawówką, ale wbrew pozorom bardzo, ale to bardzo pomagały w zapamiętaniu i ta nauka nie polegała na 3xZ (zakuć, zdać, zapomnieć.) Do dziś pamiętam wiele rzeczy, których zapamiętanie w Polsce szło mi opornie.

Na matematyce przez tydzień wałkowaliśmy jeden temat. Na zadanie domowe dostawaliśmy całą kartkę A4 zadań z podręcznika (jakieś 50 przykładów), który jest wielkości naszych encyklopedii. Gdzieś mam zdjęcia tych książek, więc jak przyniosę z auta pendrive'a, to wrzucę je tu. W Polsce matematyczka ze mnie kiepska była. W Stanach wyciągnęli mnie na wyższy poziom i pojechałam na konkurs do college. Co prawda nic nie osiągnęłam, bo miałam 50% możliwych punktów, ale sam fakt, gdzie ja bym w Polsce o konkursie z matematyki myślała. :-D

Na angielskim pisaliśmy dużo essay'ów, musieliśmy czytać lektury. Oprócz tych, które nauczycielka uznała za obowiązkowe, musieliśmy czytać jakieś dodatkowe i potem pisać o nich, a dokładnie co czuliśmy, gdy czytaliśmy, co książka wniosła do mojego życia, z czym się zgadzam, a z czym nie, itd. Aby mieć możliwość dostania najwyższej oceny na koniec (pod warunkiem, że ze wszystkich sprawdzianów, testów, etc miało się samo A), trzeba było przeczytać 3 książki ponad te, które były obowiązkowe. Na B dwie, a na C jedną. Czyli każdy, aby zdać klasę musiał przeczytać minimum jedną książkę ekstra. Najbardziej śmieszyły mnie zajęcia z gramatyki. Pocieszę Was, że nie tylko Polacy mają problem z poprawną polszczyzną. Amerykanie często mylą słowa "than" z "then". :-D Coś jak u nas z "bynajmniej" i "przynajmniej" lub "efektywny" i "efektowny".

Ponadto Ameryka stawia bardzo mocny nacisk na sport. Praktycznie każdy (przynajmniej u mnie w szkole) był członkiem jakiejś drużyny, coś trenował i miał zajęcie. Ich treningi, to nie tak jak u nas godzinka wfu i do widzenia. W zimie zapisałam się na koszykówkę, na wiosnę na softball. Treningi trwały po 3h, były zaraz po szkole, więc nie mieliśmy czasu nawet zjeść obiadu. W domu byłam po 18, umierając z głodu. Nie za bardzo po takim wysiłku nauka chciała wchodzić do głowy, dlatego też szacun dla tamtejszych sportowców, którzy nie tylko przekraczają swoje granice bijąc kolejne rekordy, ale także uczą się mimo wielkiego zmęczenia. Wspólne treningi jednoczą ludzi. Każda drużyna, to mała rodzina. Wysiłek się popłaca. Moja szkoła od kilku lat z rzędu jest mistrzem stanu w footballu amerykańskim i w tym roku dziewczyny z softballa zdobyły vice-mistrzostwo. :-) Jestem z nich dumna!

Edit. Zapomniałam jeszcze o tym, że na biologii rozbieraliśmy na części pierwsze takie cuś, co sowa wypluwa tuż po zjedzeniu ofiary. Spowodowane jest to tym, że nie trawi futra i kości, więc pozbywa się pozostałości. Twardy futrzany zlepek. Musieliśmy wydłubywać z tego kości i na ich podstawie dochodzić do tego, jaki gryzoń padł ofiarą. :) Super zabawa!

Edit.2 Zapomniałam jeszcze o tym, że w USA nie ma popraw sprawdzianów, ani żadnej innej oceny. Jak nie przyniesiesz zadania, to 0 pkt i masz potem problem, bo ocena końcowa to średnia ze wszystkich ocen i oni mają te średnie ważone (sprawdziany najważniejsze, potem projekty mniej ważne no i zadania domowe.) To taka informacja dla tych, którzy twierdzą, że Amerykanie szkołę mają trywialną. ;>

środa, 20 listopada 2013

Anatomiczny stres

W czwartek zdałam praktyczny z anatomii, więc w poniedziałek czekała mnie pisemna część kolokwium. Mamy taką zasadę, że trzeba mieć te 66%, czyli 80/120pkt, aby zdać, a jak ktoś będzie miał +60pkt, to kwalifikuje się na oral. Miałam 71pkt, więc trochę szlag mnie trafił, bo naprawdę wolałam nie zdać (jakkolwiek to dziwnie brzmi), aniżeli męczyć się z ustnym, a tu się okazało, że zabrakło mi 4,5 pytania do zdania (każde pytanie jest na dwa punkty, czasami są dwie dobre odpowiedzi, czasami tylko jedna.) Wydawało mi się, że skoro nie byłam w stanie wystrzelać ABCDE odpowiedzi na odpowiednią liczbę punktów, to z otwartymi odpowiedziami na ustnym tym bardziej polegnę. Nie za dużo uczyłam się przez weekend, ponieważ przechodziłam lekkie załamanie i doła miałam jak stąd do Paryża, dlatego też pogodziłam się z faktem, że czeka mnie styczeń. Po kolokwium pojechałam do chłopaka, zaczęliśmy liczyć mniej więcej ile pkt mogę mieć z testu i wyszło nam 57, więc już wiedziałam, że na bank będę miała te 60. Zaczęłam się uczyć i w sumie dobrze zrobiłam, bo niedługo potem dostałam telefony od znajomych, że mam 71pkt i za 15 minut mam być na uczelni. Spakowaliśmy się i pojechaliśmy. Tłum zdenerwowanych studentów. 2 godziny stałam w kolejce i weszłam jako przed-przed ostatnia. Mój błąd. Wykładowca już był tak zdenerwowany, że wszyscy przy końcu po kolei oblewali. Weszłam trochę spięta, ale wewnętrznie przygotowywałam się na porażkę. Dwa pierwsze pytania przeleciałam idealnie, a potem zacięłam się na czaszce. Ciśnienie mi podskoczyło, kiedy wydarł się na mnie powtarzając pytanie. Kolana zmiękły i jedna myśl krążyła po głowie "to koniec". Jakimś cudem coś wydukałam i jednak zdałam. :-D Stwierdził, że za to zacięcie się będę na następnym kolokwium pod specjalną obserwacją. Pozostaje mi tylko modlić się, że jednak nigdzie nie postawił kropki przy moim nazwisku i do tego czasu zapomni.

Doszłam do jednego wniosku podczas tych dwóch godzin. Poprawki/egzaminy/sesja łączą ludzi.

Jestem pełna podziwu dla swojego chłopaka, że chciało mu się tam przez cały czas ze mną stać, aby trzymać mnie za rękę i w miarę możliwości wspierać jak najbardziej się dało. Większość czasu i tak był olewany, bo tu rozmawiałam z tymi, co dopiero zdali, tu z tymi, co wymieniali wiedzę, a tam z tymi, którzy nie zdali, a mimo to nie chciał sobie pójść, kiedy mówiłam mu, że zwyczajnie traci czas.

Chemia w zeszły piątek poszła mi śpiewająco, mimo tego, że nie wiem jak to się stało, ale na zajęcia spóźniłam się pół godziny. Ubzdurałam sobie, że jest na 10:30, a nie 10. W tym tygodniu, jak co tydzień, znów sprawdzianik z chemii. Żal przerywać tę wyśmienitą passę wszak wszystko, co dotychczas było do zdania, mam zdane, więc czas zacząć się uczyć. :D

Duch parazytów krąży nad każdym studentem. Od początku tego tygodnia nikt jeszcze nie zdał kolokwium, a największa zdobyta liczba punktów, to 3/10, HALO CO SIĘ DZIEJE?!

niedziela, 10 listopada 2013

Wszystko idzie do przodu

Na anatomii prowadzący na zapytanie czy możemy poprawiać oblany praktyczny, odpowiedział, że czas się zawsze znajdzie, ale lepiej, abyśmy się porządnie zastanowili, ponieważ jeśli nie zdamy, to mamy przesrane. To tak w skrócie. Czyli jasno dał do zrozumienia, że nie chce mu się nas słuchać i jak podejmiemy się zdawania, to i tak nas obleje. Przeniósł to na za tydzień w czwartek. Dzień byłby piękny, gdyby nie takie przekładanie. Na histologii tylko 5 osób na 22 (łączone dwie grupy, bo każda grupa ma u nas po 11 osób) zdało niezapowiedzianą kartkówkę. Na szczęście jestem w tej szczęśliwej piątce. Najśmieszniejsze jest to, że ta forma sprawdzianu była zaserwowana nam w nagrodę za to, że jakiś chłopak na zajęciach godzinę przed nami zaczął pyskować do samej pani profesor i za karę cały rok cierpiał. Naaajs. :-) Zawsze po prostu pytają, a tak mieliśmy przyjemność sprawdzić swoją wiedzę na nieco bardziej obszerny temat niż tylko ten bieżący. Embriologia też mi poszła dobrze. Zdałam. 6 osób nie zaliczyło i oczywiście dwie godziny siedzieliśmy w niepewności kim są Ci nieszczęśliwcy, bo prowadząca nie mogła poinformować na początku. W piątek chemia też mi poszła świetnie! Zaliczyłam sprawdzianik i mam go z głowy. Na 100 osób (tyle liczy nasz rok) zdało tylko 28 studentów. Trochę kiepsko... Nie lubię tego uczucia, jakie wywiera na mnie wciąż wisząca w powietrzu anatomia. Ostatnio przywieźli nam trupa. Super przeżycie! Niestety nie wszyscy byli tak podnieceni jak ja. Zdecydowana większość wisiała z nosem za parapetem. xd Pierwszy raz pewnie zawsze jest najgorszy.

poniedziałek, 4 listopada 2013

Pierwsze potknięcie

Na trzy kolokwia zdałam dwa. Retake w czwartek. Załamanie mi minęło, zmarnowane i jakże pechowe Halloween też. (Zapomniałam dodać, że wszystkie uczelnie wokół 31 października miały dni/godziny rektorskie, a moja Alma Mater oczywiście nie i miałam przyjemność spędzić na niej dzień od 7:50-18:30.) Mam nadzieję, że będzie dobrze. We wtorek za tydzień ostatnie koło z parazytów. Jutro seminaria i wykład z historii medycyny odwołane, hurrra! W środę na 18 do 20 łacina (tydzień temu na fakultecie pokazały się 4 osoby - to przez wcześniej wspomniane koło z anatomii w czwartek.) W piątek mam teścik z chemii. Przez tą niezdaną anatę mam teraz martwy tydzień. Mimo wszystko chodzę z szerokim uśmiechem na twarzy.

niedziela, 20 października 2013

Rok akademicki rozpoczęty

Pierwszy test mam już za sobą, parazyty poszły mi dobrze. Przede mną egzamin praktyczny wraz z teoretycznym z anatomii. Halloween będzie sądnym dniem, dlatego proszę trzymać kciuki za moją osteologię. :-) Na uczelni siedzę od rana do wieczora, co mnie nieco denerwuje. 2 dni w tygodniu kończę o 20:15, kolejne dwa o 18:13, a piątek o 12. Tylko raz mam spektakularne okienko 4 godzinne, chyba 2 razy dwu godzinne, z czego jedno zawsze spędzam na czwartkowym douczaniu się do anaty, histo i embrio, bo są jedno po drugim i do każdego trzeba być przygotowanym na tip top. Z anatomii trafił mi się prowadzący legenda. Może to i dobrze, bo jego osoba wymusza na mnie systematyczność. I to nie chodzi wcale o to, że krzyczy na nas czy wyzywa od debili. Po prostu sprawia, że wszyscy trzęsą przed nim portkami. :D Wykłady mamy obowiązkowe, także nie ma opcji urywania się. Nie podoba mi się wizja mojej historii medycyny. Na koniec mamy mieć teścik pisemny i ustny.

Mam na kierunku dwie osóbki, które nieco mnie śmieszą swoim istnieniem i podejściem do uczelnianych spraw. Aż szkoda mi na ich temat więcej wspominać, ale z pewnością wspomnę o nich w czerwcu, jak się okaże, że nie zdali, co mnie nie zdziwi w ogóle.

Jeszcze tylko ten tydzień i następny, i żegnam się z pierwszą pomocą. Trochę szkoda, bo lubię te zajęcia. :D Jednak trzeba patrzeć na to ekonomicznym okiem i cieszyć się, że w czwartki będę miała 3h więcej na naukę postrachów dnia.

Co u mnie poza uczelnią? Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie zaczęła nowej szkoły nową miłością. Szczęście w oczach po prostu.

PS. Zapomniałam dodać, że jestem w grupie 1. Dziecko szczęścia ze mnie.

czwartek, 26 września 2013

Książki


A reszta nadal idzie. ;> Podnieta max. Potem będzie ból dupy max, ale to nic.

Zaopatrzyłam się w Skawinę i skrypty, a także w ksera Marciniaka. Nie wiem po co mi polskie książki, ale lepiej mieć, a nóż się przyda. (Tak naprawdę, to jestem kolekcjonerem książkowym i jara mnie odbiór pachnących księgarnią książek, ale ciiii.) Jutro w moje łapki dostanie się Prometeusz, już nie mogę się doczekać!

30 września mam spotkanie orientacyjne. Jeszcze przed tą datą (prawdopodobnie sobota/niedziela) zobaczę się z kolegą z Nowego Jorku, aby się wcześniej nieco poznać. Ciekawa jestem ludzi na roku. I tych, których będę miała w grupie. Mam też nadzieję, że trafię do grupy 1 albo 2, wtedy w środy miałabym tylko jeden wykład na 14. Znając życie wszystko będzie zupełnie odwrotnie niż bym sobie tego życzyła. (Nie wiem czy wspomniałam, ale plan to my już mamy, natomiast podziału na grypy nadal brak.)


Wczoraj na meczu byłam i miałam pod opieką takiego słodziaka, ojeeej. Mógłby być moim mężem, gdyby nie fakt, że między nami jest 17 lat różnicy, ech. Amerykańscy znajomi myśleli, że to moje dziecko, na razie nie wyprowadzam ich z błędu. :-D

czwartek, 19 września 2013

Inwestycje w przyszłość

Dużo się ostatnio dzieje. Niby nadal mam wakacje, ale czasu wolnego nieco brak. Pracować nie pracuję, ale o określonej godzinie (zazwyczaj nieprzyzwoicie wczesnej) muszę stawić się w uzgodnione miejsca i nie ma zmiłuj się. Taka mała inwestycja w przyszłość. Przyznam, że bardzo mi się podoba i cieszę się, że mam taką możliwość! Czasami też mam wrażenie, że rodzice są bardziej podekscytowani wspomnianym faktem niż ja, haha.

List od dyrektorki już przyszedł, teraz muszę się zebrać do przesłania go dalej. Nie ma pośpiechu, czas mam bodajże do nowego roku. Najgorsze już załatwione.

Niektóre książki już są u mnie (we wtorek przybyła 10 kilogramowa paczka :-D), niektóre w drodze, a jeszcze inne nadal niezamówione, bo albo nie jestem pewna czy to aby na pewno te albo nie jestem w stanie znaleźć książek z 1978 roku. Dziwne, nie? :D Może jutro dodam zdjęcia moich zdobyczy, bo jaram się strasznie! Fartuch też zamówiłam, ale myślę, że dokupię sobie jeszcze jakiś drugi.

Poznałam tydzień temu pewną osobę, która czuję, że już się stała ważna i trochę mi smutno, że niebawem będzie mnie musiała opuścić. Mam nadzieję, że jeszcze coś da się w tym temacie zrobić i jednak nie wyjedzie. Taka koleżanka to skarb.

środa, 11 września 2013

Papierologii ciąg dalszy

Apostille już przyszedł, więc w tej kwestii z uczelnią mam już wszystko załatwione. Napisałam e-maila do dyrektorki mojej szkoły w Stanach, aby wysłała mi list potwierdzający, że jestem uprawniona do studiowania na uniwerkach w USA. Potem będę musiała ten papier wraz z moim high school diploma wysłać do konsulatu w Chicago, uiścić odpowiednią opłatę i poczekać na zaświadczenie, że oni też potwierdzają, iż mogę iść na uczelnię wyższą. Następnie ze wszystkimi papierami muszę iść do tłumacza przysięgłego, a z przetłumaczeniami do Kuratorium Oświaty i tam też wnieść odpowiednią opłatę. Tak wygląda proces nostryfikacji.

Ostatnie dni spędziłam bardzo ciekawie i pracowicie, nie powiem. :) Jestem baardzo zadowolona.

niedziela, 1 września 2013

Urwanie głowy z dokumentami

W życiu bym nie pomyślała, że załatwienie apostille (świstek papieru bądź sama pieczątka, którą zostanę uraczona na swoim dyplomie i transkrypcie ocen przez sekretarza stanu po uiszczeniu odpowiedniej opłaty. Jest to potwierdzenie, że moje dokumenty rzeczywiście zostały wydane na terenie Stanów Zjednoczonych przez upoważnioną do tego jednostkę i pozwalają na podjęcie studiów.) będzie tak kłopotliwe. Chciałam zrobić przelew, ale oczywiście nie mogłam, bo nigdzie nie podano numeru konta. (Tak, w Stanach numer konta to święta sprawa i najlepiej jakby nikt go nie znał, co zresztą potwierdzają włamania na konta Obamy, Beyonce, Kim Kardashian i innych sławnych osób. :P) Mogłam do koperty z wysyłanymi papierami wrzucić albo czek (takiej formy płatności w Europie dzięki bogu się już nie używa) albo gotówkę (kto wrzuca gotówkę do listu?) albo potwierdzenie przekazu pieniężnego. Z racji tego, że została mi ostatnia możliwość uradowana poszłam do banku i poinformowałam panią w kasie, co pragnę uczynić. Kazała mi podać imię i nazwisko osoby fizycznej. Racja, mogłam podać wcześniej wymienionego sekretarza stanu, ale pod warunkiem, że poinformowałabym go o tym, że ma iść do kiosku i osobiście odebrać te moje nędzne $70, które przesyłam za wystawienie apostille. Trochę niewykonalne, prawda? Na szczęście główka pracuje, znajomi są uczynni i takim oto sposobem mój list będzie szedł bardzo, ale to bardzo okrężną drogą.

Aktualnie jestem na etapie szukania książek. Smutna wiadomość jest taka, że trochę będą do mnie szły.

Jakiś tydzień temu jadę sobie jadę, a tu taaaaaaki piękny facet biegnie. Ja na niego, on na mnie i to by było na tyle z tej ujmującej historii. Niestety ulica była taka, że nie za bardzo miałam się gdzie zatrzymać, a głupio mi było zawracać, bo może ma dziewczynę? Może już żonę? Dzieci? Szkoda, że ludzie nie mają na czole napisane wolny/zajęty, życie byłoby o wiele prostsze. :-D

niedziela, 18 sierpnia 2013

Oczekiwanie

Zdecydowanie zatęskniłam za blogowaniem, które dosyć aktywnie prowadziłam będąc w Stanach, a które niestety rzuciłam na czas pewien, dlatego też - oto jestem! Wracam z nowym blogiem, aby kontynuować to, co zamierzyłam kilka lat temu.

Jutro przede mną wielki dzień, życzę sobie, aby moje bycie dzieckiem szczęścia dało o sobie znać. Tym razem przyda mi się to jak nigdy przedtem.

Od dwóch dni mam waleczny nastrój i ta oto pieśń przyczepiła się do mnie na dobre: