Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemyślenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemyślenia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 stycznia 2017

[146] Three sad stories

Przeprowadzaliśmy wywiad z super ekstra sympatyczną mamą. Zadowolona wyszłam z sali, uśmiech z buzi nie chciał zejść do momentu aż nie zdałam sobie sprawy z tego, że kobieta była zupełnie nieświadoma tego co ją czeka. 6 tygodniowe dziecko miało żółtaczkę i mama "wyczytała na internecie, że to nic aż tak poważnego", bo po operacji wszystko będzie ok. Szczegół taki, że owszem, będzie, ale dzidziuś za trzy lata i tak będzie miał mieć przeszczep wątroby, bo ta operacja pomoże tylko na chwilę. Serducho mi pękło. :( Nie wiem co bym zrobiła, gdybym musiała ją wyprowadzać z błędu, że to takie proste i kolorowe jak myśli wcale nie będzie.

Później kilka osób z chorobą Crohna, kolonoskopia, bezobjawowa żółtaczka. Na końcu mieliśmy 7 miesięczne dziecko, które jeszcze nie zdążyło być od porodu w domu, bo a to sepsa, a to coś i tak zleciało, ech. Za dużo nas było, aby zmieścić się w pomieszczeniu, więc darowałam sobie wejście i podpierałam ścianę na korytarzu.

Na anestezjologii poza kilkoma seminarkami, na których uskuteczniam candy crush'a (1580 level pozdrawiam - utknęłam), mieliśmy zajęcia o śmierci mózgu i to było całkiem ciekawe. Mówiliśmy o tym jak się to stwierdza, ilu i jakich lekarzy trzeba, jak badają, jakie są problemy z rodzinami, itd. Na dziecięcym ICU jak zwykle masakra, leżą maluchy, które o ile przeżyją, będą upośledzone.

Na zakazach non stop zapalenia wątroby różnej maści. Ostatnio mieliśmy pana, któremu zostało jakieś pół roku życia, a przy cudzie może nawet i trzy lata. Marskość wątroby, portal hypertension, hypersplenism, thrombocytopenia, hemorrhages, esophageal varices, w przeszłości HCV i sepsa, a na dokładkę focal change w wątrobie (póki co 2cm i alpha-fetoprotein jeszcze nie podniesiona), ale że ma portal vein thrombosis, no to transplant baj baj. ECH - tyle powiem. Drugi pan trafił z ooooogromnym wodobrzuszem, żółtaczką, gynecomastią, superficial vein insufficiency, encephalopatią, zanikiem temporal muscle? i pewnie o kilku dolegliwościach zapomniałam. Od 18 roku życia heroinę sobie ładował, od 10 lat jest na odwyku, ale za to piwkiem się doładowuje, bo deprecha. Jest mi go szkoda. Bardzo.

Miałam się zabrać do opisania dyżurów, ale polotu brak.

Mam kilka koleżanek, które upokarzają się publicznie i latają z wywalonym jęzorem za Południowcami. Ktoś mi kiedyś napomknął o filmikach na youtube, gdzie ci nagrywają swe mądrości odnośnie tego gdzie i jak łatwo jest wyrwać laski. Coś mnie tknęło, że zaczęłam szukać tego i aż mi kopara opadła jak zobaczyłam te wszystkie smsy, które dziewuchy im wysyłają. xd Tutoriale pt. "jedźcie tam, bo łatwo zaliczyć, nie jedźcie tam, bo trzeba iść na rankę przed seksem." Ludzie, serio...? A laski jak biegały, tak nadal biegać będą. Aż mi wstyd, że jestem kobietą. Powinnam być facetem.

Sesja idzie, więc co Leila zrobiła? A oczywiście, że wynalazła sobie serial z pięcioma sezonami, każdy po 13 odcinków i grę, w którą ciśnie online. Trzymajcie mnie, ja, która serialów nie oglądam..




środa, 4 stycznia 2017

[145] Having classes at 8 is sooo tiring

U Was też są takie półmózgi, które na wszystkie zajęcia spóźniają się co najmniej pół godziny? Dziś przeszłam apogeum wkurwienia. Wracam z dyżuru nocnego do domu, idę spać dopiero po 1, wstaję o 6, aby być na uczelni na czas, a potem muszę czekać ponad pół godziny, bo możnowładztwo wypełzło z chaty dopiero o 8 i dotarło grubo po czasie, a zajęcia niestety się nie zaczną zanim większość nie przyjdzie (na czas byłam ja i druga osoba, a święta trójca sobie jeszcze słodko spała :)) Żeby tego było mało, to jeden z ciapaki-są-zawsze-święte-i-niczemu-winne, który wczoraj uparcie przekonywał mnie o tym, że uchodźcy wspomagają ekonomię europejską i jeśli o tym nie wiem, powinnam "do the reading", stwierdził, że był na zajęciach przed świętami. :)) Ciekawe, bo w tym czasie, kiedy 4 osoby gniły od rana w szpitalu, on już popierdalał sobie po Seulu, więc rozumiem pediatrię miał w Korei. <ok>  Gdzie się takie ameby rodzą? 0.0 Zero honoru, nic, pustka. A do tego jeszcze brak szacunku do tych, którzy swoje obowiązki traktują poważnie. Ciekawe czy do pracy też tak kiedyś będą przychodzić prawie godzinę później. Przed świętami ścięłam się z Niemką, dokładnie o ten sam temat. Siedzimy rano pod dyżurką i nagle zaczęły się lamenty "codziennie mamy zajęcia na 8, to jest takie TIRING!" Nie wytrzymałam i spytałam, że jak myśli, na którą będzie do pracy chodzić, na co odpowiedziała mi, że tam będzie wypłatę dostawać, więc będzie motywacja. XDD Pytam czy papier, który uprawni ją do tej wypłaty sam w sobie nie jest wystarczającą motywacją, no i odpowiedzi nie usłyszałam, jakieś sapanie pod nosem poleciało, echhhhs. Tak sobie myślę, że jest tyyyyyle ludzi, którzy się nie dostali na medycynę, ale potrafiliby korzystać z tego przywileju, gdyby jednak zaistnieli na liście przyjętych, a tymczasem "najlepsi z najlepszych" w dużej części okazują się mieć totalnie wywalone jaja na to, że są już dorośli i studiowanie medycyny to nie lans na fejsie, bo sobie wpiszą "studying medicine at blablabla" tylko dyscyplina i obowiązek. Kiedyś też takie podejście było czy to tylko dzisiejsza młodzież taka niedorobiona jest? Jeśli kiedyś będę uczyć, to biedni będą ci, którzy do mnie trafią.

Za jakiś czas dodam posta z rewelacjami z dyżurów, zakazów i pediatrii. Będzie sporo pisania o uschniętych nogach. xD

piątek, 23 grudnia 2016

[142] Ignorant racists

Wsadziłam kij w mrowisko. xD Pewnie do niektórych z Was dotarł filmik o tym jak w Delcie rzekomo wywalali z samolotu Arabów, bo kilku białym przeszkadzało, że rozmawiają po arabsku. Jedna z moich kolorowych koleżanek udostępniła ten post z wielkim oburzeniem, że mamy koniec 2016 roku, a ludzie nadal mają żałosne problemy i uprzedzenia o to, że ktoś mówi w innym języku. Trochę mnie to zagotowało, bo dzień wcześniej w Berlinie 60 osób ucierpiało, w tym 12 zginęło i to jakoś nie wzbudziło jej oburzenia na tyle, aby szczekać o tym na tablicy, więc spytałam czy tak samo mocno denerwują ją muzułmanie przyjeżdżający do Europy, którzy są urażeni naszymi flagami, świętami, symbolami religijnymi i sposobem ubierania. Jak nie trudno było zgadnąć, zamiast otrzymać odpowiedź, że tak, też ją to wkurza, zostałam obrzucona niczym innym jak "ignorantka! rasistka!" :D Potem zleciały się inne kolorowe osobniki i oczywiście poparły swoją przyjaciółkę, nie może być inaczej, w kupie siła.

Wyjaśniłam im, że uważam, że sami swoją postawą i ignoranctwem sugerują przyzwolenie na to, co złego dzieje się białym, bo słowa sprzeciwu nie wypowiadają w temacie, ale jak cokolwiek stanie się Arabom, to już koniec świata, bo cały jest wypełniony rasizmem i nienawiścią. xD Nic nie wkurwia mnie tak jak hipokryzja. Na końcu jako puenta wszystkiego wyczytałam, że "to dlatego, że jestem czarna tak krzywo patrzysz na mnie w szkole? Dlatego zachowujesz się jakbyś była lepsza?" Odpisałam, że jeśli krzywo się patrzę, to na pewno nie ma to związku z jej religią, bo gówno mnie ona obchodzi tak długo, jak krzywdy innym nie robi, ale dlatego, że drze ryja w szpitalu i nie ma szacunku ani do chorych w nim, ani do ludzi, którzy proszą ją o to, aby się uciszyła, a mimo wszystko nadal nie nazywam jej ignorantką. I co? Usunęła cały post, chyba nie chciała, aby ktokolwiek przeczytał, że święci muzułmanie nie są jednak tacy święci. :D Męczące jest to, że zawsze stawiają się w pozycji ofiar, rasistami i ignorantami są tylko i wyłącznie biali, a kolorowi są wiecznie uciskani i poszkodowani. Dziwnym trafem nigdzie jej nie ma jak zaczynam się pultać do białych, że są za głośno, no bo przecież tylko na nią krzywo patrzę i wyłącznie dlatego, że jest murzynką wyznającą islam.

Nie mogę doczekać się aż zobaczymy się w styczniu na zajęciach, może znów spróbują obskoczyć mnie w kilka na raz, tak jak niedawno obskoczyły inną białą za to, że krzywo patrzyła na ich dekolty po pępek i odkryte brzuchy, bo wcale nie przeszkadzało im wywalać cyce i pępki prosto w twarz pacjentów. xD Źle się składa, że nigdy nie unikam kłótni, jeśli czuję, że to coś ważnego, więc proszę bardzo, niech pokażą wszystkim jaka miłość do białych w nich siedzi.

Do rozmowy włączył się też Kurd i mimo, że najpierw na mnie naskoczył (co prawda nie w tak ostrym stylu jak moja somalijska koleżanka), to dogadaliśmy się, że spotkamy się twarzą w twarz i przegadamy wszystko na spokojnie, bo zaczął rozumieć o co mi chodzi. Kurdów zawsze lubiłam, oni jako jedyni walczą z tym, co złe, a cała reszta albo biernie patrzy na to, co się dzieje albo jeszcze wręcz sympatyzuje ze złem.

Nie chcę negatywnie nastawiać się na wszystkich muzułmanów, bo świetnie zdaję sobie sprawę, że nie wszyscy są popierdoleni i nie wszyscy chcą być ekspansywni ze swoimi wierzeniami, ale ilekroć nie chcę jakiemukolwiek pokazać, że swoim zachowaniem nie sprawią, że biali zaczną inaczej na nich patrzeć, tylekroć spotykam się z atakiem i stałym programem "ignorantka! rasistka!", a potem "czujesz się lepsza?" xD Dopóki sami nie zaczną czuć się równi biały, dopóty konflikt zamiast być mniejszy, będzie większy. Przecież żaden biały nie będzie wynosił ich na piedestał tylko dlatego, że są czarni, no litości. Sytuacja przeszła ze skrajności w skrajność, najpierw biały gonił czarnego, a teraz czarni bazują na wyrzutach sumienia białego i wszystko, co im nie leży okrzykują rasizmem/ignoranctwem. Dołączam fajny filmik, który dobrze podsumowuje wydarzenie z Delty i to jak muzułmanie podsycają problem. ;-)





Wesołych Świąt wszystkim życzę! :)

PS. Jeszcze w święta tu napiszę o ostatnich zajęciach z sądówki, bo były przekozackie i jest o czym opowiadać!


czwartek, 20 października 2016

[128] Craving for Asia

Chyba mam za dużo czasu, bo niedawno strzeliło mi do głowy, że może bym tak była doktorkiem w Korei Płd (znowu ciągnie mnie do Azji, echhhs.) Zapał trochę się ostudził po wyczytaniu, że Korea zagranicznych doktorków niespecjalnie chce, więc poświęćmy minutę ciszy poległym wizjom. [*] Ale, że nie ma rzeczy niemożliwych, to nigdy nic nie wiadomo. :> Im bardziej coś jest niedostępne, tym bardziej prę w tę stronę.

Miłość do azjatyckiej części świata zaczęła się jakieś 10 lat temu, kiedy stałam na placu Tian'anmen i słuchałam szwedzkiej przewodniczki opowiadającej o proteście studentów z '89 roku. Strasznie padało, więc nastrój był całkowicie dopełniony. Kilka lat później z ojcem wybrałam się na wyjazd służbowy. Potrzebny był zaufany tłumacz, a kto byłby lepszy jak nie córuś. :) Kilka tygodni spędzone w kilku miastach zrobiły swoje. Potem wyjazd do Japonii, która okazała się dość biedna w zabytki i Tokio było największą atrakcją. Mam bliski kontakt z kilkoma kontrahentami taty i są to niezwykle intrygujący ludzie. Są strasznie ciekawi świata, tego jak jest gdzieś indziej, bez znaczenia z którego azjatyckiego kraju pochodzą, chęć poznania mają tą samą.

To jedna z chwil, w których nie lubię mieć wyboru. Nie byłoby go, problem z głowy. Jest, to teraz wielkie zastanawianie "a może by tak..."





PS. Niesamowite jest to, że ci lalkowo wyglądający chłopcy przechodzą przez 2 lata przymusowego wojska, fajnie nie? :D W Polsce wojak mógłby wrócić, korposzczurki w garniakach kraju nie obronią.

PS2. Dokopię się do odpowiedniego pena, to powrzucam jakieś zdjęcia.




Od jakiegoś czasu chodzę kilka metrów nad ziemią!

niedziela, 2 października 2016

[126] Hello October.

Już październik, gdzie ten czas ucieka. Mam wrażenie, że jak dziś pójdę spać, to obudzę się na święta. xD

Raz na jakiś czas czytam gównoburze odnośnie aborcji i niedawno wyczytałam hity, które myślę, że śmiało mogą startować w konkursie wiedzy. Przytoczę, żeby za 10 lat móc sobie przypomnieć jaką wiedzą ludzie dysponują:

Absolutny #1 to stwierdzenie, że w inkubatorach są ratowane dzieci w tym samym wieku, co te poddawane aborcji! (oczywiście mówimy o Polsce, a nie Chinach) Autor tych słów twardo twierdził, że to prawda, bo Korwin tak powiedział, a on jest inteligentny i ma tytuły naukowe, więc to prawda.

#2 to informacja, że 25 dni po zapłodnieniu wyczuwalny jest puls u dziecka.

#3 embrion i płód to terminy obce/zakazane, więc notorycznie leci dzieckodzieckodzieckodziecko.

#4 jakiś pan polecił paniom podwiązanie jajowodów ("bo problem z głowy"), kto by tam zważał na to, że takie widzimisię w PL jest nielegalne.

#5 zapis prawny "kobieta może ulec karze" zupełnie nie oznacza, że zostanie jej poddana i niepotrzebna jest zmiana zapisu na "nie podlega karze". A ja się dziwię, że na wszystkich testach w Polsce, czy to gimnazjalnych czy to maturalnych, są niziutkie wyniki w czytaniu ze zrozumieniem.


wtorek, 3 maja 2016

[115] Infectious diseases

Wczoraj zaczęłam intensywnie rozmyślać nad tym, że bardziej powinniśmy się cieszyć tym, że jeszcze bezkarnie możemy świętować dzień naszej flagi, bo jeszcze trochę, a może przyjść dzień, kiedy ktoś stwierdzi, że go to obraża. o.O

Kilka dni temu wdałam się w dyskusję z murzynką, która twierdzi, że akt wandalizmu na jej samochodzie to wynik rasizmu. xd Może i tak, ale aż mnie dupa boli, kiedy widzę, że zaczyna się w Europie dziać to, co w Stanach. [*] Czarnoskóry nie zdał testu - rasizm nauczyciela, czarny pracy nie dostał - rasizm pracodawcy, a nie brak wykwalifikowania. Czarny wyciągnięty do odpowiedzi - rasizm. Czarny złapany przez policję - rasizm. Wszystko jest rasizmem. To samo teraz, dziewczyna nie złapała sprawcy, ale na 100% to przez jej kolor skóry i cały kraj jest automatycznie gówno wart. >.<'' Szkoda, że ten rasizm nie działa, kiedy białemu ktoś auto zepsuje. xd Zawsze poszkodowani są tylko nie-biali. Świat jednak nie potrafi balansować na równi, szala zawsze musi przechylić się w którąś stronę; najpierw czarni byli tyrani, za niedługo biali będą. W sumie już teraz wolność słowa działa tylko w jedną stronę, ech.. :D

Na zakazach tylko wiatrówki i mononukleozy, więc trochę nuda. Czasami trafią się niemowlaki matek z HIV na diagnostyce i tyle. W sumie nigdy wcześniej nie widziałam nikogo, o kim wiedziałabym, że ma HIV. Myślałam, że to zmarnowani życiem ludzie, którzy wyglądem prawie przypominają zombie, a tu zdziwko, taki obraz ma się nijak do rzeczywistości. W większości normalnie wyglądający, utrzymani ludzie. Mieliśmy przypadek nastolatki, która postanowiła przestać brać leki i przez 3 miesiące ich nie brała, potem mama zorientowała się, że tabletki nie znikają, szybko przyleciały do szpitala, w szpitalu badania, wyszło, że ma za wysoki viral load, lekarze przekonali ją by z powrotem zaczęła brać leki, wróciła do domu. Po niedługim czasie z powrotem trafiła do szpitala, znów badania, viral load jeszcze większy niż ostatnio (coś ponad 3000, gdzie norma jest <50.) Okazało się, że się wirus uodpornił no i nie wiadomo co z dziewoją będzie.
Przed każdymi zajęciami robią nam test na 10 pytań i trzeba to zdać, aby nie dostać -1 punkta do egzaminu. Jedno z pytań było o zapalenie oskrzelii; co jest pierwszą linią leczenia, no to zadowolona, że wiem, piszę amoksycylina z kwasem klawulanowym. I sru, klops. Zapalenie oskrzeli najczęściej spowodowane jest przez wirusy, więc żadnego antybiotyku się nie daje. >.<' Nienawidzę takich podchwytliwych pytań. xd

Na diagnostyce laboratoryjnej sprawdzaliśmy sobie grupy krwi, potem pacjentów X, a potem jakieś ćwiczenie, które do tej pory nie wiem, co miało na celu, ale trochę zajęło i wynik nam bardzo mocno minął się z oczekiwanym. xD Wspomnienia z biochemii wracają. <3

Mam nadzieję, że na kole z immunów poszło mi celująco. Jeżeli nie chcę pisać przeklętego kolokwium podsumowującego, muszę zdać bardzo wysoko. :-| Nie cierpię tego przedmiotu, bleh. A podobno jest lepszy niż genetyka. Dałabym wiele, by genetykę robić drugi. [*] Ale dla pocieszenia; zostały mi jeszcze tylko ostatnie zajęcia i papa!

Z farmakologii dostałam piąteczkę z recepty, badum tsss! Jeszcze tylko jedno kolokwium i zacznę stresować się egzaminem.

Onkologia się skończyła, teścik końcowy był całkiem spoko, praktycznie wszystko to, czego nauczyli nas na genetyce. xd

EDIT [4.05]: Czika czika bum! Jestem zwolniona z immunów, dostałam maxa, świat jest piękny!! :-D Do zobaczenia na egzaminie. <3

Zapomniałam wspomnieć o tym jak wyglądały zajęcia z onkologii. Dostawaliśmy fantomy i badaliśmy piersi (były różne rozmiary!), jądra, i odbyty oraz ocenialiśmy zmiany skórne w kierunku melanomy. Było bardzo fajnie, prowadzący był do tego stopnia wzorowy, że aż kilkakrotnie myśl czy by może nie odwiedzić go na kole, przemykała niezmęczona.



środa, 18 listopada 2015

[98] I know you guys!

Szeroko uśmiechnięci weszliśmy na SOR, aby przyjąć pacjentkę z nadciśnieniem, a tu bam! My zonk, ona zonk i "ja Was państwa znam! Byliście u mnie na dermatologii." Okazało się, że pani nabawiła się nadciśnienia po sterydach, którymi poleczono ją na dermie i kazali jej przejść na drugą stronę ulicy, aby w tempie ekspresowym wykonać EKG. xd Świat. Jest. Mały.

Na pediatrii mieliśmy zobaczyć najniegrzeczniejszy okaz roku. Jeszcze tak znerwicowanego dziecka nie widziałam.

Donald Trump skutecznie wzbudza we mnie pozytywne emocje. Ilekroć nie obejrzę z nim filmików, zawsze poprawia mi humor. Patrzcie na to: >>KLIK<< :-DD On jest przezajebisty, jeszcze ta muzyczka i wklejony plaskacz na końcu, haha. xD

sobota, 14 listopada 2015

[97] They call them refugees

Długo zwlekałam z postem o uchodźcach, chyba sama siebie próbowałam przekonać, że ciapaki wcale nie są aż tak złe, w końcu "not all Muslims are terrorists", ale niestety ciężko nie dodać do tego "but all terrorists are Muslims." Trochę bawi mnie slogan "terroryzm nie ma religii." Ciekawe ile jeszcze podobnych sytuacji do tej w Paryżu musi wydarzyć się, aby Europa nareszcie oprzytomniała? Współczuję wszystkim poszkodowanym, ale mam też przy tym cichą nadzieję, że ich śmierć nie pójdzie na marne i więcej krajów zacznie zauważać problem. Patrząc na to, co się w Europie dzieje, coraz bardziej jestem skłonna oczekiwać spełnienia przepowiedni.
Czasami żałuję, że nie pochodzę z krajów, w których świetnie działa wywiad. Od zawsze marzyło mi się CIA i Mosad. Chciałabym znać prawdę, co tak naprawdę dzieje się na świecie, a nie słuchać papki, którą karmią nas politycy i media. Kto ma interes w uchodźcach? Niespecjalnie chce mi się wierzyć w to, że Merkel ma dobre serce i chce im pomóc, i też nie uwierzę w to, że chce taniej siły roboczej czy też odmłodzić starzejące się społeczeństwo, bo za rogiem ma pełno chętnych na wyjazd Polaków i Ukraińców, więc po co jej więcej ciapactwa skoro już z Turasami mają problemy? Stany powinny smażyć się w piekle za to, co nawyrabiały, aczkolwiek wierząc przepowiedniom; zatoną po uderzeniu meteorytu, więc karma ich dosięgnie. Pukam się w głowę, gdy na tablicy na FB wyskakują mi posty amerykańskich znajomych, że współczują Francji i tak bardzo żal im uchodźców. Szkoda, że nie było im ich żal, gdy poszli na ich tereny szukać nie wiadomo czego. Dziwne, że nie widzą, że ich własny kraj jest wszystkiemu winien i że to właśnie im zależy na tym konflikcie.
Dla zainteresowanych przepowiedniami; polecam Nostradamusa i ojca Klimuszko. O ile Nostradamus pisał zagadkami, które stają się jasne zazwyczaj dopiero po wydarzeniu, Klimuszko przejrzyście opisał, co widział, jednak N. jest ciekawszy. :-P Jeśli ktoś jest zainteresowany, mogę wrzucić tu teksty i ich interpretacje lub podyskutować o tym poprzez e-maile. Ten temat to mój konik.


To już raz w historii było przerabiane:


Niebawem:


 :-D


środa, 4 listopada 2015

[95] Busy doing nothin'

Dziwkanaty mają to do siebie, że panie w nich pracujące nie potrafią docenić ciepłej, państwowej posadki, która nie wymaga krzty odpowiedzialności za cokolwiek. Gdybym mogła, to powiesiłabym mądrale zajmującą się moim rokiem za jaja. Nie dość, że wielkim problemem jest poprawnie wpisać adres e-mail, to jeszcze zupełnie przez przypadek odkryłam, że w indeksie mam jak byk wbite "conditional credit" za rzekomy brak odbytych praktyk. Jakaś piz** zgubiła moje papiery i ja teraz mam znów biegać od dzwona do dzwona, do kolejnych łaskawych pań piastujących równie ciepłe posadki, aby z miną pt. "gówniaro, właśnie zabierasz mi minutę nic-nie-robienia" wbiły mi pieczątkę za veni vidi vici?! Znów ma to zająć dwa dni, tak? Bo dziś oddziałowej nie ma, przyjdź jutro, jutro zostaw indeks, pojutrze wróć po niego. *facepalm* Ręcę opadają, rozgoniłabym to jakże życzliwe towarzystwo w try miga. -.- Mało tego! Mój problem to jeszcze nic takiego, poza faktem, że na dwie strony mam wbite zajebiście kobylastą pieczątkę o niechlubnej treści. Otóż są ludzie, którzy po raz drugi nie zdali parazytów i dopiero po miesiącu nauki w nowym roku akademickim dziwkanat zorientował się, że oni przecież nie mogą ponownie poprawiać tego samego przedmiotu będąc już na 3 roku! Muszą cofnąć się na drugi rok i robić TYLKO biologię!! W tej sprawie brak mi słów. Oczywiście dziekan wyjechał gdzieś na miesiąc, więc pozostaje tylko męczenie buły rektorowi, któremu takie sprawy zapewne koło tyłka latają. Pochlastać się można. I przy tym babka z dziwkanatu z tekstem "nie do mnie te pretensje, jestem tylko sekretarką." No przecież! Po co być za cokolwiek odpowiedzialnym skoro można przepychać pałeczkę z ręki do ręki.

W ramach zadośćuczynienia za kardynalny brak wiedzy na dermatologii w zeszłym tygodniu, tym razem nauczyłam się na cycuś glancuś. Mogłam odpowiadać za wszystkich innych w grupie. Krążyły plotki, że wygrałam los na loterii i miałam poprawiać odpowiedź z tygodnia wstecz, ale bezmyślnie uznałam, że doktor terminator robił sobie jaja i jak wszyscy inni przez dwa lata studiowania, próbował tylko zmusić studenta do dodatkowego zawracania sobie głowy czymś, co i tak już nie miało znaczenia. W końcu co się do dziennika wpisze, to się nie odpisze, co nie? Okazało się, że jednak da się odpisać. Po mojej cudownej odpowiedzi z bieżącego tematu rzucił pytaniem z poprzednich zajęć. Momentalnie duma z bycia nieprzeciętnie obkutym rozprysła się po kątach. Nic na mnie nie działa tak jak wstyd, dlatego podejrzewam, że na koniec semestru będę specjalistką od dermy. I pomyśleć, że miał to być przedmiot typu "mogę to sobie podarować, są ważniejsze." :-( Zastanawia mnie czemu się tak uparł na to poprawianie. Nie wytłumaczył nam czym skutkuje brak przygotowania, więc na razie beztrosko podchodzę do sprawy minusika w tabelce. Albo ma to tragiczne skutki i terminator jednak ma dobre serce albo lubi dziewczynki albo upatrzył sobie mnie na wałkowanie. Może to być prawdopodobne, na ostatnich zajęciach zamknął mnie w PUVA i chyba miał nadzieję, że mam klaustrofobię. xD

Farmakologia na razie jest całkiem fajna. Prowadząca wydaje się być super, na pewno dobrze tłumaczy, a że nie ciśnie nas jak reszta doktorów, to może jest to zadośćuczynienie za to, że prawie wszystkie zajęcia mamy z profesorami/kierownikami katedr i wiadomo czym to skutkuje. Nie zmienia to faktu, że wolałabym mieć luzy na dermie, a musztrę na farmie.
Pisanie recept wcale nie jest takie proste, trzeba być do tego trochę humanistą.

Na internie pierwszy raz udało nam się przeprowadzić kompletny wywiad. Pomógł nam w tym brak obecności prowadzącej. Gdy lekarze stoją obok, nikt nie chce o nic pytać. To chyba strach, że walniemy arcy głupim pytaniem. Na końcu zaliczyliśmy małą wtopę bowiem kolega lekkodusznie rzucił "jak się grzecznie spytać czy regularnie robi kupę?" i okazało się, że pacjent rozumiał język, którym się posługiwaliśmy. xD Ach te studenty. Póżniej przeszliśmy do badania, które do łatwych nie należało, ponieważ pan miał BMI ponad 40, a u otyłych ludzi nie słychać wszystkiego, tak jak u innych. Littmann ledwo sobie radził, a ja odniosłam wrażenie, że ogłuchłam. Nie wątpię, że to kwestia wprawy; nie mam jej i jeszcze długo miała nie będę.
Będąc przy temacie stesotkopów; nie spodziewałam się, że zaprezentujemy różnorodność żywcem z tęczy wyjętą. Dosłownie każdy możliwy kolor wystaje z kieszeni fartuchów, a myślałam, że królował będzie czarny.

Na Halloween standardowo męczyliśmy planszóweczki. Jesteśmy grupą fazowiczów, wiem. Nawet rozszerzenie dokupiliśmy, aby wydłużyć fazowanie. :-D Przed imprezą zrobiliśmy nalot na market w celu zakupienia szkockiej whisky typu blended, co też jest już tradycją, choć tym razem wparowaliśmy w przebraniach i dziwię się, że nikt nie odebrał tego jako napad. xD Cieszę się, że ominęłam uczelniany clubbing. Doszły mnie słuchy, co się działo i przez 2/3 czasu spędzonego tam miałabym transparentny żal wypisany na buzi. Naprawdę nie rozumiem mody na napruwanie się do upadłego i ekspresowe tracenie świadomości. Smutne, że ludzie bez alkoholu bawić się nie potrafią i zanim nie wleją w siebie kilku kielichów są drętwi i totalnie nieśmieszni. Świecie, dokąd zmierzasz?

sobota, 30 maja 2015

Być dzieckiem szczęścia cz. 325783292

W życiu jeszcze nie przytrafiło mi się coś tak niespodziewanego. Jako, że w jednym dniu trafiły mi się dwa egzaminy (y), to siły trzeba było rozłożyć i świadomie skupiłam się na tym trudniejszym, więc patofizjo prawie całkowicie olałam, z racji, że "łatwiej będzie we wrześniu zdać/może uda mi się przejść na wiedzy, którą w ciągu roku wryłam w główkę." Jak wspomniałam w ostatnim poście, pytania dostaliśmy oczywiście w 95% nowe, mogliśmy się wesprzeć aż pięcioma starymi, w których i tak sens został zmieniony, więc jak ktoś wyuczył się na pałę, to nawet tych 5 punktów nie dostał. Otworzyłam arkusz i moje zagubione oczka ujrzały super "lakoniczne" odpowiedzi, których przeczytanie, przeanalizowanie i zrozumienie trochę zajmowało, a na które mieliśmy minutę/każde, więc po przeanalizowaniu swoich szans na zdanie, w przeciągu sekundy przełączyłam się na tryb "do zobaczenia we wrześniu." Jeszcze nigdy wcześniej nie poddałam się tak szybko. Zła, rozdrażniona i pełna nienawiści do osób, które nas oszukały tydzień wcześniej, od niechcenia po kolei przeskakiwałam z pytania na pytanie (czego zazwyczaj nie robie, bo pierwsze w kolejności zawsze są te, które umiem "na 100%.") Za bardzo nie rozkminiałam czy aby na pewno będzie dobrze, gdzie jest kruczek i czy w ogóle jest, a jak były odpowiedzi "wszystkie powyższe są poprawne", to zaznaczałam je na odczep, jeśli wcześniej coś wyraźnie nie rzuciło mi się w oczy jako "nie, to na pewno jest źle." I wiecie co? Byłam pewna, że ilość moich punktów będzie niemalże równa 0,00 a kilka godzin po egzaminie na fejsie pojawiły się wyniki i swój index znalazłam na pozycji oznaczonej 4. Punkta lub dwóch brakło mi do 4,5. No cóż, miej wyjebane, a będzie Ci dane.

I co te stypendia są warte, jak jedni lecą wszystkie egzaminy na nowiuśkich pytankach, a inni mają giełdy z poprzednich lat/podwędzają egzaminy?

czwartek, 9 kwietnia 2015

Mikrobiologicznej gorączki czas start

W poniedziałek skończy się wielkanocny błogostan. [*] We wtorek trzeba będzie iść na uczelnię, chlip chlip. Chyba zaczynam łapać doła. Kolejnego w mojej początkującej karierze medycznej. Za dwa tygodnie egzamin praktyczny z mikro, a ja co? Otwieram pdf'y, czytam tylko, że Bacteroides, Porphyromonas i Prevotella są obligate anaerobes (GN) i zamykam laptopa. Z takim zapałem do nauki mogę szykować wakacje na wrzesień. Krzyż na drogę.

Wczoraj przeżyłam wybuch radości, jak dowiedziałam się, że zdałam GI tract z patofizu. Skąd ta euforia? Niby nic szczególnego w zdaniu kolokwium, ale prowadzący ubździł sobie, że zdawalność ustanowi od (uwaga!) 75%. *ok* Miałam 82, bumbumbum, szpęcjalysta od chorób ukł. pok. rośnie. xD

Bardzo męczą mnie zajęcia z socjologii. Ostatnie dwa przebimbałam czytając The fault in our stars. Potem może być problem, bo na koniec czeka nas projekt, który sami musimy wymyśleć w oparciu o wiedzę zdobytą na zajęciach. Nietrudno zgadnąć, że w chwili obecnej ów wiedzy nie posiadam. Jedyne, co słyszałam, to kłótnię między paniami, a panami o to czy panie powinny otrzymywać takie samo wynagrodzenie jak mężczyźni i czy mogą wykonywać prace, które są przyjęte za typowo męskie (np. strażak, murarz itd) Nie wiem po co nam tak duża ilość tych zajęć, bo mamy je aż do początku czerwca, gdzie np. anatomię kliniczną kończymy z początkiem maja, ale ok, są rzeczy ważne i ważniejsze. Tak samo nie rozumiem po co nam zajęcia z etyki skoro to kolejne godziny spędzone na kłótni czy aborcja powinna być dozwolona na całym świecie czy nie, czy eutanazja jest ok, jak chrześcijanie postrzegają medycynę, jak jehowi, blablabla. Może w połączeniu z religiami jest to ciekawe, ale na kij mi się kłócić o jakieś eutanazje i aborcje skoro wszyscy jesteśmy dorośli, mamy na ten temat swoje zdanie, a nauczycielka nie może słowem się odezwać czy coś jest dobre czy złe? Albo jestem tępa albo ktoś tu próbuje na siłe zrobić ze mnie filozofa. xd

PS. Jestem w dupie z patomorfą, ponieważ przez durne prezentacje i brak kół jeszcze książki nie rozpakowałam z folii, więc wyobraźcie sobie mój byt na egzaminie. (czyt. powołam się na wyliczankę: eeny, meeny, miny, moe, catch a tiger by the toe, if he hollers, let it go) Chyba co roku schemat się powtarza, bo rok temu zdało tylko 5 osób z racji tego, że w jakiś sposób ukradli egzamin. xD Lovely September, I'm coming!!

PS2. Egzamin z patomorfy zdaje się po uzyskaniu 70%, nauczyciele w trakcie roku rozdają minus punkty za złe zachowanie, niesłuchanie, nieobecność w dniu, w którym ma się prezentacje, itd. Skala jest od -1 do -7, także ten... xD

wtorek, 17 marca 2015

Przerost formy nad treścią

Dziś może mało medycznie, ale o temacie związanym, mianowicie o studentach medycyny na mojej uczelni. Nie wiem do jakiego wariatkowa trafiłam, bo to zbiegowisko Niemco-Kanadyjczyko-Amerykano-Szwedów, to jakieś konie rozpłodowe, które krzyżują się ze sobą na krzyż i wcale nie widzą w tym nic złego, że codziennie mijają się na korytarzu/są w jednej grupie. Mi by się dziwnie w przygodny sposób spało z kimś z kim mam codziennie zajęcia i wykłady, no ale jak kto woli. W ogóle mega gardzę bzykaniem się na krzyż i mimo, że w grupie mam trzy największe dupeczki roku, to szybko przestali mi się podobać, jak dotarła do mnie informacja o tym co wyprawiają. Szczyt hipokryzji, bo pamiętam sytuację sprzed roku, kiedy spytali o mój związek czy jest to big love, powiedziałam, że nie, to skomentowali, że "wykorzystuje chłopaka." Jeszcze wtedy miałam o nich dobre zdanie, a szkoda, bo powiedziałabym co o nich myślę. W dodatku starosta roku daje przykład i sam przoduje w dawaniu na boki, także jak dla mnie gonorrhea all around!!

Kolejny kontrowersyjny temat, to temat pieniędzy. Na początku myślałam, że wszyscy są kasiaści, no bo tyle kasy bulić rocznie, to dość sporo, ale jak się okazało, nie do końca jest jak myślę. Mimo, że mają ojro, dolary i inne dobrze stojące waluty, to mają problem z budżetem. Kij w to, że żadne z nich nie ma auta, ale każda laska łazi z torebkami LV i MK, każdy ma makzbuka, ajsrona i inne "fancy stuff.", więc wydawało mi się, że mamona jest. Wyklarowała się sytuacja, która nieco mnie zdziwiła i zbulwersowała zarazem. Dużo osób oblało biochemię. Powinni zacząć ją w tym semestrze od nowa z pierwszym rokiem, ALE... nie zaczną, bo nie mają kasy na opłacenie kursu. Trochę beka nie mieć $1,500 na kurs poprakowy, ale nosić się z super hiper markowymi gadżetami. Ostatnio słuchałam opowieści pewnej damy, że kupiła sobie trampki od LOBUTĄ (zostałam poprawiona za wymowę lobutin) i musi teraz oszczędzać, bo się spłukała! Serio? Skoro nie masz kasy, to na kij Ci takie trampki żeby potem przez miesiąc w ramach oszczędności trawę gryźć? Ów pani od lobutą miała akcję z właścicielem mieszkania u którego wynajmowała, bo wyniosła się w połowie miesiąca i uważała, że z tego tytułu płacić już za wynajem nie musi wcale. Ale ona jest bogata, jakby kto pytał, bo przecież ma markowe butki i torebki. xd Kolejne przykłady "bogactwa" to osobniki, które twierdzą, że mają auto. Ostatnio mieliśmy jakieś badania naukowe prowadzone i szła ankieta, która badała związek pomiędzy doinformowaniem, a zamożnością i pojawiły się pytania np. o auto czy się je ma, a jeśli tak to jakie. I moi durni znajomi mieli dylemat, KTÓRE auto wpisać, bo mają DWA! Co z tego, że jednym jeździ matka, drugim ojciec, ale oni mają dwa. xDD Wiecie co? Śmiech na sali. W cholerę masz to auto, zwłaszcza, że przez 10 miesięcy w roku nie widziałam go ani razu na oczy, a dwa, że zanim je weźmiesz, to familię musisz pytać czy możesz. xd No, ale mają auto, ok. Kolejna gwiazda nie poszła do kogoś na urodziny, bo "nie ma pieniędzy na prezent", ale po weekendzie przyszła na uczelnię w nowym szaliku z lisa. Podobnych przykładów mogłabym wyszukiwać w nieskończoność, ale aż zaczynam się denerwować jak o tym piszę. Może mi ktoś wytłumaczyć po co się tak sztucznie pokazywać skoro nie prezentuje się nic poza przerostem formy nad treścią? Dużo koleżanek z roku mnie bardzo nie lubi tylko dlatego, że jeżdżę autem jakim jeżdżę, jakby to rzeczywiście był powód do nienawiści. Jeszcze bardziej im żal dupę skręca, że moi rodzice zarabiają w PLNach, które są 3-4x mniej warte niż ojro/dolar, więc teoretycznie z samego tytułu mieszkania w bogatych krajach powinny świecić pieniądzem, a tu ups, niespodzianka, patelnia w twarz, bo Polka-srolka jest bogatsza, o nieee! Nigdy nie wywyższałam się z powodu zamożności, ale chyba powinnam zacząć wpasowywać się w otoczenie, jebnąć na instagrama 7 ekskluzywnych aut, które są w domu, do tego posiadłości i inne gadżety, bo to przecież ten cool styl życia, który prowadzą znajomi z roku. Żenuaria max.

Jak tak czasami patrzę jacy durni życiowo ludzie mają zostać lekarzami, to aż mam ochotę walnąć głową w stół.

PS. "Bogacze" świata prawie nie widzieli, bo poza swoim krajem, to oni do tej pory nigdzie jeszcze nie byli. Mój ojciec musi kraść skoro od 15 lat podróżujemy daaaleko poza europejski kontynent i nawet dostałam pytanie czy nie jest z rządu. XDD Padłam.


Update; [18.03]

Tak mnie jeszcze natchnęło; jak już jestem przy temacie studentów, to dodam jeszcze jeden dość ważny aspekt. Nie wiem jak na innych uczelniach, ale na mojej teoria o tym, że studenci medycyny sporo pompują w żyły jest jak najbardziej prawdą. Strasznie dużo mam ludzi na roku, którzy nie dają rady z ciśnieniem i wspomagają się różnymi dopalaczami. Jedni mniej, drudzy więcej, jedni lżejszymi, inni aż po amfe sięgają. Najlepsza studentka roku jedzie na tabletkach dla dzieci z ADHD, haha. Dostała jakieś krzywe stwierdzenie o ADHD, wykupuje recepty na prawie $150/opakowanie i jest szczęśliwa. Nie do końca do mnie trafia powód takiego dopalania się, bo wszystko fajnie, zdasz kolokwia i egzaminy, ale jak przestaniesz brać dragi, to wszystko w ekspresowym tempie zapomnisz i jaki potem będzie z Ciebie lekarz? Kilka osób już się na tym przejechało i wylądowało w szpitalu. Mają teraz problem, bo rozwalili sobie cały układ pokarmowy i muszą lecieć na jakiś super restrykcyjnych dietach pt. specjalnie wyznaczony posiłek o 7:00, 10:30, 13:00 itd, i potem na zajęcia się spóźniają, bo dieta. xd Strach w dupę zajrzał i nagle już wyniki w nauce spadły, poprawa za poprawą, brak obecności, ucieczki przed testami.
Do tego dochodzą jeszcze imprezy. Jak bardzo trzeba być głupim, aby imprezować, zalewać mordę na bibkach do takiego stanu, że zaczynasz się zabawiać z koleżanką na oczach innych, a przy tym jeszcze brać dragi, aby co? Dodać dreszczyku emocji, że można po tym szybko zejść z tego świata i zmarnować pieniądze rodziców, bo bez sensu zainwestowali w nieodpowiedzialne dzidzi? Przyszli lekarze, elita...

poniedziałek, 16 lutego 2015

Wyścig szczurów

Jednak nie będę miała trzech dni wolnego. I jednak w poniedziałki będę pojawiała się na campusie co tydzień. Miał być tylko przedmiot widmo, a okazało się, że dopiero w drugim semestrze ukażą się jego rogi. Przyszły doktorantki i prowadzący nagle wprowadzili rygor. Nagle sprawdzają obecność i nagle potrzebny jest cały rok, a nie tylko ci, co przedstawiają prezentacje. Nagle będą pytać. I nagle na wyrywki 4 osoby będą pisały test. Dobra, niech będzie, nie to mnie zdenerwowało, bo w końcu powinno tak być już od października.

W zeszłym semestrze zrobiono listę uczniów według której miały iść prezentacje. Kto kolejny, ten robi. No i wszystko ok, ale w nowym semestrze zapanowała anarchia i nagle stara lista (mimo, że niedokończona i 15 osób nadal ma prezentację do wyrobienia, a trzeba ich mieć dwie na cały rok, aby zaliczyć ćwiczenia) stała się nieaktualna i zapisy ruszyły od nowa. Wszystko fajnie, ale na jaki chuj zapisują się na nią osoby, które mają już te dwie prezentacje zrobione?!?!?! Rozumiem wyścig szczurów po extra punkty na egzamin, ALE najpierw dajcie komuś zrobić minimum, a potem sami wyskakujcie przed szereg. I takim oto sposobem czołowe gwiazdy roku, które tak czy siak zawsze mają 4,5-5 z egzaminów, pozapisywały się na za tydzień i w dupie mają, że będą robiły trzecią prezentację, a inni nadal mają ich zero. Najlepsze jest to, że wśród ów gwiazd jest starosta roku, który powinien pilnować porządku, ale jak widać są równi i równiejsi. :-)) Co z tego, że mogliby te prezentacje robić na koniec semestru, kiedy zostałyby wolne miejsca, kiedy można zająć czyjeś miejsce i odbębnić extra punkty, kiedy jeszcze nie ma żadnych kolokwiów, a średnim i słabym uczniom można wjebać prezentację w tydzień, gdzie będą dwa czy trzy koła. :-)) ŻE-NA-DA. W ogóle drażni mnie bazowanie na extra punktach. Zbierz dupę w książki i naucz się tego do cholery, a nie potem świeć przed resztą, że masz 5, nieważne, że bez extra punktów byłaby goła czwóra. UGH. Jak będę robiła doktorat, to przysięgam, że będę cięła tych wszystkich sprinterów z wyścigu.

środa, 4 lutego 2015

Państwo Islamskie

Od razu mówię, że jak ktoś ma słabe nerwy
i nie chce słuchać o przemocy,
to niech nie czyta tego posta!
 
Wczoraj zamiast się uczyć, oglądałam konferencję live amerykańskich generałów z ministrami, która została zwołana w trybie natychmiastowym zaraz po tym jak ISIS (Państwo Islamskie) opublikowało filmik, na którym uwiecznili scenę palenia żywcem Jordańskiego pilota. Nie wiem czy Polska telewizja cokolwiek mówi w temacie tego, co dzieje się na terenie Iraku, Syrii, Jordanii, Libanu, Libii, Egiptu, Lewandy i w innych obszarach objętych zamieszkami. Od jakiegoś tygodnia śledziłam całą historię rozwoju ISIS i tego, co Ci popaprańcy wyprawiają, aż kulminacyjny moment nadszedł wczoraj, kiedy godzinę siedziałam z płaczem przed laptopem nie wierząc w to, co zobaczyłam. Film nakręcony jakby miał startować w konkursie o Oskara, zbliżenia na topiącą się twarz, nawet krzyków ofiary sobie nie darowali. Nie wiem jaką bestią trzeba być, aby wsadzić kogoś DO KLATKI, oblać benzyną i wylać ścieżkę, która prowadzi do ów klatki, a potem rytualnie pochodnią zapalić wszystko w pizdu, śledzić drogę ognia i oglądać jak człowiek pali się żywcem. Myślałam, że to wszystko trwa dużo szybciej. Najpiew Jordańczyk miotał się na stojąco, potem padł na kolana, złapał się prętów klatki i dopiero wtedy zszedł, chwilę przed tym jak skóra zaczęła się topić. Następnie zasypali go gruzem, aby ugasić ogień. Myślałam, że takie coś jest tylko w filmach i minęło bezpowrotnie razem z czasami średniowiecza, kiedy palono "czarownice". Mam żal, że pomimo tego, iż Stany prędzej czy później rozgonią towarzystwo, to nie zgotują im takiego samego losu. Nic tylko dół wykopać i podpalić ich tam wszystkich razem, bo kula w łeb czy lina na szyję, to zbyt szybka i zbyt łagodna śmierć. Mam nadzieję, że ktoś wpadnie na pomysł, aby żołnierzom rozdawać tabletki z cyjankiem, jak to było w II wojnie światowej, to oszczędzi im upokożenia, w razie, gdyby zostali złapani.

Ścinanie głów to pikuś przy tym spaleniu. Pikuś, że ów głowy kładą na auta i tak z nimi jeżdżą. Nie wiem jakim trzeba być upośledzonym człowiekiem, aby żywić się takimi zbrodniami. Nie chcę krakać, ale jak ISIS tak dalej będzie zaczepiało świat (non stop porywają kogoś zagranicznego i publikują filmik z egzekucją), to w końcu z lokalnych zamieszek urodzi się to w III wojnę światową. Japonię już zaczepili, Australię i Stany też. Australia ze Stanami już robi naloty i pomaga Kurdom, do tego Arabia Saudyjska, Jordania, Emiraty Arabskie, Francja, Kanada i Anglia + mnóstwo innych krajów arabskich. ISIS liczy tylko 80 tysięcy żołnierzy (w tym pewnie dzieci, bo ostatnio nawet na obronę jakiegoś miasta wystawili nieletnich! Hitler to robił pod koniec wojny, jak już nie miał kim walczyć, więc wniosek z tego, że i ISIS ma uszczuplone zaplecze.) Nie wiem tylko dlaczego dopiero teraz zaczynają się za nich zabierać, skoro ISIS istnieje już iks czasu, a takie coś tępi się od zarodka!! W dodatku Państwo Islamskie nie trudni się w niczym tak cudownie jak w napadaniu cywilów. Wysadzili bombkę w hotelu, na pustyni zabili 700 niewinnych beduinów, którzy z tym wszystkim mają tyle wspólnego, co chrząszcze z produkcją miodu. Naprawdę brak mi słów i jestem cała rozgoryczona, że to wszystko już tyle trwa (od roku ISIS działa na własną rękę, wcześniej działali z Al-Ka'idą), a najgorsze, że prawdopodobnie będzie trwało drugie tyle! Niby to mnie nie dotyczy, ale czuję się za to w jakimś stopniu odpowiedzialna. Siedzę na dupie w państwie, w którym dzięki bogu nic się nie dzieje, kiedy inni mają odcinane głowy i są paleni żywcem tylko dlatego, że nie akceptują tyranów, który wymarzyli sobie, że stworzą państwo, które nawet nie ma swojego terytorium! A wiecie co jest najlepsze? Że do ISIS rekrutują się też popaprańcy z Europy i Stanów, jadą tam i czerpią przyjemność z tych okrutnych zbrodni. Gdzie jest jakikolwiek bóg?

wtorek, 27 stycznia 2015

All about me being a procrastinator



Pokoju jeszcze nie sprzątałam, więc pewnie zrobię to jutro.
Panikować powoli zaczynam.
Listy zadań nigdy nie robię.
Drzemki już dziś były.
Cały czas gubię ścieżkę naukową.
Zdjątka na insta lecą pełną parą.

Facebook all day all night.
Już złożyłam zamówienie na waniliowe wafelki.
Candy Crash level 394.
Od kiedy opuściłam Stany, telewizji i seriali NIE oglądam - yes yes yes!
Podział materiału na ludzi podczas sesji nie ma sensu. [*]
Jestem w tym punkcie; już jest wieczór, jestem zmęczona.. JUTRO BĘDĘ SIĘ UCZYĆ.

sobota, 3 stycznia 2015

Noworoczne rozterki

Za 4 dni ostatnie kolokwium z biochemii, a ja robię to:


Jestem głąbem. [*]

Sylwester przeżyłam tak samo obfity w fajerwerkowe wrażenia jak Święta w kolędy. O 20 widziałam jakieś strzelające false starty, a potem już nic z racji kiepskiego położenia (bo centralnie w budynku pod deszczem kolorów) nie było mi dane oglądać wybuchających petard. Jakby kiepskie zakończenie tego 2014, który w gruncie rzeczy nie był jakiś zły.

Ostatnie dni 2014 należycie spędziłam na shoppingu i raz szlag mnie trafiał, gdy ślepia me widziały rzeczy, które kupiłam miesiąc wcześniej za 150zł więcej, a potem radowałam straszliwie, bo naszyjniki, korciły mnie od dawna, zostały przecenione o 60zł. Łudzę się, że te zyski i straty wyjdą na zero bądz lekki, minimalny, tyci tyci plus.

Mam w planach zrobić generalny porządek w garderobie, co zdarza mi się co roku w okolicach grudnia-lutego i nawet w tym celu zakupiłam sporo przyjemnych dla oka wieszaków, ale z przykrością stwierdzam, że zbyt wielu rzeczy, to ja nie wyrzucę. Na szafach i pod łóżkiem mam pudła z butami i pokrowce z torebkami, z którymi nie wiem, co zrobić, bo miejsca zaczyna brakować. Chyba powoli spełniam marzenie o posiadaniu kilkudziesięciu par butów i torebek; na razie doliczyłam się liczb 43 i 35. To mój taki próżny konik.

Dręczy mnie mój własny związek i szczerze chciałabym go zakończyć, bo wiem, że nic z tego nigdy nie wyjdzie tak jakbym to sobie wyobrażała, ale niespecjalnie wiem jak mam tego dokonać. Niby powiedzenie "fajnie było, ale się skończyło" nie jest takie trudne, ale pomimo, że rzadko wplatam w innych jakiekolwiek uczucia, to staram się zachowywać wobec nich lojalnie i mimochodem przyzwyczajenie wkrada się tam, gdzie nie powinno, a to dość niebezpieczny i zdradziecki dodatek. Chyba daję się nabierać na piękne sentencje, łzy i płacze, rzekome zmiany i miłość, bo trudno to wszystko od siebie rozdzielić. Jedno pokrywa się z prawdą, inne jest owiane tajemnicą i nikt poza nim samym nie zna prawdy, następne wydaje mi się totalną bzdurą i jak tu racjonalnie, i z pełną świadomością powiedzieć tak czy nie? Teoretycznie chłopak złoto, ale z racji, że jestem bardzo wymagającą i krytyczną osobą, nie potrafię ot tak odciąć się od przeszłości, którą on ma ładnie ujmując kiepską, i w którą niestety mnie bezczelnie wplątał, tchórz. I tak od bardzo długiego czasu kiszę się w czymś, co sukcesywnie mnie dołuje, wyprowadza z równowagi, obniża własną samoocenę, a jednocześnie daje uśmiech, poczucie stabilności, bezpieczeństwa, radości i bycia kochanym. Czasami się zastanawiam czy nie lepiej by było zostać lesbijką, bo faceci to interesowne świnie. Żałuje, że jeszcze nikt nie wynalazł maszyny cofającej czas, znacznie poprawiłoby to poziom zadowolenia z życia na ziemi.

PS. Możecie się jeszcze spodziewać posta z podsumowaniem minionego roku. Jak ktoś nowy tu zawita, to będzie miał życie Leili w pigułce, nie będzie musiał przechodzić przez te 43 notki. :-P

czwartek, 25 grudnia 2014

Święta i Polska - świat absurdu

Takie święta, że do tej pory ani jednej kolędy jeszcze nie słyszałam i wcale z tego powodu nie narzekam. W Polsce włoska zima panuje, moje modły sprzed lat zostały w końcu wysłuchane, kiedy w Stanach śnieg już leżał na Thanksgiving. :D W tym roku poszalałam z prezentami i skromnie przyznam, że zamieniłam się w rasowego pakowacza. Nareszcie miałam okazję wykorzystać zdolności manualne, ogromnie wiele radochy mi to dało.

Przed świętami ganiałam po galeriach jak zwariowana i przyznam, że byłam przerażona ilościami jakimi ludzie zaopatrują się w jedzenie i prezenty. Skoro mają takie zdolności przerobowe, aby na samo żarcie wydać 2000, to chyba w niedalekiej przyszłości grozi nam rozmiar XXXXL. Nurtuje mnie też temat $$$, bo kto pieniądze ma ten ma, ale większość ludzi żyje w klasie średniej, wszyscy wiecznie narzekają, że pieniędzy nie mają, a ceny kupowanych przez nich prezentów zaczynają się od stówy wzwyż. Znajomi bankowcy kiedyś zdradzili nam tajemnicę, że wielu z tych ludzi zaciąga na święta pożyczki. Nigdy nie zrozumiem ludzi, którzy lubią jechać na kredycie przez 3/4 kolejnego roku, aby spłacić zaległe święta. To wielkie biesiadowanie zostało nam chyba we krwi z czasów szlachty. Kolejnym dziwnym zjawiskiem będzie wszechobecne bicie sie o przeceny zaraz po drugim dniu świąt, gdzie kolejne miliony monet zostanie przelane. Aż przypomniał mi się artykuł jednej z francuskich gazet:

"Polska.
Oto znajdujemy się w świecie absurdu. Kraj, w którym co piąty mieszkaniec stracił życie w czasie II wojny światowej, którego 1/5 narodu żyje poza granicami kraju i w którym co trzeci mieszkaniec ma 20lat. Kraj, który ma dwa razy więcej studentów niż Francja, a inżynier zarabia tu mniej niż przeciętny robotnik. Kraj, gdzie człowiek wydaje dwa razy więcej niż zarabia, gdzie przeciętna pensja nie przekracza ceny (!) trzech par dobrych butów, gdzie jednocześnie nie ma biedy, a obcy kapitał pcha się drzwiami i oknami. Kraj, w którym cena samochodu równa się trzyletnim zarobkom, a mimo to trudno znaleźć miejsce na parkingu. Kraj, w którym rządzą socjaliści, w którym święta kościelne są dniami wolnymi od pracy (!)
Cudzoziemiec musi zrezygnować tu z jakiejkolwiek logiki, jeśli nie chce stracić gruntu pod nogami. Dziwny kraj, w którym z kelnerem można porozmawiać po angielsku, z kucharzem po francusku, ekspedientem po niemiecku, a ministrem lub jakimkolwiek urzędnikiem państwowym tylko za pośrednictwem tłumacza.
Polacy...! Jak Wy to robicie...?"

Aby mi się lepiej uczyło układu nerwowego, mikrobiologii, biochemii i patofizjologii, dostałam wszystkie części Władcy Pierścieni, na którego mam aktualnie mega fazę. Już powoli przestaję się łudzić, że na naukę poświęcę tyle, ile pierwotnie planowałam. Do tego dochodzi uzależnienie od Candy Crash i 199 level, którego od kilku dni nie mogę przejść. [*]

Życzę wszystkim wesołych świąt! <3
... i niekończącego się odpoczynku.





sobota, 29 listopada 2014

Antybiogramy, powerpointy i komunikacja z pacjentem

Na mikrobiologii pani profesor nakrzyczała na nas, bo nie nauczyliśmy się antybiotyków. Nie zadowoliło ją to, że wiedzieliśmy jakie antybiotyki działają na ścianę komórkową, metabolizm, syntezę białek czy DNA i które są zabójcze dla bakterii, a które tylko spowalniają ich rozrost.

Robiliśmy antybiogramy, potem odczytywaliśmy za pomocą linijki, które bakterie są odporne, a które podatne na dany antybiotyk. Potem stwarzaliśmy kolonie bakterii, które nosimy na dłoniach przed myciem, po myciu i po dezynfekcji. Niektórym wyrosły takie śmieszne żółte straszydła. Szczerze? Strach się bać tego, co mamy na paluchach, ale i tak w krytycznych sytuacjach nie przestanę jeść brudnymi rękami. Na koniec musieliśmy wsadzić to, co stworzyliśmy pod mikroskop.

Już chyba w którejś notce wspominałam jak bardzo nie lubię prezentacji, a w tym tygodniu miałam zaszczyt mieć ich aż trzy. To był strasznie szybki tydzień. Generalnie przemykałam z zajęć do pracy, a stamtąd prędko do domu, aby szybko zrobić, co miałam do zrobienia. Dobrze, że nie było żadnych testów, bo bym wyrżnęła jak długa na wszystkich po kolei.

Uwielbiam lekarzy minimalistów. Ostatnio wspominałam, że profesor z fizjologii skraca nam zajęcia z 3,5h do max dwóch godzin. Tydzień temu stwierdził, że zrobi nam prezent na mikołaja i zamiast testu z cardiovascular II & pulmonary będziemy mogli zrobić prezentacje. Studenci mają problem z wychwytywaniem najważniejszych informacji i poprzepisywali połowę podręczników do powerpointa, przez co 5 prezentacji zajęło 2h, a zostało jeszcze kolejne 5 do przedstawienia. Doktor stwierdził, że starczy już, wierzy, że kolejne 5 też były dobrze zrobione, wszyscy dostają zaliczenie i wesołego mikołaja, widzimy się za dwa tygodnie. xD

Jeśli już mówię o prezentacjach, to wspomnę, że na patofizjologię też mieliśmy je przygotować. Mojej grupie trafiły się: granulocytoza, lymfocytoza & leukocytoza. Wszystko fajnie, nauczycielka kazała zmieścić się w 12-13, MAX 15 slajdach po czym otwieram e-maila od kolegów i sprawdzam ich ppt, aby złączyć wszystko w jedną prezentację, a tam co? Lymphocytosis na 8 slajdów, leukocytosis na 5. Niepojęte jaki ludzie mają problem z lakonicznym formułowaniem myśli. [*] Potem się dziwią, że zamiast skończyć zajęcia przed czasem, to się ledwo wyrabiamy.

Na fakultet z komunikacji z pacjentem jednak nie będę chodziła. Pani psycholog wymyśliła sobie, że nie dość, że mamy przychodzić przygotowani na zajęcia, to jeszcze mamy mieć extra assignment pt. przeczytaj książkę o sławnej osobie, która zachorowała na coś poważnego i przeżyła, a potem napisała o tym książkę i zrób o tym prezentację, coby reszcie owieczek przybliżyć historię. Super, tylko że nie mamy czasu czytać książek na przedmioty medyczne, a na fakultet mamy to robić?

Wszyscy teraz fioła dostają i nagle zapisują się na koła naukowe, zgromadzenia międzynarodowych studentów, prace badawcze, etc. Kolega z grupy przed dyżurem w szpitalu zaczął czytać książkę o tym jak egzaminować pacjenta. Powiedziałam mu daj sobie spokój i uważaj na zajęciach zamiast marnować czas na coś, co i tak Ci się nie przyda, bo w szpitalu co najwyżej dadzą Ci umyć przywiezionego spod mostu żula i o badaniu kogokolwiek możesz zapomnieć skoro nie masz o tym zielonego pojęcia, to nie uwierzył. Po weekendzie wrócił z dyżurów i co? Było jak mówiłam. Bez sensu ten przedwczesny szał kukusi. Chyba, że to ja jestem jakaś oporna, bo za wszelką cenę nie chcę dać się zaciągnąć na dyżur, kiedy znajomi lekarze gorąco namawiają. Uważam, że to jeszcze za wcześnie i miło byłoby, gdybyśmy najpierw liznęli trochę przedmiotów kierunkowych, a potem wybrali się do szpitala. Moim zdaniem głupio jest słuchać czegoś, o czym nie ma się bladego pojęcia. Chcę korzystać z wolności ile wlezie, kiedyś szpitala będę miała zapewne dość. xd Żeby nie było tak dramatycznie; zapisałam się na koło z chirurgii plastycznej.

Propedeutykę stomy i zdrowie publiczne mam za sobą, UFFF!