sobota, 30 listopada 2013

Polska edukacja vs. amerykańska

Zainspirowana sugestią montreux postanowiłam napisać o różnicach między edukacją w Stanach, a w Polsce. Wbrew pozorom ta amerykańska nie jest taka zła, jak to każdy, kto nie ma o niej zielonego pojęcia sądzi i uważam, że zdecydowanie jest bardziej efektywna od naszej. W Polsce wszyscy wiemy jak to wygląda; 16 przedmiotów w tygodniu, zbyt mało godzin lekcyjnych na przedmioty maturalne, pełno przedmiotów zupełnie niepotrzebnych (PO, kultura, religia i inne, z których nie ma matury), wszystko załatwiane na wariackich papierach, nie ma czasu na powtórki, pełno stresu, częste łamania regulaminów (uczeń teoretycznie ma prawo poprawić każdą ocenę, a w rzeczywistości wygląda to inaczej.) W Stanach jest dokładnie odwrotnie. Uczeń wybiera sobie przedmioty, które chce mieć w danym semestrze czy całym roku. Niektóre kursy trwają rok, inne semestr. Mają też spis przedmiotów, które muszą odbębnić. Ich liceum trwa 4 lata i mają obowiązek wzięcia 4 kursów j. angielskiego. Mogą zrobić to w dwa lata (po dwa kursy na rok) lub co roku jeden kurs lub jakkolwiek sobie będą chcieli to rozłożyć. Muszą też przejść przez 4 kursy matematyki, 3 kursy science (fizyka, chemia, biologia), 2 kursy historii, hiszpańskiego/innego języka i czegoś na kształt naszego WOSu. Na pewno muszą też przebyć 2 kursy z health (ja na przykład w ramach tego kursu miałam kinesiology - nauka o kościach, mięśniach, stawach, etc., czyli coś jak nasza anatomia.) Jak widać nie mają samowolki i istnieje w USA coś takiego jak podstawowa wiedza. Dopiero wtedy, kiedy ukończą wszystkie obowiązkowe kursy, mogą zajmować się przedmiotami jak szycie, gotowanie, itp. Oczywiście nie muszą. Zazwyczaj ci, którzy idą do college wybierają ambitne przedmioty. Mają też możliwość zrealizowania niektórych przedmiotów z pierwszego roku studiów. Jeżeli uczeń zaliczy je, to w college nie musi ich już brać i ma przepisane oceny.

Mój plan lekcji, jaki sobie ułożyłam w ostatniej klasie (jako senior) opierał się na dwóch biologiach dziennie (czyli 10h tygodniowo) + kinesiology, więc summa summarum tygodniowo miałam 15h biologicznych. Do tego wzięłam chemię, hiszpański, matematykę, angielski, skandale w historii. Chciałam jeszcze psychologię, ale w grafik mi się nie zmieściło, bo miałam tylko 7 lekcji dziennie, a plan codziennie ten sam.

Lekcje biologii były dla mnie zbawieniem! Robiliśmy sekcje płodu, serca i nerki świni, oka krowy, mózgu kozy, jakiejś ryby, glisty, szarańczy i wielkiej żaby. Naprawdę nie do opisania! U nas nawet na uniwersytetach tego nie robią, a tam już licealiści mają zabawę. Bardzo dużo mnie takie zajęcia nauczyły. Zdecydowanie lepiej jest patrzeć na struktury niż tylko o nich czytać suche informacje w książkach. Po każdej takiej sekcji mieliśmy egzamin praktyczny. Sprawdziany miałam co tydzień, zawsze lekcje przed testem mieliśmy grę zwaną jeopardy. Odkrywało się kartki z pytaniami na rzutniku i trzeba było odpowiadać. Różny stopień trudności. Grupa, która wygrała, dostawała zawsze jakąś nagrodę. Albo bonus point na sprawdzian albo cukierka. :) Pamiętam też, że gdy mieliśmy zajęcia z podziału komórki, to układaliśmy wszystkie etapy za pomocą żelek, które dała nam nauczycielka. Każdy, kto prawidłowo przedstawił i opisał cały proces od początku do końca, dostawał wszystkie żelki do zjedzenia! :)) Jakieś makaronowe truskawkowe żelki służyły mi za spindle fibers (po polsku wrzeciono podziałowe?) Dużo też mieliśmy kolorowanek, krzyżówek i zajęć, które kojarzą się z podstawówką, ale wbrew pozorom bardzo, ale to bardzo pomagały w zapamiętaniu i ta nauka nie polegała na 3xZ (zakuć, zdać, zapomnieć.) Do dziś pamiętam wiele rzeczy, których zapamiętanie w Polsce szło mi opornie.

Na matematyce przez tydzień wałkowaliśmy jeden temat. Na zadanie domowe dostawaliśmy całą kartkę A4 zadań z podręcznika (jakieś 50 przykładów), który jest wielkości naszych encyklopedii. Gdzieś mam zdjęcia tych książek, więc jak przyniosę z auta pendrive'a, to wrzucę je tu. W Polsce matematyczka ze mnie kiepska była. W Stanach wyciągnęli mnie na wyższy poziom i pojechałam na konkurs do college. Co prawda nic nie osiągnęłam, bo miałam 50% możliwych punktów, ale sam fakt, gdzie ja bym w Polsce o konkursie z matematyki myślała. :-D

Na angielskim pisaliśmy dużo essay'ów, musieliśmy czytać lektury. Oprócz tych, które nauczycielka uznała za obowiązkowe, musieliśmy czytać jakieś dodatkowe i potem pisać o nich, a dokładnie co czuliśmy, gdy czytaliśmy, co książka wniosła do mojego życia, z czym się zgadzam, a z czym nie, itd. Aby mieć możliwość dostania najwyższej oceny na koniec (pod warunkiem, że ze wszystkich sprawdzianów, testów, etc miało się samo A), trzeba było przeczytać 3 książki ponad te, które były obowiązkowe. Na B dwie, a na C jedną. Czyli każdy, aby zdać klasę musiał przeczytać minimum jedną książkę ekstra. Najbardziej śmieszyły mnie zajęcia z gramatyki. Pocieszę Was, że nie tylko Polacy mają problem z poprawną polszczyzną. Amerykanie często mylą słowa "than" z "then". :-D Coś jak u nas z "bynajmniej" i "przynajmniej" lub "efektywny" i "efektowny".

Ponadto Ameryka stawia bardzo mocny nacisk na sport. Praktycznie każdy (przynajmniej u mnie w szkole) był członkiem jakiejś drużyny, coś trenował i miał zajęcie. Ich treningi, to nie tak jak u nas godzinka wfu i do widzenia. W zimie zapisałam się na koszykówkę, na wiosnę na softball. Treningi trwały po 3h, były zaraz po szkole, więc nie mieliśmy czasu nawet zjeść obiadu. W domu byłam po 18, umierając z głodu. Nie za bardzo po takim wysiłku nauka chciała wchodzić do głowy, dlatego też szacun dla tamtejszych sportowców, którzy nie tylko przekraczają swoje granice bijąc kolejne rekordy, ale także uczą się mimo wielkiego zmęczenia. Wspólne treningi jednoczą ludzi. Każda drużyna, to mała rodzina. Wysiłek się popłaca. Moja szkoła od kilku lat z rzędu jest mistrzem stanu w footballu amerykańskim i w tym roku dziewczyny z softballa zdobyły vice-mistrzostwo. :-) Jestem z nich dumna!

Edit. Zapomniałam jeszcze o tym, że na biologii rozbieraliśmy na części pierwsze takie cuś, co sowa wypluwa tuż po zjedzeniu ofiary. Spowodowane jest to tym, że nie trawi futra i kości, więc pozbywa się pozostałości. Twardy futrzany zlepek. Musieliśmy wydłubywać z tego kości i na ich podstawie dochodzić do tego, jaki gryzoń padł ofiarą. :) Super zabawa!

Edit.2 Zapomniałam jeszcze o tym, że w USA nie ma popraw sprawdzianów, ani żadnej innej oceny. Jak nie przyniesiesz zadania, to 0 pkt i masz potem problem, bo ocena końcowa to średnia ze wszystkich ocen i oni mają te średnie ważone (sprawdziany najważniejsze, potem projekty mniej ważne no i zadania domowe.) To taka informacja dla tych, którzy twierdzą, że Amerykanie szkołę mają trywialną. ;>

4 komentarze:

  1. Wow, naprawdę zazdroszczę takiego podejścia szkoły do ucznia - jako jednostki myślącej, obdarzonej inteligencją, której umożliwia się rozwój, który jest w jakis sposób punktowany. Nie to co u nas, wyłożyć, zrobić sprawdzian, najlepiej zeby nikt nie wychylał się przed szereg, bo jeszcze nie daj Boże bedzie zadawał za trudne pytania... My w liceum zajęc praktycznych nie mieliśmy właściwie żadnych, nawet na chemii, a jedyne preparaty jakie widzieliśmy to nerka owcy w formalinie. Z drugiej strony chodziłam do dwujęzycznej szkoły (ale do polskiej klasy niestety), w której priorytetem byli uczniowie z IB, a "polish division" było raczej tylko "odwalane", nic ponad program. Żadnych (sic!!) kół, olimpiad, zajęć ze zdolnymi uczniami, a generalnie szkoła ponoć należy do lepszych w jednym z większych miast Polski. Cóż, na szczescie ten etap edukacji juz za mną, studia są cudowne <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie w Stanach nic w formalinie nie widziałam, wszystko na żywo. Nawet jak hodowaliśmy grzyby (mold, to chyba pleśń) na chlebie, to sami to robiliśmy! O, jeszcze zapomniałam, że grzebaliśmy w wymiocinach sowy. One wżerają swoją ofiarę w całości, a że nie trawią futra i kości, to je potem wypluwają w takim zlepku. I rozbieraliśmy to na części, szukaliśmy kości, a na ich podstawie próbowaliśmy potem określić, co sowa dokładnie zjadła. To było mega interesujące!

      To, że kół i olimpiad nie mieliście, to jakiś żart! Myślałam, że każda szkoła bierze w tym udział, to przecież szansa dla ucznia!

      Studia są cudowne pod tym względem rozłożenia planu zajęć. :) I tego, że przynajmniej my uczymy się dokładnie tego, co nam się przyda, a nie jak na innych kierunkach - przedmioty zapychacze czasu.

      Usuń
  2. Ja nie uczyłam się w publicznej szkole, a i tak nie mieliśmy zbyt wielu takich zajęć praktycznych. Dopiero gdy zmieniła się nam nauczycielka od biologii zrobiła z nami sekcję ryby, mikroskopowanie itp. Plus był w tym, że pracowaliśmy w małych grupach i każdy mógł zobaczyć i sam przeprowadzić doświadczenie na chemii itd. Ale z wymiocinami sowy mnie rozwaliłaś! Wiedziałam, że coś takiego się dzieje, ale nie wpadłabym na to, żeby pokazywać to w szkole :) Ktoś musiał się tego naszukać/nazbierać - na zachodzie są jednak inne realia! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tym samym myślałam, gdy te wymiociny rozbierałam; "ktoś musiał się nachodzić, aby tego nazbierać" :-D No chyba, że z zoo zgarnęli lub coś w tym stylu.

      Usuń