sobota, 7 marca 2015

Przeciwdziałanie zgapialstwu

Siedzimy na patofizjologii i jak zawsze zanudzamy, bo co tydzień prezentacje lecą jedna po drugiej aż nagle każdy między słowami wyłapuje rozmowę o prostaglandynach.

Student: So there are two COX'es, COX-1 & COX-2.
Nauczyciel: What can you tell us about cocks?
(Niestety wymówił nie tak jak trzeba i wyłapaliśmy kutasa, także zapanowała wszechogarniająca konsternacja i śmieszki hiszki.)

W poniedziałek czeka mnie kolejna autopsja, hip hip hurra!!! Na mikrobiologii dwa tygodnie temu miałam bekę, bo oglądaliśmy Aspergillus'a Niger'a i ofc musiałam zarzucić "Aspergillus Murzyn", więc ten no, brawo Leila. Ale przynajmniej wszyscy na praktycznym będą pamiętali, że jak czarne, to tylko Aspergillus. xD

Przepisało się do nas kilka osób z Łuuukrainy i trochę dziwnie, bo są w grupach na wszystkich trzech latach porozrzucani. Teoretycznie w większości zajęcia mają z II roku, ale coś tam robią na I-wszym (wielka tajemnica co) i coś tam mają z III roku. Zaintrygował mnie ten fakt.

Od dwóch tygodni zbieram się do zmiany telefonu, bo nowy ajsronik leży na biurku i czeka na odpalenie, ale jakoś nie mogę rozstać się z obecnym. Zżyliśmy się bardzo. Grzeczny jest, bo ile razy nie spadał na beton przy wsiadaniu do ultra niskiego auta, ile razy nie przeleciał połowy pokoju podczas "walki" o czytanie smsków z chłopakiem, tyle razy ani nanoskrawek nie odpadł, a ekran wydaje się być zrobiony z pancernego szkła i boję się, że "szóstka" nie będzie już taka dzielna. W końcu wybrałam się do iSpota i kupiłam oczojebną czerwoną obudowę, jakieś hartowane szkło na ekran i ech... goodbye my old love?

Szał zakupów nadal trwa. Dzień kobiet jutro, więc się nagrodziłam za to, że co miesiąc nieustannie się wykrwawiam, ale dzielnie walczę o życie i umrzeć nie mogę. :-DD Każdy powód dobry do uzupełnienia szafy.

Ojciec ostatnio docenił mój wkład w interesy i aż nagrodził mnie mini wypłatą - szok. Dzwoniłam do jednego z jego chińskich kontrahentów, u którego byliśmy jakieś 5 lat temu, ładnie się przedstawiłam, a ten mnie zaszokował i "oooo, pamiętam Cię! Byłaś z tatą u nas w Shanghaju, potem wyjechałaś do Stanów i już wróciłaś?" To było miłe, nie podejrzewałam, że cokolwiek o mnie pamięta. Z drugim Chińczykiem piszę prywatne e-maile i myślałam, że jest on tylko jednym z pracowników firmy, zajmujących się sprzedażą, a tu nagle okazało się, że flirtuję z samym bossem, no super. W ogóle to jest zajebista persona, bo wyobraźcie sobie, że codziennie chodzi na pakiernię i redukuje masę, którą robił przez ostatni rok. Wysłał mi swoje zdjęcie, a tu wyrobiony Chińczyk - mało spotykane. :D Jak już jestem przy temacie Chin i ich obywateli; mój były niedoszły chłopak ma kumpla na roku, który jest synem jakiegoś tam milionera chińskiego. Synek pewnego dnia przyszedł pożalić się, że dziewczyna z nim zerwała, a jej utrzymanie kosztowało go miesięcznie $80,000 i czego niby jej brakowało? LOL - chyba na prędce zacznę uczyć się chińskiego, bo też chcę takiego chłopa. :D W sumie nie do końca wiem na co mogłabym tyle kasy miesięcznie wydawać, bo ileż można ubierać się w Chanelach, ale jak mus to mus. xD

Jeszcze trzy tygodnie i będzie po mikrobiologii. Egzamin praktyczny będę miała po Wielkanocy, a na początku czerwca teoria. Mam zamiar rozwalić to na 4,5, w końcu to mój naj przedmiot, ale zapewne skończy się tylko na marzeniach. [*]

Z biofizyki o dziwo zaliczyłam obydwa kolokwia. Chamstwo, bo laboratorium z polaryzacji wymagało ciut wiedzy z biochemii, a to mała niespodzianka była. Nagle pojawił się ogromny zapytajnik nad głową i "jak mam rozcieńczyć 20% sacharozę do 7,5%?" xD Na szczęście koła zębate w główce zaczęły działać i rozwikłałam tę jakże trudną zagadkę. :DD W ogóle biofizyka od zawsze dziwna była, ale jeszcze do tej pory nigdy nie spotkałam się z takim czymś, aby jakiś przedmiot podzielić na MILION tematów i rozdzielić je pomiędzy MILION grup dwuosobowych i ustanowić zasadę o tym, że co tydzień każda grupa ma kolokwium z INNEGO tematu. xD Przeciwdziałanie zgapialstwu - sprytne, co? :D

poniedziałek, 2 marca 2015

Autopsja z bliska

Weszliśmy na salę, w której w półokręgu na wzniesieniach stoimy i oglądamy jak technik i lekarz bawią się z "trupkiem". Na kamiennym stole leżał już zaszyty sznurkiem (!) pan, więc wzięli go rzucili na metalowe łóżko (odłos jaki towarzyszy walnięciu czachą w ścianę możecie sobie wyobrazić) i wywieźli, aby w czarnym worku wwieźć nowego pacjenta - nawijmy to tak. Wcześniej jak przychodziliśmy, to pacjent już był gotowy na stole i nie mieliśmy okazji oglądać sposobu w jaki obchodzą się z ciałami. Nie uważam, aby to było złe, bo rozumiem, że we dwie osoby unieść 100kg osobę nie jest łatwo, ale to jebut głowy o kamień nie było miłe. ;<

Obaj panowie mieli otwarte oczy, więc jak stałam w rzędzie na wysokości stołu, to pan patrzył sobie na mnie swoimi niebieskimi oczami, których nienawidzę, bo same z siebie wydają mi się martwe.

Zmarł kilka dni temu, przywieziony ze szpitala. Był alkoholikiem, palaczem, miał ephysemę, brain oedema (bo mózg był kleisty), psoriasis, ogromnie powiększoną wątrobę, jakiś stan zapalny (z krwi to wyszło, a potem potwierdziło się, bo znaleźliśmy to w nerce), anemię, zapalenie płuc i z nadnerczami było coś nie tak, jakieś ciut małe się okazały. Dolegliwości sporo, ale mimo wszystko przyczyny zgonu nie znali. Był bezdomny i dałam mu lat 70, a okazało się, że miał 51, także możecie sobie wyobrazić jaki był zniszczony. Chudziutki jak patyczek, to wiadomo. Jak na swój styl życia, to zmarł tak, jak każdy by chciał - we śnie.

Najpierw technik rozciął mu skórę z głowy i naciągnął ją na twarz, aby móc przepiłować czaszkę, coby dostać się do mózgu. Podnieciłam się z kolegą z grupy strasznie, bo jak wyciągał mózg, to po odchyleniu go od czachy, widać było optic chiasm, optic tract i olfactory tract, COŚ PIĘKNEGO zobaczyć to na żywo, a nie w atlasie! Wcale nie jest żółte jak Sobotta i Thieme pokazują, tylko białe. :-P Przynajmniej u tego pana. Porozcinaliśmy mózg, który wygląda jak marshmallow i doszliśmy do wniosku, że miał w nim odmę i coś szarego na powierzchni, co nie wiadomo, czym mogło być. Potem technik rozciął skórę na klatce piersiowej, wyciął obojczyki i dobrał się do żeber, a posłużył się do tego nożycami do blachy. Dźwięk (szczękanie) - wrażenia nie do zapomnienia, aż mnie zaczęło boleć, choć w sumie nie robi to na mnie wrażenia, bo to w końcu coś, co chcę w przyszłości robić. Wyjęliśmy wszystko ze środka (chyba ostatnio wspominałam, że kolejnym cudnym przeżyciem jest oglądanie jak technik ciągnie za tchawicę i wyrywa ją wraz z przełykiem z językiem na szczycie i potem kładzie na takim kratkowanym stole, krew skapuje, płuca fajnie się rozpływają) i zabraliśmy się za oddzielaniem messentery od jelit. Trochę zabawy było, bo jelita krótkie nie są.

Oglądanie organów zaczęło się od rozcięcia przełyku, tchawicy i oskrzeli, aby potem rozciąć płuca na połówki i zobaczyć, co w nich się działo (u nas wyszło zapalenie lewego płuca.) Dużo krwi się polało, bo to mocno ukrwiony organ. Potem było serce, odcięliśmy apex (sprawdzaliśmy czy mięsień sercowy był odpowiedniego koloru i grubości, bo zmiany świadczą o różnego rodzaju przypadkach typu zawał, zapaść itd), pozaglądaliśmy do coronary arteries (takie tyci nożyczki do rozcinania służą ku temu.) Wcześniej jeszcze thyroid gland sprawdzaliśmy (rozmiar, etc), potem nadnercza i nerki (tu też powinno być dużo krwi, ale u nas nie było, co pewnie było spowodowane anemią), żołądek, śledziona i wątroba, która w sumie też była suchutka, a powinna wylewać się z niej mocno krew. Była tak duża, że waga nie miała aż takiej skali, by dobrze ją zważyć. xdd Następnie zamykaliśmy oczy, bo przyszedł czas na woreczek żółciowy :D (można oślepnąć, jeśli dostanie się jego zawartością w oko) Oczywiście skrzywienie z biochemii i zaczęliśmy się pytać o primary bile acids itd. xdd Na końcu oglądaliśmy pęcherz i jelita, ale tu nic spektakularnego nie znaleźliśmy. Podobało mi się jak technik KUCHENNĄ CHOCHLĄ wypompowywał krew z dna klatki piersiowej. W ogóle przyrządy do sekcji są rodem z kuchennych rewolucji. Noże, noże i jeszcze raz noże, nożyczki, chochle..

Potem zaszywaliśmy pana ooooooooogromną igłą ze sznurkiem, którym czasami paczki są okręcone, także to też było szokujące, przynajmniej dla mnie. Oczywiście wszystkie organy były byle jak wrzucone do "dziury", która pozostała po tym jak całą zawartość wyjęliśmy na kamienny stół. Kawałki organów zostały pobrane na mikroskopy, więc patomorfolodzy będą mieli co robić. :-P

Podsumowując: rozcinana czaszka pachnie jak borowanie u dentysty, smród nieboszczyka niby nie jest jakiś super przyjemny, niektórych muli, a gwiazdy roku smarowały nosy jakimiś rozgrzewającymi, miętowymi maściami, ale dla mnie to dziwne, bo po 3 minutach nos przyzwyczaja się do zapachu i nie czuć tego charakterystycznego smrodu.

A wiecie co jest najlepsze? Że zgadałam się z doktorem i powiedział, że jak będą sekcje, to będzie po mnie dzwonił, to będę mogła sobie sam na sam z nim pociąć, jak studentów nie będzie. <333 BOOOSKO!! Będę miała okazję z bliska zobaczyć, czy to co skierowało mnie na medycynę, to to, co będę robiła w przyszłości. Jestem mega zajarana! Inni jak słyszeli, że umawiam się z nim, też próbowali się podczepić, ale dzielny doktorek schował kartkę z moimi danymi i wyszedł z sali. :-D Nie to, że jestem samolubem, no ale uważam, że to coś w stylu "ooo zapiszę się też, a potem będę miał w dupie." albo "poudzielam się dla samego poudzielania, kij, że średnio mnie to interesuje i zatykam nos, bo trup wali".